Myślę, więc znikam

Katarzyna Paczóska
Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Niebywale ciężko czasem być, a jak doda się myślenie, to albo jest się za bardzo mocno, albo za bardzo mocno się zanika. Gdzie? A to chyba tylko Bozia wie. Może poproszę o zdradzenie sekretu. Myślicie, że się uda?

Nieładnie tak plotkować, ale pozostawiać wszystko w sobie to też trochę niewygodnie. Savoir vivre nakazuje udostępnianie swoich myśli, jeżeli jest się w gronie mniejszym niż siedem osób. Dlatego, uprzejmie uprasza się o wyjaśnienia. Co się dzieje, kiedy za dużo (albo dużo za mało) się dzieje?

Nic? Null? Uno? A nie, uno to już o jeden za dużo. Jednak, jak to tak nie rozmawiać? Domagam się dialogu. Bo tak lubię czasem pogawędzić – dostarcza to trochę innej perspektywy. Ale być może to trochu bez sensu.

Spójrzmy na Japonię, kraj zakazów, nakazów i przeciwskazów. Ucieczek. Co zrobić, kiedy Ci niewygodnie? Na przykład uciec na chwilę z tego świata. Zniknąć. Puf! Na powierzchnię wychodzą (a właściwie to z niej uciekają) tzw. jouhatsu – ludzie, którym z jakiegoś powodu jest bardzo niewygodnie w życiu, czy to przez problemy sercowe, pracę, czy porachunki z mafią. Decydują się na najlepszą możliwą opcję (czyt. ucieczkę), pozostawiając rodzinę, znajomych, kochanków, panią z warzywniaka czy ulubionego pupila. Co więcej, często nie robią tego na własną rękę – zwracają się do firm oferujących konkretne usługi. I słusznie, przecież w Japonii można wszystko – oswoić się ze śmiercią, zamykając się w trumnie, zamówić osobę, która zerwie z Twoim obecnym partnerem lub kogoś, kto odegra Twoją sympatię na rodzinnym obiadku.

 
Reklama
 
Reklama

Dlaczego więc w takim razie nie pójść w jej ślady? Skoro można wynająć ludzi, którzy zajmą się trudami znikania, trudami życia, bycia.

Można. Ale uciekać tak przez całe życie, przed ludźmi, których poznałeś, przed kontaktami, które przez chwilę wyznawałeś? To tak z deczka – niepoważnie. Bo jeżeli bawimy się już w życie, to bawmy się na całego. Tak, aby hedonizm do nas dotarł choć trochę. To pojęcie jednak zostało wyświechtane, podobnie jak feminizm, a tak naprawdę – to szlachetna droga. Do celu, przy użyciu maksymalnie dogodnych środków.

Kiedyś wykształciłam sobie w głowie nowe pojęcie – racjonalny hedonizm, według którego starałam się podążać, jednakże okazuje się, że pierwotne znaczenie słowa jest bardzo podobne. Hedonizm nie równa się czystej przyjemności, tylko (powołując się na Słownik Języka Polskiego), przyjemności i unikaniu cierpienia. To najwyższe dobro oraz cel postępowania jednostki. Wychodzę więc z ukrycia, oddając się przyjemnościom i przyjemnym obowiązkowym. Czyż to nie droga do Edenu?

Reklama