Nowy formalny świat

Jakub Wejkszner

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Ostatnio przez myśli me przechodzi jakże wszechogarniający koncept życia w świecie formalnym, które i mnie przyszło dokonywać podczas krótkiej, ale intensywnej i bogatej w różnego rodzaju potrawy włoskie egzystencji.

Gdyż potrawy włoskie to dobre źródło wszystkich tych mikrorzeczy, których się nie widzi.

Świat formalny jest natomiast również mikroświatem, ale zupełnie innego rodzaju. To niewidzialna limes pomiędzy mną a życiem. To koronkowe męczarnie mające na celu li tylko powstrzymanie mnie przed popełnieniem samotnego aktu wolnej woli.

I ma to oczywiście swoje uzasadnienie w rzeczywistej istotności. Choć pewnie część świata przyjęłaby z radością brak konieczności posiadania prawa jazdy, ta jedna rzecz pomiędzy nami i kręceniem bączków na parkingu skutecznie uniemożliwia sporej części ludzkości umieranie w męczarniach. Szczęśliwie pozwala nam to również na mieszkanie w jakkolwiek zagospodarowanej przestrzeni, by nie musieć robić slalomów pomiędzy ulicznymi bilbordami, straganami na środku autostrad czy wojnami osiedlowymi, gdzie ekipa Pana z Klatki B wymordowuje ekipę z Klatki C, która nie daje się przekonać, że po 22 dzieci be-klatkowców już śpią.

 
Reklama
 
Reklama

Drugi aspekt formalnego świata natomiast, to ból udowadniania, że się jest na ten przykład. Kiedy to konieczność wysłania własnego aktu urodzenia do urzędu, z którego to zresztą urzędu ów akt musimy pobrać, jest rzeczą tak absurdalną, że aż stanowi problem natury filozoficznej. Czy bowiem istnieję jako człowiek, jeśli nie ma potwierdzenia mojego jestestwa w bardzo kiepsko zagospodarowanej szufladzie Urzędu Miasta? Czy muszę za każdym razem udowadniać, że te pieniądze, które zapłaciłem, to one są zapłacone i czy mógłbym poprosić o pozwolenie mi być? I czy naprawdę, by otrzymać miejsce w akademiku, muszę być ekspertem od prawa administracyjnego i załączyć 35 dokumentów dotyczących mojego stanu życia, bytności moich rodziców, braci i sióstr, kuzynostwa, ile mamy krów na farmie i czy są to krowy dojne, czy też może tylko ujeżdżamy je dla zabawy w bardzo spowolnionym turnieju rycerskim, gdzie w miejsce kopii używamy mioteł, a miast zbroi nosimy koszulki ulubionego klubu piłkarskiego?

Zdaje się, że pytaniem, które chciałbym zadać jest – kiedy kończy się potrzeba udowadniania, że się jest? I kiedy, na ten przykład, mógłbym choć część tych chorych obowiązków zrzucić na ten aparat państwowy, do którego dokładam się przecież co miesiąc, żeby funkcjonował jako tako? Czyż nie po to od ust sobie odejmuję, by następnie do ust pączka mógł wziąć ten urzędnik, żeby móc powiedzieć li tylko chcę, a już palce spracowane pana Kowalskiego z Urzędu Czegokolwiek, wzięły sprawę moją i dzięki składając podatnikowi, brały i czerpały z niej informacje, mówiąc – będzie Ci dane lub nie?

Gdyby tylko istniał jakiś sposób, jakaś możliwość kompilacji wszystkich danych na temat człowieka, który chce coś od Państwa, jakaś, nie wiem, chmurka z moim imieniem i nazwiskiem, gdzie, na ten przykład, wszystkie informacje, które Państwo kazało mi mieć – byłyby, gdzie wszystkie dane na temat mojej sytuacji rodzinnej – znajdowałyby się, gdzie mógłby taki urzędnik sprawdzić, że oto jest on, który chce, dajmy lub nie dajmy mu, bo mamy wszystkie informacje. Trudno orzec, czy coś takiego jak obliczometr (z angielska – compute) znajdzie kiedyś się w naszym posiadaniu. A już połączenie tych obliczometrów w jakąś taką, nie chcę rzec sieć, bo to się kojarzy z pająkami, ale takie pomiędzowanie (z łaciny inter) obliczometrów. I gdyby to się dało stworzyć, taki Profil Człowieka to byłoby super.

Niemniej, są ważniejsze sprawy na głowie Polaków. Na ten przykład – czy gdy dziecko dowiaduje się o masturbacji w przedszkolu to już podawać tabletkę, czy może jeszcze poczekać do podstawówki? Prawdziwe, nieludzkie, problemy.

 
Reklama

Reklama