Marcin Perchuć: Proszę mnie oszukać

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Po dekadzie na antenę TVN wraca serial „Usta usta”. Z Marcinem Perchuciem rozmawiamy o sile aktorskiej osobowości, roli wyobraźni, powikłaniach wirusowych w teatrach i o tym, jak się zdaje egzaminy aktorskie w szczycie globalnej pandemii.

 

W królewskim Wilanowie zaczęliśmy rozmowę o osobowości. Uważasz, że bycie aktorem od osobowości nie zależy?

Reklama

Jasne, predyspozycje są zawsze potrzebne i osobowość, tylko różnie można ją interpretować. Czasem się mówi, że jakaś musi być. Może być ciekawa aktorsko, niekoniecznie życiowo.

Mówi się też o nieznośnych osobowościach.

Aktorzy mają takie najczęściej, przez to są intrygujący.

Ty jakoś swoją szczególnie nie epatujesz.

Trzeba by się zagłębić w całe prywatne, 47-letnie życie i zobaczyć jak to wyglądało, ale to sobie darujemy, prawda?

Nie po to tu jesteśmy. Niedawno odeszła Ewa Demarczyk. Współpracownicy mówili o niej, że gdyby miała łatwą osobowość, byłaby księgową.

Czyli zgadza się, co powiedziałem – że trzeba mieć ją w tym zawodzie. Nieoczywistość osobowości dla jednych będzie męcząca, dla innych zapładniająca. Bez tego magnetyzmu nie potrafią żyć – tacy ludzie zostają aktorami, muzykami, pisarzami.

Jakie jest twoje ulubione medium?

Radio, na pewno radio.

Co takiego z nim jest?

Anonimowość. Mogę robić każdą minę – mówię o drugiej stronie sitka, a to głos niesie wszystko. W radiu można się ukryć, bo jest skrajnie intymne, przez to tajemnicze i ciekawe. Radio towarzyszy nam z mediów najbardziej prywatnie.

Z powodu radia nieomalże nie zostałeś aktorem. Przypomnisz, jak to było?

Jak jeszcze studiowałem aktorstwo, to w wakacje trzeba było zarabiać pieniądze. Wtedy tworzyło się Radio Kolor Wojciecha Manna i Krzysztofa Materny, nim zarządzali nim. Ogłosili konkurs na reportera, można było się zgłosić, zrobiłem to, przeszedłem drobny kurs montażu na taśmie. To był początek lat 90., dopiero na rynek wchodziły telefony komórkowe wielkie jak cegły, dostałem taką i poszedłem w miasto, robiłem różne reportaże, wejścia na żywo. To się podobało, ale trzeba było wrócić na studia. Urwało się więc, a po dwóch latach kolejny konkurs rozpisało moje ukochane wtedy radio, klasycznie rockowe, kompletnie zwariowane. Razem z kolegą Jarkiem Budnikiem, który do tej pory jest radiowcem, wygraliśmy konkurs i zaczęliśmy prace w radiu. Pracowaliśmy i równolegle studiowaliśmy. Aktorstwo średnio mi się układało i jakoś nie bardzo pasowało, trochę się w nim wierciłem. Za to w radiu się zakochałem.

Radio nie obywa się bez aktorstwa. Spiker przed sitkiem to reżyser teatru wyobraźni, ale „robi się je” osobowością, wygrywa pauzą.

Szef ówczesnej, klasycznej, rockowej stacji powiedział coś, co zapamiętałem. Że fajnie, że wygraliśmy ten konkurs, ale nie będziemy dobrymi radiowcami, ponieważ jesteśmy kształceni na aktorów, a w radiu nie może być ściemy, nie może być udawania, że jestem luźny, tylko mam taki być.

Nie da się oddzielić roli aktora od spikera?

My się zawzięliśmy, że udowodnimy, że można. Chyba się udało.

Idea radiowca polega na tym, ze sam stajesz się medium – to ci chyba zostało.

