Jasne i ciemne kolory

Jacek Chmura
Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Przez to, że rodzice byli bardzo przeciwni studiom dziennikarskim (a słowa matki zawsze traktowałem jako rodzaj podarunku losu), sam nabrałem przekonania, że ani trochę nie sprawdzę się w tego typu babraninie. Jeśli już miałbym sobie wyobrazić, jak mógłby wyglądać choć jeden dzień mojej pracy jako reporter, postawiłbym na coś bliskiego temu:

Kiedy obiecywałem miesiące wcześniej dostarczenie luźnego, zdatnego do czytania wywiadu, sądziłem, że jakoś to będzie: pójdzie łatwo, a wszyscy, których to interesuje będą na swój sposób zadowoleni. Problemy zaczęły się gdzieś głęboko w mym umyśle, lubiącym – jak nie raz się okazało – szybkie zmiany decyzji, robiące ze mnie na oczach innych czystego szaleńca. Musiałem jednak, wbrew woli popularnych ostatnio neuronów, ruszyć z miejsca, gdyż, jak sądzę, skończyły się czasy nawet racjonalnych wymówek – jestem w wieku, w którym sprawy osobistego honoru wychodzą niebezpiecznie często na pierwszy plan. Z braku wartych uwagi ludzi w moim otoczeniu, postanowiłem zapuścić się w teren, nie stawiając sobie dosłownie żadnych ograniczeń. Chcąc załatwić to sprawnie, udałem się w miejsce, gdzie spotykają się najwięksi przegrani i wygrani, prześladując się nawzajem nieodmiennie obrzydliwą polityką – każdą z jej miliona odmian. Stało się tak jak sądziłem. Na jednej z mnogich grup, gdzie ludzie dosadnie użalają się nad sobą licząc, że tym razem zostaną oszczędzeni, spostrzegłem blondynkę, której kilka innych zdjęć potwierdziło jej internetową atrakcyjność. Szybko zgodziła się ze mną spotkać, zapraszając zupełnie nieznanego reportera do swego domu w dzielnicy biedy.


Reklama

Ruszyłem jak zwykle spóźniony, mając nadzieję, że po drodze zdołam co nieco nadrobić. Gdy obudziłem się tego dnia po siódmej, świat przypominał kreskówkową, zadymioną krainę, gdzie dzieci smogu doskonale bawią się, ciesząc się z zupełnego wyprania rzeczywistości z kolorów. Wszystko miało się podobnie, kiedy wychodziłem na spotkanie z dziewczyną. Nie sądziłem, by zabranie ze sobą jakiegoś prezentu mogło tu coś dać, więc zignorowałem temat, starając się jednak dla okazania szacunku wyglądać przyzwoicie. Okolica była doprawdy paskudna, w walących się murach dla rozrywki rozpoznawałem – podobnie jak w chmurach – przeróżne zwierzęce kształty. Na chodnikach nie gnieździły się stada prusaków, lecz wyraźnie czuć było niechęć, jaką wzbudzałem w każdej cząstce tego zdeprawowanego miejsca, próbującego złośliwie zarazić mnie swoją nieprzyzwoicie złą karmą.

Otworzyła mi na dole korzystając z domofonu, a ja nie mogąc dobrać się do niesprawnej widy, zacząłem piąć się na szóste piętro po schodach, które każdy znakomicie potrafi sobie wyobrazić. Stała na progu uchylając drzwi – blondynka z kształtnymi policzkami, dodatkowo podkreślonymi przez uśmiech, jaki nazwałbym (i ty także) tylko i wyłącznie uroczym.

            – Jesteś o właściwej porze – powiedziała. Podaliśmy sobie ręce, by następnie wejść nieco głębiej. Mieszkanie miało może trzydzieści metrów. – Mam osobną kuchnię, co nie jest teraz wcale takie oczywiste.

            – Tak, ładnie tu. Jesteś sama?

            – Tylko dzisiaj. Ach, nie mam nikogo. Wygląda na to, że właśnie zaczęliśmy twój wywiad.

            Podszedłem do okna. Wychodziło na ulicę, którą na pewno nie przechodziłem chwilę temu. Fioletowe światło cholernie mocno biło z szyldu.

            – Nie przeszkadza ci, że mieszkasz naprzeciwko salonu masażu?

