Robert Korzeniowski: Wychodziłem złoto

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Panie Robercie, cały czas nurtuje mnie jedno pytanie: Czy pana przodkiem był Joseph Konrad Korzeniowski?

Na razie nie umiem odpowiedzieć na to pytanie. Skoro nie wiem na pewno, że był to mówię, że nie, ale skoro cała rodzina Korzeniowskich pochodzi z jednego regionu, pewnie gdyby lepiej poszukać to jakieś kuzynostwo mogłoby się znaleźć. Nigdy nie wykonałem głębokich badań genealogicznych, aczkolwiek rodzina pochodzi z tego samego regionu co Joseph. Świetny pisarz, kapitalny autor, który nie raz też mi towarzyszył w trakcie moich sportowych podróży, czytałem jego książki przed zawodami. Pamiętam też, że ostatnią lekcję w liceum jaką miałem, a prowadziłem czasem lekcje z nadania przez panią profesor, to właśnie była lekcja na temat Jospeha Konrada Korzeniowskiego i jego twórczości, który nie mieścił się jakoś integralnie w spisie lektur szkolnych, mówię o roku ’87, ale że byłem w profilu humanistycznym to moim zadaniem było przybliżenie Josepha Konrada i jego twórczości reszcie kolegów z klasy.


Reklama

Czy to prawda, że chód sportowy wymyślili starzy listonosze i wojskowi?

Nie wiem czy go wymyślili, ale zapewne go odkryli, bo potrzebowali się przemieszczać na duże odległości i z reguły mieli jakiś ciężar do niesienia. Trzeba było znaleźć taką formę, żeby robić to jak najszybciej, bo wiadomo – czas to pieniądz. W wojsku czas to życie i trzeba było się przemieszczać z tymi tornistrami, plecakami jak najdalej i takie chodzenie wyluzowanym krokiem, przedłużonym, w oparciu o wyprostowaną nogę okazało się być strzałem w dziesiątkę. Może to jest legenda, ale podobno wojska napoleońskie, maszerowały na Rosję chodem prawie sportowym. Wracały prawdopodobnie innym. O pieniądze ścigali się natomiast listonosze i oni przyjmowali zakłady, który pierwszy dotrze. Bieganie nie wchodziło w grę, bo bieganie było zbyt brutalne, trzeba było te tornistry podnieść do góry. Polega to jednak na przeskakiwaniu, w bardzo szybki sposób, ale na krótkim odcinku, a oni mieli do przejścia nieraz nawet paręset kilometrów. Wiem, że najdłuższym chodem, o który się zakładano był chód wieloetapowy z Paryża do Moskwy. Na pewno do czasów współczesnych pozostały chody z Paryża do Colmaru. To taka legendarna wręcz impreza. Często francuscy chodziarze pytali mnie, a wśród nich było bardzo wielu pocztowców, kiedy wystartuję w tym chodzie. Póki co nie zapowiada się, pocztę wysyłam mailem, nie potrzebuję takich dystansów pokonywać, chociaż jestem pełen podziwu także dla polskich zawodników, którzy brali w tym udział. Adam Urbanowski to ten, który ostatnio najpiękniejszymi zgłoskami zapisał się w historii i kilkukrotnie wygrał tę imprezę.

W Barcelonie na mistrzostwach zdyskwalifikowano pana za to, że pan pobiegł. Chciałem zapytać o tę różnicę między biegiem a chodzeniem.