Jest jeszcze jedna rzecz, którą uświadomił mi bodaj dziennikarz muzyczny Makak. Uczył mnie pracy z mikrofonem, słuchawkami, mikserem – bo wszystko miksowaliśmy sami. Powiedział mi: słuchaj, wyobraź sobie, że teraz jak powiesz „dzień dobry”, to usłyszą się 3 stadiony Legii. To mnie zmroziło. Rzeczywiście wyobraziłem sobie tych ludzi, którzy siedzą w domach, kierowców, ludzi w słuchawkach, którzy dokądś idą, przemieszczają się i słyszą mój głos. Musiałem mieć strach w oczach. Teraz już o tym nie myślę.

Jak wchodzisz na scenę – to masz też takie poczucie odpowiedzialności? Jak wchodzisz na plan – też myślisz o widzach w tych kategoriach?

Powinno się o tym myśleć. Kiedy aktor wchodzi na scenę, wciąga widza w jakąś sytuację. Ludzie przychodzą do teatru po ściemę. W tym samym celu włączają telewizor. Żeby dobrze ściemniać, nie mogę myśleć o tym, co zrobić, żeby on uwierzył, tylko być jak najbardziej wiarygodnym.

Mam wrażenie, że jak idę do kina albo teatru, to wyrażam zgodę na jakąś konwencję – chcę być oszukana, ale w dobrym celu, bo ściema się źle kojarzy.

To rodzaj umowy. Idziesz do kasy i mówisz: tu jest 50 zł, proszę mnie oszukać. Jak mnie kiepsko oszukasz, to więcej nie przyjdę.

To też sztuka wyrazić świadomie zgodę na takie oszustwo. Myślę też, że to oszustwo oznacza zgodę na jakiś kontakt z ludzkim umysłem – to nam coś daje, coś nam robi, coś dzięki temu zyskujemy. Przytulamy się przez chwilę.

Najczęściej do rzeczy, które są nam dalekie, których pragniemy, ale się ich boimy. W „Muminkach” Emma mówi, że teatr jest najważniejszą rzeczą na świecie, ponieważ tam pokazuje się ludziom, jakimi mogliby być, jakimi pragnęliby być, choć nie mają na to odwagi – i jakimi są. Na to Mama Muminka mówi: „Czyli to jest taki zakład wychowawczy.”

Przestrzeń do ćwiczeń umysłu.

Jak aktor ma dobrze napisany tekst, to może wszystko w ramach tekstu, postaci, historii. Im bardziej jest wiarygodny, tym lepiej, a widz dostaje coś, czego nie widział, czego nie przeżył, przeżył za mało intensywnie albo nie do końca. Jak przychodzi na komedię, to też jest ciekawe – bo w komedii z czego się śmiejemy?

Z samych siebie.

To wiadomo, ale śmiejemy się głównie z czyjegoś nieszczęścia. Nie znam komedii, która polega na czymś innym. Widzimy bohatera, lubimy go i nagle spada na niego strasznie dużo nieszczęść.

Do czego Ty się przytulałeś w pandemii? Kiedy były zamknięte kina i teatry, a mieliśmy i w zasadzie wciąż mamy ograniczone możliwości kontaktu z przyjaciółmi, zgromadzania się.

Czytałem dużo literatury, chwilowo wróciłem do Prousta, ale był też Miłoszewski. W całym tym nieszczęściu moim szczęściem byli studenci. Przez pierwszy tydzień podchodziłem do tego jak do jeża, ale ostatecznie kontakt z nimi wydłużył się do czterech godzin dziennie, które przeznaczałem na konsultacje. Razem przygotowywaliśmy sceny, które potem złożyły się na pandemiczny egzamin na koniec pierwszego roku. Wszystkich nas to mocno zaangażowało. Wymyśliliśmy sobie taką grę: 12 osób na kanale, jedna osoba przychodzi jako ktoś zupełnie inny, przeprowadzamy z nią wywiad, a celem tych ćwiczeń jest poznanie charakteru postaci i jej historii. W pandemii tym żyłem.