            – Powiedziałabym nawet, że raczej mnie to inspiruje. Musi tam być ciężko, gorzej niż u mnie.

            – W porządku – siadam na szarej, wyglądającej na odnowioną, kanapie i czekam tylko aż zaproponuje mi jakąś kawę. – Dobrze się zaczyna.

            Otwiera szerzej oczy i ląduje niedaleko mnie, podciągając przy tym kolana pod samą brodę.

            – Jak się tu znalazłaś?

            – Nie tak prędko poszłam z domu – prostuje się odrobinę, bawi włosami, a ja zerkam wręcz pożądliwie na jej profil.

Mówi to, czego można było się spodziewać. Rodzice, których nie da się zmienić oraz dziecko, mające w ich ocenie tylko durne pomysły. Mimo smutnego, ale jednak banału, mam dziwne przeczucie, jakbym nie trafił tu zupełnie przypadkowo. Nie chodzi wcale o to, że pieprzenie się z kimś takim było mi pisane. Zwyczajnie działo się tu coś więcej; widziałem już w wyobraźni, która kiedy chce potrafi porządnie pędzić do przodu, jak spacerujemy wśród powszechnego marazmu tych okolic, mijając ludzi dobrze odnajdujących się w rynsztoku. Szliśmy jednak dalej, zostawiając za nami najlepszy hotel na śmietniku, dochodząc do przystanku, skąd można już dotrzeć do niekoniecznie lepszych, lecz jakże innych składowisk cegieł, ciał i idei.

            – Może zrobię nam coś do picia? W kuchni jest specjalny stoliczek, który imituje te kawiarniane. Od czasu do czasu przystrajam go tak, jak mi się podoba. Ustawiam filiżankę, odmrażam kawałek ciasta i dodaję takie zdjęcie na Instagrama. Mam kawiarkę. Nastawić?

Kiwam głową, skupiając się na tym jak wstaje, jak układa nogi stąpając, jak jej włosy suną – tak długie, proste i złote.

Także mając za sobą parszywe doświadczenia, także nie będąc związany żadną poważną umową pomyślałem, że to, o co wulgarnie wręcz walczyliśmy w latach poprzednich – wolność, przyjaciele, nawet późne kładzenie się do łóżka – nie sprawia już dziś wielkiej przyjemności. Wzniosłe myśli w końcu zaczynają nudzić, jak głupi serial, stary chomik, czy czekanie na powrót do domu puszczalskiej kobiety. Siedziałem w tym chorym zamyśleniu, póki nie wróciła.

            – Mogła wyjść dosyć mocna.

Choć chciałem się oczywiście dowiedzieć o niej jak najwięcej, przestałem mieć jakąkolwiek ochotę na ciągnięcie dobrego bądź koszmarnego wywiadu; skoro jednak nie planowałem jeszcze wracać do domu, postanowiłem zachowywać się jak zwyczajny, wpadający z wizytą gość.

            – Miło tu, lubię taką ciszę. I te kolory – zaryzykowałem, mając na myśli otaczające nas ściany.

            – Zobacz – powiedziała wyglądając przez okno. Pokazywała palcem wysiadającą z taksówki blondynkę. Gruby ochroniarz otworzył jej drzwi, wpuszczając do zupełnie ciemnego klubu. Dziwka była spóźniona, wszystko zaczęło się już 20 minut wcześniej.

Zrobiło mi się duszno, upiłem jednak łyk kawy, choć potrzebowałbym raczej kilku dużych kostek lodu. W głębi, w drobnym przedpokoju paliło się pomarańczowe światło. I to tyle, żadnych innych błysków. Zamknąłem oczy, zakręciło mi się w głowie; korzystając z okazji starałem się ocenić krążące po pokoju perfumy.

            – Chcę żebyś zadawał mi pytania. Rzadko jestem w centrum uwagi, ale rozważałam, tylko rozważałam jakiś rodzaj rozbierania się przed kamerą.