Nie ma sensu wchodzić w detale różnic czegoś, co jest dosyć oczywiste. Każdy widzi jakie jest bieganie, chodzenie też, natomiast na zawodach dyskwalifikuje się za nieprawidłowe chodzenie, a nie za bieganie. Byłoby to zbyt prostackie, gdyby powiedzieć, że ktoś pobiegł i już. To opiera się na kryteriach, które zostały zdefiniowane jeszcze w XIX wieku i potem rozwijane. Oparcia nogi atakującej, czyli tej, którą stawiamy na piętę z przodu dokładnie w taki sposób, aby ona była wyprostowana. Jeżeli tamta noga jest ugięta w kolanie to już można zostać zdyskwalifikowanym. Czy jest to bieg? Nie jest, ale nie jest to chód sportowy, jaki jest wymagany. To jest przepis chodu. Można powiedzieć, że ludzie biegają po stadionie, dlaczego nie pozwolimy im biegać po dowolnym torze? Nie, mają biegać po tym torze jaki został im przydzielony. Drugie kryterium jest takie, aby się cały czas znajdować w kontakcie z podłożem, czyli jak oderwiemy jedną nogę, druga choćby czubkiem palców czy samą piętą powinna dotykać podłoża. To odróżnia strukturę ruchu chodzenia od tej, która jest ewidentnie inna w bieganiu, bo tam jednak ten środek ciężkości się buja bardzo wysoko i ląduje. W chodzeniu powinien być jak najbardziej liniowo zrównany z ziemią i na to pozwala trzymanie stałego kontaktu z podłożem. Bardzo to może brzmi zawile technicznie, ja nieraz przywołuję definicję konia z Chmielowskiego – koń jaki jest każdy widzi. Bieganie od chodu łatwo jest odróżnić, natomiast chód sportowy od nieprawidłowego to już wyższa szkoła jazdy i to zostawmy sędziom chodu. Propagując chód i namawiając ludzi do chodzenia, po prostu mówię, żeby chodzili liniowo, stawiali stopę przed stopą, najlepiej stawiali ją na pięty, mieli wyprostowaną sylwetkę, a sami, tak jak pocztowy czy żołnierze, wyczują, że ta wyprostowana noga i ten kontakt tylko pomaga w dobrym przemieszczaniu się. Technika nie przeszkadza chodziarzowi, tylko wręcz pomaga w osiąganiu wyniku.

Swego czasu miał pan takie kontuzje, które normalnemu zawodnikowi uniemożliwiłyby chodzenie. Uszkodzone żebra, mięsień oddechowy, uszkodzona stopa od asfaltu, który miał 70 stopni. Jak to wyglądało?

To są ludzkie tematy. Zacznijmy może od tej stopy, bo to prostsze. Któż z nas nie obtarł sobie porządnie stopy kiedyś, gdy maszerował przez góry czy w trudnych warunkach? Miałem jeszcze ten przywilej, żeby poparzyć się asfaltem, po którym maszerowałem. Jak trenujemy w takich trudnych warunkach to polewamy się dużą ilością wody, w związku z tym skóra też ulega rozmiękczeniu i jest bardziej wrażliwa na deformacje. Kiedy do tego dochodzi bardzo wysoka temperatura to rzeczywiście ten pęcherz, który powstaje nie jest takim powierzchownym. Nieraz dochodzi nawet do rozwarstwienia skóry. Nie mówię, że to jest właściwe tylko dla chodu sportowego, po prostu można sobie zrobić, przebywając w bardzo trudnych warunkach. Nas się nikt nie pytał czy my chcemy startować w środku sierpnia na Igrzyskach, ta kontuzja pięty to był początek sierpnia, kto był w Grecji w tym czasie i kto wyszedł sobie na trening, spacer to wie doskonale jakie tam są temperatury, czego można się nabawić. Tematy porażenia mięśnia międzyżebrowego, to też coś bardzo specyficznego i w ogóle niezwiązanego specjalnie z moją konkurencją. Miewamy różne historie związane z kręgosłupem, wystarczy zasnąć w złej pozycji i można się nabawić kłopotu. W moim przypadku nastąpiło coś takiego jak przyszczypnięcie nerwów kręgami. Zostało to potem ustawione przez nieocenionego pana Władka Ręczewskiego, który był naszym osteopatą. Zanim jednak Władek mnie nastawił to już doszło do poważnego uszkodzenia nerwu. Paskudna sprawa, kiedy chcesz iść na trening, wszystko działa, mięśnie są w perfekcyjnym stanie, głowa tak samo, nagle przestajemy móc oddychać. Z tego fotela nie mógłbym wstać, zakasłać, przepona nie chodziła. Uważam, że życie składa się z wyzwań i to była chyba zdrowotnie dla mnie najcięższa próba przed wielkimi zawodami. Zawsze jakaś dziwna historia mi towarzyszyła, że przed wielką imprezą, do której byłem już gotów, musiało się coś wydarzyć, co stawiało znak zapytania nad rezultatem danego sezonu. Porównuję to do filmów akcji – wszystko się rozwija, układa piknie i nagle jest taki zwrot, że główny bohater już właściwie ginie, ale jeżeli przeżyje w tym krytycznym momencie to wtedy jest filmowany w blasku zachodzącego słońca, objęty czule ze swoją partnerką albo przybijający piątkę ze swoimi kolegami z drużyny. Ze mną było podobnie. Brzmi to kiczowato, ale jest to jakaś metoda na formowanie mentalne, by wyjść z opresji i potem już nie bać się niczego w trakcie zawodów.

