ANYWHERE          TV

Legalna blondynka odchodzi w zap omnienie. Jak być pięknym według wytwórni Mattel

barbie-2

Mogę iść o zakład z kimkolwiek, kto by się odważył, że moja kolekcja lalek Barbie była absolutnie największa ze wszystkich. Miałam co najmniej dwa pudła wypełnione po brzegi tymi plastikowymi, małymi kobietkami o blond czuprynach. Do tego dwa rozkładane domki z łazienką, kuchnią i sypialnią, a nawet konia jeździeckiego na baterie. Posiadałam tylko jednego Kena, może dwóch, ale ta ilość w zupełności mi wystarczała, bo jeśli w ogóle pojawiali się w życiach moich Barbie, to bardzo epizodycznie. Wydawali mi się nudni, niedostatecznie piękni w porównaniu do swoich kobiecych, plastikowych towarzyszek i zupełnie nie potrafiłam się z nimi utożsamić. Wydawało mi się wtedy, że mam bardzo zróżnicowane lalki – jedna była wróżką i miała skrzydła, inna była syreną z ogonem wymiennym na nogi, jedna miała okrągłe, ruchome stawy i można ją było wyginać na wszelkie sposoby, a jedna, jeśli dobrze pamiętam, pachniała wanilią (aczkolwiek mogła być to laleczka Bratz). Poza tym dodatki do włosów, wymienne ubrania i akcesoria, buty, torebki, wyposażenie domków – myślę, że przechowywał je osobny, trzeci karton. Wydawało mi się wtedy, że mam wszystko. Zabawa lalkami Barbie była zdecydowanie moją ulubioną, lubiłam siedzieć zamknięta w pokoju na długie godziny i wymyślać proste scenariusze ich codziennego życia. Połowa czasu spędzonego na zabawie polegała na stylizowaniu ich, natomiast reżyserowane przeze mnie „życie” trwało krótką chwilę – po jakimś chwili, kiedy mi się odechciewało albo zabrakło pomysłów, po prostu się w nie wpatrywałam. Czesałam syntetyczne włosy, ubierałam, rozbierałam i ubierałam znowu, wodziłam palcem po tych niesamowicie długich nogach i wąziutkiej talii, i zastanawiałam się kiedy ja przejdę transformację, przybiorę kształty podobne do tej plastikowej pani. Bo przecież każda dziewczynka prędzej czy później wyrasta na taki ideał, prawda?

No, tylko że właśnie nie do końca. Proporcje Barbie są fizycznie nieosiągalne – gdyby przenieść ją do skali ludzkiej, jej nieproporcjonalna do szyi głowa załamałaby się pod własnym ciężarem, nogi złamałyby się w chudych kostkach a szczupły tułów nie pomieściłby organów wewnętrznych. Poza tym idealizują jeden, bardzo prymitywny obraz kobiecego piękna. Długonogie blondynki na wysokich szpilkach, widzące świat tylko w odcieniach cukierkowego różu, które podobno w Ameryce lat 60’ sprzedawane były w pakiecie z książeczką „Jak stracić na wadze”. Jest to oburzające samo w sobie, nie wspominając, że w środku była tylko jedna rada: „Nie jeść!”. Na szczęście mnie ominęły tego typu dodatki, ale nadal głowiłam się co zrobić, by osiągnąć tę niehumanoidalną perfekcję. Nie tylko będąc dzieckiem.

Żałowałam przez bardzo długi czas, że moje lalki zostały w końcu oddane. Nie pozostała mi ani jedna, żebym przypadkiem nie zdziecinniała, przecież w pewnym wieku się wyrasta z lalek. Pamiętam, że chciałam się nimi bawić nawet kiedy byłam dużo starsza, nie po to by odgrywać teatrzyk kukiełkowy, ale po to tylko by je przebierać, czesać, patrzeć i przynajmniej mikrodawkować sobie ten plastikowy, powtarzalny obraz piękna. Może dobrze się stało, że nie trzymałam ich parę lat więcej – strach pomyśleć, o ile dłużej w latach młodzieńczych leczyłabym w rezultacie kompleksy. Nie jestem na tyle naiwna, by myśleć, że miały one swoje podstawy wyłącznie w ukochanych ówcześnie lalkach, ale jestem pewna, że te blond laleczki odegrały w tym olbrzymią rolę.

Parę lat później mam lat dwadzieścia i idąc przez supermarket od niechcenia skracam sobie drogę przez alejkę z zabawkami. Wiem, że gdzieś tam w międzyczasie powstały Barbie wyższe, niższe, tęższe i odrobinę odbiegające od oryginalnych, kosmicznych proporcji. Nie sądziłam jednak, że ominęło mnie aż tak wiele – staję nagle jak wryta przed Barbie z krótkimi, kolorowymi włosami, o przeciętnym wzroście i ubraną w dżinsowe ogrodniczki. Tuż obok stoi Barbie z dredami, Barbie w ciąży i Barbie plus size. Nie wierzyłam własnym oczom – nieoczywiste ubrania, kolorowe włosy o bardzo różnych fryzurach i długościach, szerokie biodra i ubrania skrywające krągłości czy talie. Po powrocie do domu zrobiłam małe poszukiwania i okazuje się, że to zaledwie wierzchołek góry lodowej. Znalazłam długowłosego Kena, Barbie na wózku inwalidzkim, z protezą nogi, Barbie z bielactwem i Barbie bez włosów, a także lalki etniczne oraz lalki przedstawicielki zawodów takich jak programistka czy paleontolożka. Powstają także zestawy krótkowłosej Barbie neutralnej płciowo, z dołączonym zestawem peruk, a także ubraniami, butami i dodatkami unisex. Tym sposobem lalka, której atrybutem jeszcze do niedawna była talia osy i kaskada blond włosów staje się inkluzywna i reprezentatywna dla coraz większej części społeczeństwa. Bardzo chcę wierzyć, że odejście od schematów i krzywdzących, nierealistycznych wzorców nie jest tymczasowym chwytem marketingowym i firma Mattel zrewolucjonizuje swoje stereotypowe zabawki dla dzieci. Najwyższy czas na równość i różnorodność w świecie nauk i zabaw dzieci, tak by żadne z nich już nigdy nie musiało pomyśleć „nie ma osób podobnych mnie”, „tacy jak ja się nie liczą”, „muszę wyglądać i zachowywać się w określony sposób”. Słowem – zaistnieją, lepiej poznają siebie i otworzą się na życie w społeczeństwie.

Dziś już nie chcę mieć kolekcji lalek Barbie, z wielu powodów. Nawet takich z kolorowymi włosami. Ale jestem pewna, że jako dziecko sięgałabym po różnorodne lalki spod różowego szyldu, nie tylko te smukłe blondynki, gdybym miała wybór. Poszerzyłabym tym samym swoje spektrum piękna w bardzo młodym wieku i pojmowałabym je, jak również rolę kobiety w społeczeństwie,  w zupełnie inny sposób. Na szczęście nie muszę już kupować lalek, by widzieć niekonwencjonalne piękno, bo widzę je w swoim życiu na co dzień. Z całego serca życzę wszystkim maluchom – dziewczynkom i chłopcom – którzy teraz bawią się zaangażowanymi społecznie lalkami, by wyrośli w poczuciu wolności, swobody i miłości do samych siebie.

Share this post

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

PROPONOWANE