Zdaje się, że praca pedagogiczna jest dla ciebie szczególnie istotna.

Tak, kontakt z młodym człowiekiem jest niezmiernie odświeżający. Nazywam to wampiryzmem. Podejrzewam, że od studentów biorę więcej niż oni ode mnie. Wsysam się w ich szyje i odsysam świeżą krew, energię, której mi brakuje albo się we mnie stępiła. Przyzwyczaiłem się do poczucia wyczerpania, ale kiedy odkryłem, ile można czerpać – to jest bardzo kręcące.

Ale to jest też wzajemne. Wampiryzm kojarzy się z jednostronnością, a młodzi też czerpią z Twojego doświadczenia.

Trzeba by młodych zapytać. Nie wiem, z czego dokładnie czerpię, nie wiem, co oni biorą dla siebie, niech biorą do swoich zasobów. Grupą studentów, których prowadzę, jestem zachwycony. Byli moją siłą napędową i dawali mi wiarę, że całe to przedsięwzięcie może się udać. Zasypywali mnie propozycjami nagrań i montażu. To zrobiło na mnie wrażenie, ale nie przyznawałem się do tego. Studentów dzieliło nieraz 500 kilometrów, a sceny, które powstawały, sprawiały wrażenie, że powstają w jednym pomieszczeniu. Imponowała mi ich sumienność, ich oddanie., zapał. Chapeau bas.

Jak wówczas wygląda przepływ energii? Kiedy aktorzy stają na scenie albo na planie – oddziałują na siebie nawzajem. Ciała wchodzą przecież ze sobą w reakcje. A kiedy ekrany dzieli 500 km, rezonans wygląda zupełnie inaczej.

Zanim zaproponowałem taką formę zajęć, razem z moją asystentką Zosią Domalik przeprowadziliśmy próbę na sobie. Oddaleni o setki kilometrów nagrywaliśmy scenę tak, żeby dawać złudzenie kontaktu, bliskości – udało się to przenieść. Oczywiście korzystamy wtedy z innych obszarów wyobraźni i innych narzędzi niż w teatrze, ale to się udaje. Potwierdzam: egzaminy aktorskie przez kamerę internetową są możliwe.

Ciekawe, bo w tej chwili dominują komentarze, że kino nie znajdowało się w trudniejszej sytuacji tylko po wojnie. Ty widzisz w tym możliwość.

Tak, widzę, ale przymierzałem się do oglądania spektaklu nagranego i wyemitowanego jako teatr online i nie dawałem rady. To jest jednak zupełnie inna energia, to ma inne przełożenie. Myślę, że jeżeli realizujesz od początku coś, co w swoim zamyśle jest pandemiczne, że jest realizowane na odległość i bez fizycznego kontaktu, to startujesz z inną energią, rozkładasz ją na raty. Oczywiście trudno uniknąć problemów po drodze. Jednak w samolocie może być 100 proc. obłożenia przez te 3 godziny, a w teatrze 50 procent.

Są rzeczy na niebie i ziemi, o których nie śniło się ministrom.

Niedawno leciałem samolotem, wiedziałem o obostrzeniach, ale przełożyłem to na widownię. Że na widowni siedzi 150 osób i trwają przez 3 godziny.

Czujesz żal albo rozdźwięk poznawczy?

Ta nierówność powoduje, że teraz w teatrze jest bardzo trudno. Korzysta się z różnych środków, żeby uratować to, co się stworzyło. Mówię o teatrach, w których gram najczęściej – to są teatry prywatne, tam jest makabryczna sytuacja. Nie wiem, jak jest w państwowych, pewnie dotacje jakoś je ratują, niektórym może się nawet opłaca nie grać – tego nie wiem. Natomiast w prywatnych teatrach to 50-procentowe obłożenie jest dobijające. Nie neguję tego, że ludzkie życie jest najważniejsze i trzeba je ratować – nie ma dwóch zdań – ale ratujmy je wszędzie tak sam. Może wtedy nie byłoby tylu zakażeń jak po weselach.