O to chciałem zapytać, jak się trenuje psychikę? Rozumiem, że ciało to jedno, absolute body control, drugie to psychika. Jak się nastawić na rywali, którzy są nie gorsi od nas? Żeby znaleźć tą energię od wewnątrz, która ma płynąć do zwycięstwa?

Dochodzimy tutaj do najtrudniejszego wyzwania jakie stoi przed każdym sportowcem, bo fenomenalne parametry można mieć, ale pytanie czy jesteśmy w stanie ich użyć. Sport należy do ludzi odważnych, z całą pewnością, ale też do tych, którzy mają ogromny stopień samoświadomości. W trakcie kariery sportowej odkrywamy samych siebie, własne możliwości, sprawdzamy się w różnych sytuacjach, uczymy się swojej siły, jak również pokory wobec rywali, z pełną świadomością tego, że oni są nie do pokonania. Nie takiego pokornego padania przez nimi na kolana, tylko uświadomienia sobie, że oni mogą być świetnie przygotowani, ale mogą mieć też takie same stany ducha słabości jak i my. Zasada, jaka panowała w trakcie zawodów to kiedy zawodnik, ja, myślałem, że jestem u kresu sił, wtedy patrzyłem na mojego rywala, który trzymał się gdzieś z boku albo za plecami i myślałem sobie, że to jest ten moment, kiedy muszę przyspieszyć, bo on prawdopodobnie też tak myśli i pytanie kto pierwszy zrealizuje te swoje intencje, kto pokaże siłę. Rozmowy z ludźmi, ma się po drodze wiele autorytetów, z których korzystamy albo nie. To mogą być fachowcy od psychologii albo po prostu przyjaciele, z którymi budujemy własną osobowość. To są książki, które czytamy, jak np. Mewa Rocharda Bacha, którą przeczytałem we właściwym momencie mojego życia.

Ale dostał też pan kiedyś od swojego trenera kasety video z rybkami.

