Rodrigo de la Garza i Marcin Prokop: Męska rozmowa o garniturach

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Pewien marynarz U.S. Navy po wyjściu z woja trafił do rodzinnej firmy: hodowla alpak i produkcja wełny. Handlował nią po całym świecie, aż wiosną 2010 roku trafił do Warszawy – miasta w którym wszystkie garnitury były szare. Postanowił pomalować ten świat i o tym jest ta historia. A także o przyjaźni i samochodach kradzionych tylko na chwilę.   

Grzegorz Kapla: Dzień dobry Państwu, jesteśmy na Nowogrodzkiej 12/7 w nowym atelier Rodrigo De La Garzy, projektanta, twórcy, krawca. Są z nami Rodrigo i Marcin Prokop.


Reklama

Marcin Prokop: Jego muza…

GK: I przyjaciel. Rodrigo. Zacznijmy od Twojej fascynującej historii. Przyjechałeś do Polski, obcego kraju, dalekiego kraju i właśnie tutaj zdecydowałeś się otworzyć biznes, który dla Ciebie samego był nowością, bo do tej pory zajmowałeś się hodowlą zwierząt.

RG: Tak, to wszystko brzmi trochę surrealistycznie. Na szczęście istnieje sporo analogii pomiędzy kulturą meksykańską i polską.

GK: My nie tańczymy podczas Święta Zmarłych.

RG: To rzeczywiście dla Polaków bardzo poważny czas na refleksję, natomiast w Meksyku to radosne święto oswajania śmierci. Widzę jednak podobieństwa m.in. w katolicyzmie obu krajów. Oba kraje są bardzo religijne, oba narody bardzo skupione na rodzinie, ale mimo wszystko czuję się tu jednak jak w domu. Spędziłem w podróży tyle lat, ludzie z Polski byli bardzo ciekawi co robiłem, gdzie bywałem. Miałem w Polsce adres, na który przychodziła poczta, choć jeździłem od Hamburga od Madrytu, żeby spotkać się z klientem. Znalazłem stabilizację. I to mi dało odwagę, aby zostać projektantem.

GK: Kiedy zaczynałeś, to był dla Polski bardzo trudny moment, kilka dni po katastrofie smoleńskiej. Na pewno nie było łatwo zacząć.

RG: Tak, niektóre sprawy się przeciągnęły. Wtedy była inna kultura, inna mentalność. Wszystko było czarno-białe, nie było miejsca na kolory czy wzory. Oczywiście, Polska nie była wtedy też tak nasycona. Teraz jest więcej marek, więcej możliwości wyboru, ale w 2010 było inaczej. Miałem wybór – robić wszystko tak jak inni, czy iść pod prąd? Powiedziałem sobie – pieprzyć to, robimy to po swojemu. Moja pierwsza kolekcja to róże, pomarańcze, fiolety, turkusy. Mówili mi, że jestem szalony. Nawet moja matka mówiła – oczekuję, że w ciągu roku zadzwonisz i przeprosisz za opuszczenie rodzinnej firmy. Minęło dziesięć lat i wciąż nie zadzwoniłem. Na początku wszystko było trudne – kultura, język, wszystko. Wszyscy powtarzają, że jeśli dasz radę osiągnąć sukces w Nowym Jorku to poradzisz sobie wszędzie, ale polski rynek jest naprawdę bardzo trudny. Radziłem sobie, ale musiałem zmierzyć się z mentalnością zupełnie odmienną od mojej. Człowiek się jednak adaptuje, pokonuje przeszkody. Różnica w mojej pracy jest taka, że to praca kreatywna, więc ludzie nie są tacy bezkompromisowi. Na przykład, gdy jestem w restauracji i ktoś pyta mnie co robię, odpowiadam – jestem projektantem. Ludzie odpowiadają – o, nie słyszałem o tym. A co Ty robisz? Jestem prawnikiem. O, a w jakiej korporacji pracujesz? Ja też o tym nie słyszałem. To, że o czymś nie słyszeliśmy nie oznacza, że to nie może być wspaniałe. Zawsze byłem w niszy. Zawsze pracowałem na podstawie rekomendacji. Nie chcę być marką masową, nie chcę być globalnym konsorcjum. Chcę podchodzić do klienta w sposób indywidualny. Ktoś powie mi np. hej, nie dam rady przyjechać do Warszawy, coś mi wypadło, czy mógłbyś mi przywieźć garnitur na ślub? Wsiądę w samochód, pojadę do Szczecina i przekażę garnitur. Zdarzyło mi się to w zeszłym miesiącu nawet.