Mówisz, że przyjechałeś do nas prosto z planu. Co się teraz kręci?

Skończyliśmy kolejną transzę „Usta usta”, następną nagrywamy na początku września. Gram w „Przyjaciółkach” w wątku z Joasią Liszowską, nadal w „Barwach szczęścia”, skończyłem film „Gorzko, gorzko” u Tomka Koneckiego, więc rzeczywiście się dzieje. Odpukać, skumulowało się po czasie zastoju.

Hollywood się martwi, że jak jeszcze potrwają obostrzenia, to zabraknie seriali.

Może tak być – wszyscy się modlą, żeby dokańczać seriale, bo plany filmowe są miejscami zgromadzeń i nie wiadomo, czy ktoś z nas, ze statystów, techników, obsługujących – nie był właśnie w Rembertowie na weselu.

Po ilu latach wracają „Usta usta”? Prawie po dekadzie? To trochę fenomen jak na remake.

Tak, to brytyjski remake, tam oglądalność szybowała, u nas nie była tak wielka, ale serial miał swoich fanów. Jedna rzecz, która dla mnie wydawała się atutem 10 lat temu, chyba nie była nim jeszcze dla wszystkich. Ten serial charakteryzują płynne przeskoki z serio do buffo, z narracji z rysem humoru brytyjskiego do opowieści o rzeczach trudnych, poważnych. Film kruszy tabu odważnie, świeżo – może jeszcze w tamtych czasach to było za dużo dla ówczesnego masowego widza. Kiedy teraz przeczytałem te odcinki, nie straciły na swojej świeżości, wręcz na ostrości zyskały. Serial nadal trzyma poziom, nie ma pustych przelotów, nie ma scen zapychających. Mam nadzieję, że przez dekadę widz widz oswoił tę platformę i nie będzie zawiedziony. Myślę, że oglądalność znacznie wzrośnie.

Dało się zapamiętać ciekawe dialogi. Zdradź coś więcej.

Przez 3 sezony i 10 lat wiele się wśród bohaterów wydarzyło, bohaterowie się zahibernowali w trwaniu i w nim pęcznieli. Serial jest dobrze obmyślony, nie wchodzimy w kompletnie szokującą sytuację, na oczach widzów zaszły długofalowe procesy. Tematów jest dużo, bo dzieci bohaterów są już dorosłe. Naturalnie więc część problemów umiera, a rodzą się nowe.

Ostatni sezon zakończył się w co najmniej dramatycznym momencie dla wszystkich bohaterów.

Głównie chodzi o odejście Julki granej przez Magdę Różczkę – to świadczy o odwadze twórców: zostawić widza komedii w takiej sytuacji.

Takie jest życie.

Właśnie dlatego uważam, że serial jest intrygujący.

Gdybyś miał porozmawiać ze sobą sprzed 10 lat – co byś sobie powiedział?

Jak z opowiadania Borgesa: lepiej nie mówić. Mówisz o postaci Krzysztofa, czy o mnie jako Marcinie?

O tobie, o Marcinie.

Dziesięć lat temu urodził się mój syn. To bardzo ważna cezura. Chyba bym mu powiedział, że będzie dobrze.

Czego byś mu życzył?

Chyba żeby za bardzo się nie przejmował. To jest dobre podejście: jak sobie wyobrazimy, że za rok będziemy się śmiać z tego, co dzisiaj jest problemem. Dlatego nie ma sensu się przejmować.

Obyśmy za rok spotkali się w tym samym miejscu i naprawdę mogli się pośmiać.

I żebyśmy nie mieli maseczki w kieszeni.

Na to popołudnie czego życzyć Marcinowi?

Żebym zdążył wrócić na plan. I żeby lodówka się nie zepsuła, bo tam czeka kieliszek białego wina.

Reklama