MÓJ PIERWSZY RAZ PO LOCKDOWNIE

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Ponieważ RCB ostrzegło mnie przed praniem w Wiśle, tak zaoszczędzony czas postanowiłem spędzić w kinie. Pierwszy raz od lockdownu.

 

A myśleliście, że o czym będzie?

 

 
Reklama
 
Reklama

Wybrałem film „Nieobliczalny”, który wydawał mi się połączeniem „Upadku” Joela Schumachera i „Pojedynku na szosie” Stevena Spielberga z Russelem Crowem w roli głównej.

 

Pan Kasjer za ladą poinformował mnie, że na sali trzeba mieć na sobie maseczkę albo przyłbicę. W przypadku jeśli chce się skonsumować coś z baru. Maseczki wolno nie nosić tylko wtedy, kiedy masz na imię Mateusz i idziesz na film o swoim starym.

 

Ponieważ naprawdę tęskniłem za kinowym popcornem, stanąłem przed wyborem, czy kupić przyłbicę za 2.50 PLN, czy może trochę przypolaczyć?

 

Nie wiem, czy zachowałem się godnie, ale na pewno wytrwale i próbowałem, prawie do końca reklam i zwiastunów, przekonać Pana Kasjera, że Russel Crowe jest moim ojcem.

 

Powiem szczerze, że przyłbica nie pomaga w podjadaniu przed seansem, z czym zazwyczaj mam spory problem, a i w samym trakcie jest niespecjalnie wygodna. Od połowy seansu było mi już ciężko czytać napisy, bo dolna część zrobiła się mocno uciaprana. Myślę, że przyłbice mogą się przysłużyć polskiej kinematografii, bo nie trzeba czytać napisów.

 

Czy „Nieobliczalny” mi się podobał?

 

Fabuła jest dosyć prosta. Mianowicie gruby facet (w tej roli Russel Crowe) prześladuje jakąś kobietę z drugiego samochodu, bo nie powiedziała mu „przepraszam” na skrzyżowaniu. Ale ponieważ nie znam się na przepisach drogowych, to muszę przyznać, że mnie nie porwało. Ale popcorn bardzo drogi i bardzo było mi miło usiąść na sali kinowej, co z pewnością będę się znowu starał powtarzać.

 

Najchętniej chyba zobaczę film o tym tacie premiera. Ciekawi mnie zwłaszcza ten wątek, kiedy nie został internowany, bo tak mu się szczęśliwie maluch popsuł. Mam nadzieję, że do tego wątku twórcy podejdą z takim dystansem i humorem, z jakim na scenę podczas konwencji Porozumienia Jarosława Gowina wchodził Jarosław Gowin.

 
Reklama

 

Co w tym śmiesznego?

 

Otóż Jarosław Gowin, lider partii ze swoim imieniem w nazwie wchodził na scenę do piosenki znanego homoseksualisty, co w Polsce 2020 uważam za nawet odważne. Jednak dużo humoru już dostrzegam w wyborze utworu, bo piosenka nazywała się „We are the champions”. Następnym razem zasugerowałbym jednak coś polskiego.

 

Może „Niech żyje bal”?

Reklama