MP: Nie masz prawa jazdy!

RG: Dlatego kradnę samochody na chwilę, jak oddasz następnego dnia to nikt się nie zorientuje.

GK: Teraz nie podróżujesz po świecie tak łatwo jak przed COVID-em.

RG: Tak, COVID spowolnił moje plany. Moi klienci z Londynu zamówili garnitury przed pandemią i wciąż na nie czekają.

GK: Czy myślisz, że COVID zmieni męską modę?

RG: Gdy mówimy o męskiej modzie, możemy mówić np. o H&M, ale też o markach luksusowych. W pewien sposób, mój biznes jest inny – muszę widzieć się z klientami twarzą w twarz. COVID sprawił, że ten model przestał działać. Muszę teraz szyć więcej garniturów, które są gotowe do kupienia, a nie szyte na miarę. COVID zmienił pewne elementy w branży, np. to jak marki zachowują się w stosunku do klientów. W moim biznesie, w biznesie luksusowym, ważny jest bezpośredni kontakt z klientem, to, jak z nim rozmawiasz, jak dostarczasz swój produkt. To pewien dodatkowy wysiłek, którego nie da się zastąpić online. Trzeba balansu: przetrwać pandemię, ale jednocześnie nie stać się w pełni biznesem online, który nie może zagwarantować klientowi tego dodatkowego elementu obsługi. Moja marka jest luksusowa, ale także dostępna. Mogę wykonać na specjalne zamówienie garnitur za 30 tysięcy złotych, ale ceny zaczynają się już od czterech tysięcy. Ciekawym aspektem mojej marki jest właśnie jej wertykalność. Nie tylko tworzę garnitury, ale także skórzane kurtki oraz buty z unikatowym designem, których nowe projekty powstają co klika miesięcy. Warto dodać, że moje atelier jest na Nowogrodzkiej, ale moje usługi krawieckie i produkty gotowe do ubrania (Ready-to-wear) są również dostępne są w HE Concept Store w Raffles Europejski i online.

GK: Masz przyjaciół tu w Polsce, którzy mogą Ci pomóc z tym. Jak np. Marcin…

RG: Nie jesteśmy tak naprawdę przyjaciółmi.

MP: Jesteśmy! Wisisz mi pieniądze, więc musimy być.

RG: Spotkanie Marcina było bardzo fajną rzeczą. Pomogło mi to promować markę. Kiedy się spotkaliśmy pierwszy raz, dogadaliśmy się jako przyjaciele.

GK: Nie jest łatwo go poznać. Jest bardzo zajęty. Dzięki Tobie udało się go w ogóle namówić na wywiad.

RG: Cieszę się, że Marcin poświęca swój czas, żeby się spotkać. Ja mogę pokazać kilka naprawdę fajnych garniturów, a tak naprawdę najważniejszy jest ten wzajemny szacunek, który mamy dla siebie.

GK: Marcin, jak to się stało, że przyszedłeś, gdy Rodrigo zadzwonił?