Od swojego fizjoterapeuty, on mi też podsunął mewę. Aleksander Gryckiewicz, białoruski fizjoterapeuta, który ponoć w Białorusi ma dyplom lekarza, a u nas pracował jako fizjoterapeuta. Był człowiekiem renesansu, funkcjonował w bardzo różnych obszarach. Przywiózł mi nawet wiersz swojego ojca po rosyjsku i przeczytałem go przed zawodami. Aleksander bardzo uważnie słuchał tego, co chcę mu przekazać i kiedy podsunął mi tę kasetę z rybkami to był efekt tego, że ja mu opowiadałem z zachwytem na temat moich doświadczeń z takiego epizodu wakacyjnego, zimowego kiedy pojechałem do Egiptu i nurkowałem. To patrzenie na rafę koralową było czymś bardzo przyjemnym. On jako mądry człowiek starał się wyzwolić we mnie poczucie takiego komfortu, błogostanu, bo to jest tak, że kiedy przystępujemy do zawodów to nie idziemy na wojnę po to, żeby komuś dowalić czy sobie coś udowodnić. Ja uważam, że przystępowanie do zawodów to jest sięganie po nagrodę. Powinniśmy mieć  świadomość, że wypracowaliśmy bardzo wiele i zasługujemy na tę nagrodę. W związku z tym, kiedy myślę sobie o nagrodzie to się uśmiecham. Aleksander chciał we mnie prawdopodobnie wywołać taki uśmiech, bym był w tej strefie w jakiej powinienem być i chciałbym zrobić to, na co tak długo czekałem, tak samo jak czekałem po tych zawodach na kolejne wakacje. Najpierw jednak musiałem odebrać tę nagrodę, która mnie do tych wakacji upoważniała dopiero.

Często wspominał pan, że trzeba spojrzeć w oczy, w duszę rywala, żeby go pokonać psychologicznie tuż przed zawodami. Często tak jest, że rozbrajamy kogoś uśmiechem.

Tak i nie ma jednej recepty na rozbrojenie rywala. Myślę, że miałem wyjątkową szansę dlatego, że przez długie lata wygrywałem, pewnie nieprzypadkowo, ale bardzo uważnie celowałem w tych, z którymi rywalizuję. My się kolegowaliśmy na co dzień i spotykaliśmy się w różnych hotelach, na różnych zgrupowaniach, różnych zawodach, a po zawodach nieraz szliśmy razem na piwo. Nie było tam takich zachowań jak bokser, który patrzy na boksera, ale to też mi pozwalało lepiej poznać ludzi, lepiej zajrzeć w ich psychikę, tak jak oni mieli szansę poznać mnie. Trzeba było nieraz rywalowi pokazać, że jestem pewny siebie, że go dostrzegam, ale widzę w nim po prostu człowieka, a nie tego, który za chwilę ma przeprowadzić moją egzekucję i dlatego nieraz te ciepłe gesty, jakieś słowo na temat rodziny przed zawodami, żadnej nerwowości, to sprawiało, że utrzymywałem wobec nich przewagę psychologiczną. Potem kiedy, mówię zupełnie serio, przychodzili do mnie po autografy dla swojej rodziny, oczywiście zachowywałem się normalnie i serdecznie, ale widziałem dalej, że to jest element realizacji pewnej strategii. Oni mogli być bardzo blisko mnie, ale zawsze się starałem, by nigdy nie byli powyżej mnie. Uważam, że w tym wieku dojrzałym utrzymywanie tego typu realiów było kluczowe, ponieważ ja też cierpiałem, ja też miałem kłopoty z upałem, ja też miałem trudne momenty w ostatnich dniach przygotowania, ale oni nie mogli o tym wiedzieć, musieli mnie widzieć jako oazę spokoju, tego, który przychodził na zawody i mieli dostąpić zaszczytu rywalizacji. Mówię to z pewnym cytatem, bo kiedyś usłyszałem, że zaszczytem było przegrać ze mną w taki sposób, ale my naprawdę rycersko i szczerze walczyliśmy. Gdyby ze mną wygrał, pewnie by mnie to bolało, ale przyjąłbym to, że pokonał mnie lepszy.

A propos nagród i odznaczeń. pewnie gdyby zechciał pan to na pana piersi błyszczałyby medale lepiej niż na piersi rosyjskiego generała z czasów komunistycznych. Który z tych medali, tam są cztery olimpijskie, złote, to jest ewenement, to ogromna rzecz i udowodnienie sobie i światu, że jednak się jest ugruntowanym artystą danej dyscypliny sportowej i numerem jeden. Chciałbym zapytać, który z tych medali jest cenny sentymentalnie?

