Klecha, kisiel i minister Gliński

Tomasz Kowalski

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Przed Muzeum Narodowym w Warszawie stanęła rzeźba przedstawiająca Papieża Jana Pawła II, brodzącego po kostki w czerwonej wodzie, który trzyma, albo rzuca potężnym kamieniem (chociaż odłamek skalny o średnicy powyżej 20 cm, to już głaz). Artystą, który stworzył rzeźbę pod znamiennym tytułem: „Zatrute źródło” jest nie kto inny, jak Jerzy Kalina. Tak, to ten sam, który zaprojektował pomnik smoleński, czyli czarne schody stojące na Placu Piłsudskiego w Warszawie.

Rzeźba owa, pomnik, instalacja – jak zwał, tak zwał – a raczej jego ocena, histeryczna wprost reakcja na dzieło pana Kaliny uświadomiła mi, w jak upolitycznionym społeczeństwie żyjemy. Jak bardzo Polacy są zaangażowani w spór ideologiczny, który od lat odbywa się na szczeblach najwyższej władzy i jak trudno jest nam oceniać już cokolwiek, w sposób obiektywny, bez tego całego piekła oskarżeń i nienawiści. I nawet ja, mimo starań, bardzo często poddaję się tej atmosferze, nie mogąc już oddychać, tak po prostu, bez oceniania barwy wdychanego i wydychanego powietrza, choć te, jak wiadomo, powinno być przeźroczyste. Nie rzucę wiec kamieniem (głazem), bom także pełen grzechu.

Do czego jednak zmierzam? Gdybyśmy żyli w normalnym kraju o stabilnej demokracji, gdzie znajomość nazwiska tego lub owego ministra przez zwykłego obywatela, graniczyłaby wprost z cudem, na przykład w takiej Belgii, Czechach, Australii czy innej Islandii, nasza ocena tego dzieła (a jest to niewątpliwie dzieło artystyczne, czy tego chcemy, czy nie), byłaby zupełnie inna. Nie chodzi o to, że na sto procent bylibyśmy zachwyceni, ale o to, że spojrzelibyśmy na ten pomnik raczej z punktu widzenia miłośnika sztuki, a nie działacza partyjnego. Zapewne dyskutowalibyśmy o tym, czy przekaz jest zrozumiały, czy artyście udało się oddać swoje emocje i puścić je dalej, może pogadalibyśmy o estetyce – co akurat w przypadku sztuki współczesnej, ma drugorzędne znaczenie. Jak już bowiem nie raz pisałem, w dziełach – nazwijmy je – awangardowych, najważniejszy jest kontekst, bez którego taki pisuar ustawiony przez Duchampa, to nie przykład „Ready made”, ale zwykły sanitariat, postawiony na wystawie Salonu Artystów Niezależnych w Nowym Jorku w 1917 r. przez jakiegoś wariata, nie wiadomo po co i na co. Nie mniej jednak, ocenialibyśmy jedynie dzieło artystyczne i może przynajmniej staralibyśmy wyrobić sobie na jego temat swoje własne zdanie, poświęcając przy tym temu procesowi, więcej niż dwadzieścia sekund. Dlaczego dwadzieścia? Bo tyle akurat wystarczy, by dowiedzieć się, że: Jest to Papież Jan Paweł II, dzieło zostało stworzone przez twórcę pomnika smoleńskiego, a patronat nad całością objęła Zjednoczona Prawica. Wystarczy? Wystarczy.

Dla części naszego narodu, której bliskie są ideały konserwatywno-katolicko-patriotyczne, pomnik ów to dzieło skończone, doskonałe, wzruszające, wielkie i najważniejsze na świecie. Nareszcie, po trzydziestu latach nihilizmu i moralnego upodlenia, polscy artyści pracują dla ojczyzny, dla prawdziwych Polaków. Mówią o rzeczach, które dla katolika i patrioty powinny być wzorem i kagankiem. Koniec z obciąganiem bananów!

A teraz ja, człowiek o światopoglądzie umiarkowanie lewicowym. Patrzę i co widzę?  Papież Jan Paweł II, Smoleńsk, Minister Gliński. Pierwsze, co zaczynam robić, to wykrzywiam twarz w szyderczym uśmiechu. Klecha, kamol, basen z kisielem, a co najważniejsze: PROPAGANDA! Nawet nie staram się zastanowić, co poeta miał na myśli i czy mu wyszło? Lajkuje wszystkie – mniej lub bardziej dowcipne – komentarze i tarzam się po podłodze ze śmiechu.

Oczywiście w mojej ocenie, sztuka nowoczesna musi prowokować. Prowokować do myślenia, do mentalnego przystanku, kiedy to będziemy mogli nabrać oddechu i zastanowić się nad tym, czy ja też tak to widzę? Powinna wzbudzać emocje, ale inne niż te, do których przyzwyczaiła nas polska ulica. Broń boże, nie musi nam się podobać, ba! Może wywoływać niechęć, irytację, czasem obrzydzenie, ale na podstawie obiektywnego procesu świadomej, intelektualnej oceny obiektu artystycznego, a nie barwy ideowej chorągiewki. Tak jak pisałem powyżej, ważny jest kontekst dzieła współczesnego, kontekst, który stał u podstaw powstania dzieła. To czy się z nim zgadzamy, czy nie, to już zupełnie inna historia.

Na koniec, mała zabawa. Wymaga jednak ona od was, sporego obiektywizmu i dystansu do reprezentowanych przez siebie poglądów. Wyobraźmy sobie, że przed Muzeum Narodowym staje taka oto instalacja. Basen z czerwoną cieczą, identyczną jak u Jerzego Kaliny, głaz, ten sam, ale trzymany jest nie przez Papieża Polaka, ale przez Olgę Tokarczuk, a Ministrem (trochę to dzisiaj abstrakcyjne) Kultury jest Krystyna Janda. I jak? Fajny ten pomnik, czy dalej nie?

Dla mnie wydźwięk, jaki został wywołany przez instalację „Zatrute źródło” jest jednoznacznie ponury i złowieszczy. Odsuwamy się od normalności i zbliżamy się do katastrofy.

Reklama

Pracodomie

Kiedy zamknęliśmy się w domach i własnych mikrokosmosach, była wiosna.