MP: Zwróciłem uwagę na Rodrigo parę lat temu, bo był zupełnie inny w tym jak projektował, łamał konserwatywny stosunek do męskiej mody, panujący w Polsce. Ja wówczas akurat szukałem czegoś innego niż granatowy garnitur, czarny smoking, klasyczna salonowa nuda. Zobaczyłem projekty Rodrigo w czasie, kiedy współpracował z niejakim, świętej pamięci, Zombie Boyem. Nie wiem czy pamiętasz, był taki chłopak, wytatuowany od stóp do głów, który przyjechał do Polski na pokaz Rodrigo. Oglądając tamtą kolekcję, pomyślałem sobie, że to jest coś niesamowitego, że Meksykanin z obcej kultury, z obcego kraju, niemówiący po polsku przyjeżdża do miejsca, które nie jest aż tak bardzo przyjazne inności i pomyślałem sobie, że jeszcze nie znając faceta, mam już do niego szacunek. Za to, że próbuje walczyć na zupełnie obcym dla siebie gruncie i to jeszcze z modą, która nie powinna trafić w polskie gusta, a mimo to okazało się, że znalazł kogoś kto to rozumie, czuje i chce to nosić.

GK: Może znał nas lepiej niż sądzimy.

MP: Myślę, że każdy artysta wyprzedza trochę swój czas i widzi zmiany, które dopiero nadejdą. Rodrigo jest taką osobą. Zobaczył pewien trend, przewidział go, wpasował się w niego i musiał chwilę poczekać, żeby faceci w Polsce do tego dojrzeli. Pamiętam, że kiedyś duży dyskomfort wśród moich widzów budziły różnokolorowe koszule, które nosiłem 10 czy 12 lat temu, czy kolorowe skarpetki, które były utożsamiane raczej z modą dziecięcą niż męską. Minęło trochę czasu i okazało się, że faceci w Polsce noszą nie tylko różowe koszule, ale i owe skarpetki, szukają coraz bardziej ekstrawaganckich rozwiązań.

GK: Ok, ale od tego momentu, bo jesteście teraz przyjaciółmi, to jednak musiał zapracować na twoje zaufanie i odwrotnie.

MP: Nigdy mnie nie zawiódł.

GK: Ufasz, że jeśli założysz ten różowy garnitur to będzie ok.

MP: Tak. To oczywiście na koniec dnia jest moja decyzja i moje ryzyko. Było parę projektów Rodrigo, które budziły bardziej zdziwienie niż zachwyt. Kiedy je nosiłem, moje otoczenie patrzyło na mnie jak na kosmitę, np. taki słynny jasno niebieski płaszczyk ze złotymi guzikami. Ja się nim zachwyciłem, ale ludzie, którzy ze mną pracowali, pytali czy buchnąłem go mamie w nocy. Tego typu krytyka po mnie spływa, bo zawsze byłem inny, dziwny, wysoki, jakiś tam, więc do takich komentarzy byłem przyzwyczajony przez całe życie. Im bardziej coś komentowano, tym bardziej utwierdzało mnie to w przekonaniu, że to był dobry wybór.

GK: Dotknęliśmy tematu epidemii, ciągle nie wiadomo czy ta druga fala nadejdzie czy nie. Rozmawialiśmy kiedyś i powiedziałeś, że trzeba uważać, że czasu jest mniej niż nam się wydaje. Okazało się, że miałeś rację, chociaż wtedy wydawało się, że żyjemy w świecie, którym już nic nie jest w stanie wstrząsnąć.