Kiedy pada to pytanie, bo padło już kilka razy, to odpowiedź zawsze jest jednakowa, ja te medale kocham i cenię tak jak rodzic ceni sobie gromadkę swoich dzieci. Każde jest trochę inne, z każdym się wiąże inna historia i inna radość. Te medale zdobywałem na różnych etapach życia i to, co jest fantastyczne w tych medalach olimpijskich, bo jeszcze mam trzy medale złote Mistrzostw Świata, to to, że one za każdym razem otwierały inny rozdział. Medal z Atlanty nazwałbym medalem dostąpienia, bo dostąpiłem zaszczytu bycia mistrzem olimpijskim, zostałem pasowany na rycerza Olimpu. Dwa medale zdobyte w Sydney to są medale, które do dzisiaj uświadamiają mi, że granice jakie sobie wyznaczamy, granice naszych możliwości są tylko w naszej głowie. W momencie kiedy zaczynamy je kontestować, jest szansa na to, żeby zrobić coś niesamowitego. Dla mnie to było coś niebywałego wtedy i do dzisiaj uważam, że te medale sprawiły, że, nic nie ujmując innym mistrzom, ale to moje krzesło olimpijskie nabrało wtedy szczególnego wymiaru. Nikt do tej pory tego nie dokonał. Medal, który łączy się dla mnie z takimi emocjami, promieniowaniem na to, co robię dzisiaj to medal ateński zdobyty u źródeł nowożytnych Igrzysk Olimpijskich. Jest to także medal, którym mogłem powiedzieć do widzenia, spotkajmy się w moim życiu już poza-wyczynowym, ale dalej bądźmy w sporcie, cześć chłopaki, bawcie się dalej, ustanawiajcie rekordy, ja już serdecznie dziękuję. Z tym medalem wszedłem na Olimp następnego dnia, tak jak sobie wymarzyłem i co więcej, z tym medalem poszedłem dalej w moje dorosłe życie. Mimo tego, że jest dzisiaj zdeponowany w muzeum Uniwersytetu Jagiellońskiego to pewnie w dalszym ciągu jest ze mną i jest w dalszym ciągu najświeższy dlatego, że jest ostatni. Ostatnie dziecko, które jest takie szczególne, bo najmłodsze, wymaga najwięcej czułości. Nieustająco mnie cieszy, nawet kiedy sobie to wspominam, patrzę na obrazki z podium, to się śmieję na tym podium jak chłopak, cieszę się, że to się po prostu wydarzyło i tak pięknie skończyło.

Pięknie skończyło, a jak się zaczęło? Kiedy nauczył się pan chodzić? Ja wiem, że to oczywiście dwuznaczne, ale chodzi mi o chodzenie sportowe.

Zacznijmy od tego, co widziałem w telewizji, a widziałem wtedy chodziarzy, w tym Jana Ornocha, który finiszował w Pradze w ’78 roku. Na pytanie co to odpowiadał mi straszy kuzyn, że to jest chód sportowy, o czym nie wiedziałem, miałem 10 lat. Minęło trochę czasu, jest rok ’81 lub ’82, dowiaduję się o tym, że mój kolega ze starszej klasy, o rok, zdobył brązowy medal Mistrzostw Polski w chodzie sportowym. Mariusz Czopek, Szkoła Podstawowa numer 3 w Tarnobrzegu. Szkoła o ukierunkowaniu siatkarskim, pływackim, a tu proszę, lekkoatleta. Przyglądałem  mu się czy on chodzi jakoś inaczej, ale niespecjalnie. Był sprawnym chłopakiem i takim wczesno-rozwojowcem. Miał sporo talentów, zdobył ten medal, a w Tarnobrzegu sporo ludzi chciało, żeby ludzie żyli tym chodem, trochę z tej historii wojskowo-pocztowej, bo centralny okręt przemysłowy to było takie miejsce, gdzie ten chód się rozwijał – Stalowa Wola, Nowa Dęba, Mielec. Byłem wtedy w Tarnobrzegu, a historycznie pierwsze chody były na terenie obecnej polskiej Galicji, z Przemyśla do Sokala, Sokal już nie jest w Polsce. Te kluby związane trochę z wojskiem, trochę z zakładami przemysłowymi, one rozwijały ten chód i po stanie wojennym też chciałby na nowo kluby zaistnieć, bo można było w końcu znowu rywalizować. To był taki lockdown czasów Jaruzelskiego, z którego wychodziliśmy. Ja się bardzo naturalnie wpisałem w historię regionu, w którym zamieszkałem, bo wcześniej mieszkałem w Jarosławiu.