Zacząłem w końcu na poważnie pić, telefon leżał na stole, wciąż nagrywając te strzępki zdań, jakimi już bez żadnego większego powodu się karmiliśmy. Przylegające szare spodnie, biała, czarno nakrapiana bluzka i skarpetki w cielistym kolorze. Do tego ja, wymownie się uśmiechający na widok tego, co zastałem na szóstym piętrze w jej dzielnicy, dzielnicy biedy. Ona – z godzinę temu podkreślająca samą siebie różem, gotowa odpowiadać na pytania krążące wokół jej umiejętności, projektantka, freelancerka z bardzo kształtnym nosem, mająca dwadzieścia trzy lata, spędzająca przed komputerem z 14 godzin dziennie, nigdy nie opuszczająca miasta, pracująca dla każdego, kto tylko ją wytropi, nerwowo sprawdzająca, czy jej konto w tym, lub innym banku jest jeszcze cokolwiek warte, zawsze samotnie myjąca się w tej zadbanej kabinie.

Stałem w łazience i wszystko to wydało mi się pozbawione znaczenia, komiczne, zbyt masowe, godne krytyki, samobójcze, wzięte z książek zakupionych z budżetu obywatelskiego. Nie byłem nikim więcej, spędzałem czas podobnie, miałem bliźniacze zwyczaje. Byliśmy tą masą, której nienawidziliśmy, tłuszczą, której życzyliśmy fatalnych zrządzeń losu. Mój seks i jej seks być może się połączą w ohydnym, zapoconym, rytualnym tańcu – istnym pośmiewisku.

 Szukając znikomego choć ukojenia położyłem się na kanapie. Ona przyrządzała coś na wzór kolacji, bowiem tacy jak my nigdy nie jadają pełnoprawnych posiłków. Miałem chyba hałaśliwy oddech, a może nieświadomie rzucałem się po całej powierzchni mebla, dość, że zajrzała do salonu wielkości boksu dla konia. Zerknęła na mnie, nie ujawniając żadnego zdziwienia.

            – Odpocznij, wracam za kilka chwil.

Potrzebowałem leżenia na brzuchu przez trzy, cztery dni, rezygnacji ze skomplikowanych wywodów, zniszczenia ze stu egzemplarzy Getting Things Done. Chciałem pustki, ale chciałem też oswoić blondynkę, zostać tu, skończyć z opłacaniem mieszkania, poprosić kogoś o wyrzucenie na ulicę moich tanich rzeczy. Starałem się zasnąć, słuchając kojących dźwięków gładziutkich dłoni, wspaniale radzących sobie w małej, lecz osobnej kuchni. Pragnąłem poznać zapach jej pościeli, początkowy chłód poduszki, nierówności prześcieradła; może i tylko zobaczyć ją w tym, w czym zwykle chodzi spać, objąć ją najzwyczajniej, złożyć pocałunek na włosach i liczyć na sen, który ukaże nas starszych o kilka lat, wpatrzonych wzajemnie w swe oczy: moje nie tracące pewnej zadziorności, jej – „jakby narysowanych kredkami przez dziecko”.

Przestałem przejmować się tym, co mógłbym powiedzieć, tym co zrobię, kiedy nadejdzie pora, bym naprawdę sobie poszedł. Jakoś wiedziałem, że nie czeka mnie w najbliższym czasie nic przykrego. Miałem pewność, że życie bezinteresownie ofiarowuje mi coś, czego w żadnym wypadku nie mogę nie przyjąć.

 Ocknąłem się. Na tyle, by stwierdzić, że za ścianą nadal rozlegają się szmery; nie na tyle jednak, żeby zganić samego siebie za ciąg niedorzecznych myśli. Mimo to zacząłem trzymać się faktów: miała bardzo ładne nogi, nogi i linię brwi, dolną, górną wargę, kostki, pięty, uszy – zapewne odporne jakoś na to wszystko, co mógłbym mówić, próbując stać się interesujący.

Pomału wstałem, znów było mi ciepło; po raz drugi bez ostrzeżenia zniknąłem w łazience. Wejrzałem w lustro. Przyzwyczaiłem się do niemych rozmów z samym sobą – szczególnie w obcych mieszkaniach – gdzie odbita mina jest wymowniejsza niż seria namacalnych odczuć. Nie było źle, długo poprawiałem włosy, w końcu wyszedłem, by krok po kroku, tak jak się to robi od dziecka, dotrzeć do kogoś, kto przypuszczalnie – jak podpowiadała mi moja wiara w pomyślne losowania – postanowił o mnie zadbać.

I mógłbym tak ciągnąć, nie kończąc właściwie nigdy, karmiąc się wstydliwymi, samolubnymi fantazjami, niepozwalającymi zabrać się za jakąkolwiek normalną robotę.

Reklama