MP: Myślę, że nikt, nawet najlepiej planujący, nie był na tę epidemię przygotowany i ja również byłem tak samo zaskoczony jak inni. Wszystko wydarzyło się tak szybko i tak gwałtownie, że złapało to nas na wykroku. COVID strzelił nam pomiędzy nogami gola do bramki naszych najczarniejszych lęków, bo wszyscy boimy się utraty kontroli, bezsilności, wszyscy boimy się klaustrofobicznego braku manewru i wszystkie te rzeczy się ziściły kiedy nastąpił lockdown. Nie mogliśmy nigdzie wyjechać, nie mogliśmy momentami nawet nigdzie wyjść, byliśmy zmuszeni do przestrzegania odbierających naszą osobistą wolność reguł i, paradoksalnie, w momencie kiedy to wszystko się wydarzyło, kiedy ten czarny sen się ziścił, te wszystkie nasze demony, mnie to bardzo uwolniło. Najczęściej boimy się nie faktów, tylko wyobrażeń, a kiedy fakty się zmaterializują, kiedy się z nimi skonfrontujemy, nagle mamy zadanie do wykonania. Stwierdziłem wtedy, że już się tego nie boję, że skoro to już jest i tańczy dla nas to ja nie mam tutaj nic więcej do zrobienia oprócz spokojnego przeczekania fali, który przepływa przed moimi oczami.

GK: I drugiej fali, bo była też fala wyborów, trudnej kampanii. Twój przyjaciel mocno się zaangażował.

MP: Nie Rodrigo tym razem, chociaż czekam aż on zostanie prezydentem oczywiście.

GK: Czy myślisz, że Szymon Hołownia wróci do telewizji, że będziecie znowu tworzyć ten super duet? Czy też zamknął sobie już pewną drogę?

MP: Myślę, że telewizja już go nie bawi, że to już jest dawno za nim. Obserwując go przez ostatnich kilka lat w „Mam Talent” widziałem, że już się w tym programie trochę męczy, że ma trochę inne cele i pomysły na siebie, poza-telewizyjne. Pamiętam taki obrazek – rozmawiamy na zapleczu sceny z uczestnikiem tuż przed jego występem, po czym orientuję się, że rozmawiam z tym człowiekiem sam, bo Szymon w międzyczasie gdzieś zniknął. Szukam go wzrokiem i okazuje się, że stoi dwa metry dalej, za kotarą, żeby się trochę ukryć przed kamerą i coś usilnie stuka w telefonie, zupełnie niezainteresowany prowadzeniem programu. Po chwili okazuje się, że pisze właśnie felieton do Tygodnika Powszechnego, bo akurat tego dnia jest termin oddania tekstu. I ten felieton angażuje go bardziej niż rozrywka, którą ma do zrobienia w telewizji. Już wtedy zrozumiałem, że w pewnym sensie go tracę, jako partnera do tego programu. Kiedy więc mi oznajmił, że zamierza kandydować na prezydenta i zawiesił głos w oczekiwaniu na moją reakcję, spodziewając się pewnie szoku z mojej strony, ja czułem się na tę jego decyzję przygotowany, jakbym się już z nią długo oswajał.

GK: Kilka lat temu dla Anwyhere.pl robiłem z Szymonem wywiad i rozmawialiśmy o tym, że przyszedł czas na takiego polityka w Polsce, który zacznie zakopywać rowy. Mamy wielu, którzy potrafią je wykopać, jesteśmy mistrzami w budowaniu murów i zasieków, natomiast nie mamy kogoś, dla kogo wartością będzie zasypywanie ich. Nie myślałem wtedy, że widzi siebie w tej roli, ale widać, że miał to już jakoś przemyślane.

MP: Tak, może użyć metafory, że mieliśmy wiele ostrych noży, ale mało kleju w polityce i Szymon jest takim klejem, który mimo tego, że ma swoje poglądy bardzo wyraziste, potrafi być koncyliacyjny.

GK: Prowadziliście program, w którym trzeba było słuchać ludzi o bardzo różnych osobowościach, pragnieniach i poglądach, więc się tego nauczył.

MP: Szymon też zawsze powtarzał, że trzeba znaleźć w życiu taki moment, kiedy przestaje się rzeczywistość opisywać, a zaczyna się ją robić i myślę, że jego start w wyborach prezydenckich był wypełnieniem tej tezy, kiedy stwierdził, że skoro inni nie robią tej rzeczywistości tak, jak on by ją sobie wyobrażał, to nie ma co czekać aż pojawi się idealny kandydat, książę na białym koniu, aż Donald Tusk wróci z Brukseli czy cokolwiek innego, tylko trzeba zacząć robić tę robotę.