Czyli świetna kontynuacja, prawda?

Tak, nie byłem uczestnikiem tej tradycji, bo przyjechałem do Tarnobrzegu w roku ’80, przede mną już ktoś tam chodził. Nie uczestniczyłem też w zajęciach lekkoatletycznych, wtedy kiedy chodziarze z Tarnobrzegu osiągali największe sukcesy albo kiedy wyjeżdżali masowo na zawody. Jak trafiłem do Tarnobrzegu to najpierw się zapisałem na judo, ale potem w stanie wojennym już zacząłem uczęszczać na zajęcia z lekkiej atletyki przy liceum i tą lekkoatletykę brałem całkowicie na nowo. Oczywiście, znałem lekkoatletów, to były czasy kiedy świętowali wszyscy jeszcze niedawne sukcesy z Moskwy, z Montrealu, to były dobre czasy dla lekkiej atletyki, tylko że ja, zapisując się na lekkoatletykę, nie myślałem, że ja mam zostać Malinowskim. Po prostu chciałem być sprawnym chłopakiem. Wcześniej miałem duże kłopoty zdrowotne i leczyłem się w sanatorium, miałem chorobę reumatyczną, to nie było dla mnie komfortowe, kiedy trzeba było się wykazać tężyzną, siłą na boisku szkolnym, podwórkowym. Chłopak, który ma 12-13 lat chce pokazywać siłę, a nie być molem książkowym, bo to jest mniej cenione w gronie. Potem się gdzieś zyskuje intelektem dopiero. Starałem się łączyć jedno z drugim i trener wysłał mnie na zawody w chodzie. Pobiegłem na 1500 metrów w Stalowej Woli, całkiem nieźle mi szło jak na takiego prawdziwka, zupełnie bez przygotowania, jeszcze z długotrwałym zwolnieniem z WF-u, ale wtedy się dużo jeździło na rowerze, robiliśmy gry terenowe, więc byłem wybiegany i miałem ogólną sprawność. Pamiętam, że się bałem tego startu w Lublinie, bo wcześniej nie przeszedłem razem 10 kilometrów sportowo. Niesportowo to owszem, ale ten pierwszy start był dla mnie wielką enigmą. Trener wysyła to jadę, bo trener decyduje, tam byłem o dziwo od razu na trzecim miejscu, zakwalifikowany na Mistrzostwa Polski do Poznania. Zastanawiałem się nad tym czy ja chcę zostać chodziarzem albo czy chodzenie to jest coś, co mnie porywa. Podobało mi się, trenowaliśmy na urozmaiconym terenie, nie było to zamknięcie w hali. To były fajne zawody, bo wiązały się z podróżami do Wrocławia, do Gdańska, do Warszawy. Ja byłem chłopakiem małomiasteczkowym, ale nie miałem jakichś wielkich oczekiwań. Dla mnie wszystko, co trafiało mi się w tym roku, brałem w ciemno. Podobało mi się spanie w kinie dworcowym we Wrocławiu, kiedy trener kupił nam bilety do kina, żeby się wyspać, bo nie mieliśmy jeszcze akademika, żeby gdzieś zamieszkać, jedzenie morw na ulicy łączącej nasz hotel ze stadionem w Poznaniu, dla mnie wszytko było fajne, bo działo się w Poznaniu. I kiedy pod koniec sezonu ’84 wyjechałem z kadrą wojewódzką do Rumunii na zgrupowanie na plaże, byłem zachwycony. Byłem ostatni w Mistrzostwach Polski, pojechałem trochę na kredyt, ale to mnie tak zmotywowało. Pomyślałem, że to chcę robić, a poza tym okazało się, że jednak jestem cholernie wytrzymały, mam dużą odporność psychiczną. Trochę mnie choroby zahartowały, a poza tym jestem z rodziny wielodzietnej i musiałem parę rzeczy dźwignąć w życiu. To chodzenie, ten twardy sport okazał się być sportem dla mnie.

Trochę zaniemówiłem, bo pomyślałem sobie, że też pan biegał, biegał nawet w maratonach i kończył z niezłym czasem.

Bieganie w maratonach nie miało nic wspólnego z moją historią chodową, absolutnie nic. Jeszcze kiedy pracowałem w Telewizji Polskiej, robiłem TVP Sport przyszedł do mnie Piotr Pacewicz, wtedy wice naczelny Gazety Wyborczej i powiedział, że chciałby zrobić coś, co byłoby jakimś biegiem masowym, gdzie byśmy pokazali Polsce, że warto biegać. W koleżeńskiej dyskusji doszliśmy do wniosku, że będziemy robić program Polska biega i ja w ramach tego programu, w roku 2008 pobiegłem w swoim pierwszym maratonie, bo uważam, że skoro promuję bieganie jako takie to wypadałoby w Poznaniu w tym maratonie pobiec. Jak kończyłem 40-tkę to też miałem trochę taką potrzebę, wspieraną oczekiwaniami kolegów, że zrobimy to razem, itp. Tylko, że to pobiegnięcie maratonu w Poznaniu wcale mnie nie uwiodło i minęło kilka lat kiedy moi koledzy warszawscy, managerowie z wyższych szczebli, którzy są bardzo zabiegani w życiu stwierdzili, że może bym kiedyś chciał zostać takim kierownikiem. Wziąłbym ich na jakiś bieg, nie zachowując tej historii tylko dla siebie. Oni też mi obiecują, że przygotują się do maratonu i tak od słowa do słowa zapytałem czy pobiegniemy w maratonie paryskim w 2013 roku. Okazało się, że byli gotowi. Potem jeszcze kilka tych maratonów światowych zrobiłem, faktycznie z całkiem niezłym wynikiem, ale nie miałem takiej potrzeby odreagowania chodzenia albo stwierdzenia, że od tej pory jestem na emeryturze to będę biegał, bo całe życie marzyłem o tym, żeby biegać. Nie, po prostu dla mnie to była sfera jakiegoś poznania, zrobienia czegoś nowego, innego, co mogłem robić wcześniej, ale czego nie robiłem z uwagi na mój wyczynowy profil w chodzie, a dzisiaj mam taki etap w życiu, że znowu chodzę i więcej chodzę niż kiedykolwiek na emeryturze sportowej. Uważam, ze moim obowiązkiem jest dzisiaj tłumaczenie ludziom, że chodzenie jest zdrowe, ważne, dobre, dostępne dla każdego. Najstarszy zawodnik jakiego trenowałem miał 101 lat, był w świetnej formie. Dalej bardzo będę wspierał wszystkie inicjacje w bieganiu, wszystkie marzenia, ale uważam też, że przychodzi taki czas dla każdego, że trzeba sobie powiedzieć, ze bieganie jest mniej zdrowe niż chodzenie i sportem na całe życie będzie jednak chodzenie. Zaczynamy od chodzenia, klamrą to spinamy, gdy jako dziecko stajemy na nogi i biją nam brawo. Obyśmy chodzeniem, w dobrym zdrowiu, odchodzili z tego świata.

Bardzo dziękuję za rozmowę.

Dziękuję.

fot.: Maciej Gillert

Reklama