GK: Z tego co mówisz wynika, że ufasz, iż on zbuduje ten ruch.

MP: Jestem pewien, znam Szymona od wielu lat i od wielu różnych stron. To czego na pewno nie można mu odmówić to jest niesamowita umiejętność organizowania ludzi wokół siebie. Podobnie jak Rodrigo przybywający do Polski, Szymon wyjechał swego czasu do Afryki, do zupełnie obcego dla siebie miejsca, w którym nigdy wcześniej nie był, którego kultury nie znał i w Afryce zbudował kilka świetnie działających przedsięwzięć charytatywnych, kilka fundacji, które robią bardzo trudne projekty. Jeśli to mu się udało, jeśli potrafił odpalić taki projekt nie tylko w Afryce, ale też w Chinach i paru innych miejscach, to nie wątpię w to, że potrafi zbudować wokół siebie ruch, partię, cokolwiek, co pozwoli mu sięgnąć po władzę. Nie tylko po to, żeby ją mieć, bo to jest często celem wielu polityków – mieć władzę, a potem się zastanawiamy co z nią zrobić – tylko żeby ten kraj realnie zmienić. Myślę, że takim definiującym momentem w jego życiu było pojawienie się jego córki, kiedy patrząc na nią zaczął się zastanawiać w jakiej Polsce będzie dorastać za 5 czy 10 lat. Stwierdził wtedy: w takiej jaką sam dla niej zrobi. Mam duży szacunek do jego decyzji, jego pomysłu na życie, chociaż zupełnie nie jest to mój świat, bo ja staram się od polityki świadomie trzymać jak najdalej. W związku z tym, w tym momencie nasze zawodowe drogi się rozjechały.

GK: Nie zamierzasz być rzecznikiem prasowym?

MP: Nie.

GK: Chociaż pisaliście razem, bo napisaliście kilka książek. Ty znowu piszesz książkę.

MP: Ale już bez Szymona.

GK: Bo to jest sekret, a przynajmniej do tej pory był, ale teraz opowiesz o tej książce.

MP: Moje wcześniejsze książki eksploatowały moje dzieciństwo w postaci serii o Longinie, albo różne inne moje autobiograficzne przygody, teraz natomiast postanowiłem zająć najbardziej dla mnie komfortową pozycję, czyli słuchacza, dziennikarza, który opisuje świat widziany oczami swoich bohaterów. Adela i Krzysie, o których mówię, wyruszyli kiedyś na rowerową wyprawę do Afryki. Miała trwać kilka miesięcy, a skończyła się po 10 latach i oprócz Afryki objechali cały świat, zwiedzili 60 krajów, byli na wszystkich kontynentach. Są dla mnie fascynujący na wielu poziomach. Po pierwsze, opowiadając tę historię od tyłu, aktualnie odkrywają Polskę, której nie znają. Idą np. do Biedronki i rozglądają się jakie fantastyczne ciastka i słodycze w międzyczasie pojawiły się na półkach. Uczą się nowych słów po polsku, które nie istniały 10 lat temu, które w międzyczasie weszły do slangu, a oni wciąć mówią językiem sprzed dekady, co czasami bywa dość zabawne. Po drugie – udało im się doświadczyć świata, którego myśmy doświadczali tylko przez pryzmat newsów, telewizora, gazet, internetu, bo kiedy słuchaliśmy o Arabskiej Wiośnie, oni byli w tym czasie w Egipcie. Kiedy myśmy oglądali wojnę w Syrii na ekranach telewizorów, oni właśnie byli w okolicy. W drugą stronę to też działało, kiedy my zachwycaliśmy się pierwszym iPhonem, telefonem bez guziczków, oni wciąż mieli w kieszeniach stare Nokie, a o istnieniu iPhone dowiedzieli się w środku afrykańskiego buszu, gdy któregoś dnia spostrzegli faceta z przepaską na biodrach, który zamiast naciskać w telefonie, głaszcze jego ekran. Po trzecie, , to byli ludzie, którzy pojechali w podróż bez planu, bez pieniędzy, bez researchu, pojawiając się w różnych okolicznościach, w różnych krajach, nie wiedząc zupełnie co ich tam może spotkać.  Na przykład, jadąc przez Peru omal nie stracili życia, bo trafili do regionu, gdzie biały człowiek utożsamiany jest z tzw. pistaco, czyli z mistycznym peruwiańskim potworem, który porywa lokalnych mieszkańców po to, żeby wyrabiać z nich tłuszcz, a następnie tym tłuszczem smarować mechanizmy swojej zachodniej cywilizacji.

GK: Czyli spędziłeś pandemię na pisaniu niezwykłej książki.

MP: Tak. Można powiedzieć, że razem z moimi rowerzystami pedałowałem przez świat, bo przymykając lekko oczy i słuchając ich opowieści czułem się jak ten trzeci jeździec, który razem z nimi doświadcza tego wszystkiego, co opowiadają. Książka będzie tylko ekstraktem z tych wszystkich przygód, bo żeby wszystko spisać to musiałaby stworzyć chyba z 10 tomów. Natomiast przy okazji książki produkujemy też podcast, więc jeśli ktoś będzie chciał posłuchać nieco więcej, to tam znajdzie wszystkie fascynujące szczegóły.

GK: Rodrigo, jaki kolor będzie na naszych ulicach w przyszłym miesiącu? Nad czym pracujesz?

RG: Patrzyłem ostatnio na to, ile jest kolorów w branży. Niektórzy projektanci zamykają się na kolory. Ja lubię się rozwijać, eksperymentować. Obecnie interesują mnie zarówno kolory, jak i wzory. Później pokażę Wam nad czym pracuję,to takie zygzaki, czarno-biało-szare. W tym kierunku idę, połączenie wzorów i kolorów, ale nie takich tradycyjnych. Jedna z marynarek, nad którą pracuję ma peruwiański wzór, beżowo-żółty, jest bardzo rzadki, robiony na zamówienie. Gdy pierwszy raz to widzisz, zastanawiasz się – co mam z tym zrobić? Przy odpowiedniej kreatywności można z tego jednak uszyć zarówno coś casualowego, jak i eleganckiego.

GK: Ale czy jesteśmy na to gotowi?

RG: Moja marka jest jednak luksusowa. Lubię robić rzecz dla Marcina, czy dla siebie, rzeczy, które sam chciałbym ubrać. Jako mężczyzna, lubię się dobrze czuć w ubraniu. Kiedy zakładam garnitur, zaczynam inaczej chodzić niż wtedy, gdy mam na sobie t-shirt. Jest to element pewności siebie.

MP: Jak zbroja.

RG: Jak męska zbroja. Większość nie będzie na to gotowa, ale Ci, którzy się zdecydują, będą zadowoleni. Mówiłeś o stygmacie różowej koszuli – miałem takich klientów. Mówili – to dla mnie za dużo. Wtedy odpowiadałem im – stary, jest 2020 rok. Ludzie powoli ewoluują, jeśli chodzi o modę, ale muszą ją najpierw zobaczyć. Czasami noszę jakieś odjechane rzeczy, niestandardowe kolory i klienci mówią mi – podoba mi się to, co nosisz. I to jest pierwszy krok. Ciekawość. A po tym – przymierzają, ufają kierunkowi jaki obrałem i wtedy stają się bardziej odważni. Co zobaczymy zatem na ulicach? Militarystyczne kolory, niebieski, żółty, piaskowy, sam chodziłem zresztą do szkoły wojskowej, więc chciałbym dopasować te kolory do każdej osobowości.

GK: Dziękuję za rozmowę.

 

Reklama