Powrót do przyszłej przeszłości – dyskusja o filmie Tenet [RECENZJA]

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Kuba Wejkszner: Świeżo, bo aż trzy dni po seansie, siadamy do dyskusji na temat najnowszej produkcji kultowego Christophera Nolana. Dwa dni, a i tak mało, by w pełni zastanowić się nad bogatą/biedną paletą smaków serwowanych w najnowszym filmie twórcy hitowego Mrocznego Rycerza czy Incepcji – Tenet. Jakie masz, Kasiu, pierwsze odczucia po seansie?

 

Katarzyna Paczóska: Oprócz zbyt głośnych efektów specjalnych, które zdecydowanie wysuwały się na plan pierwszy, czułam że zostałam uwikłana w pułapkę czasową w dokładnie taki sam sposób, jak bezimienny główny bohater, nazywany Protagonistą. Nie do końca wiedziałam, dlaczego znalazłam się w wyznaczonym przez Nolana miejscu i nikt nie mógł odpowiedzieć na moje pytania. 

 

KW: Problem z filmem Tenet jest taki, że właściwie nie wiadomo o co chodzi i nie wiadomo dlaczego nie wiadomo o co chodzi. Nolan w jednym z wywiadów twierdził, że ten film trzeba bardziej poczuć niż zrozumieć. I ja, w jakiś sposób, wiem o co mu chodziło. Niemniej jednak, jeśli mam coś poczuć to nie do końca chcę słuchać skomplikowanych naukowych wyjaśnień w co drugim zdaniu, by następnie oglądać przewidywalne sceny i jeszcze bardziej przewidywalne tricki filmowe, z których nic nie wynika. Ten film, jak na impresjonistyczne dzieło, jakie miał w założeniu reżyser, jest zdecydowanie przegadany. Choć pojawiają się elementy akcji, a nawet sporo, to są one swego rodzaju przekładańcem pomiędzy kolejnymi teoriami wysnutymi z bujnej wyobraźni Kip’a Thorne’a. Cały czas zastanawiałem się, czy mnie w ogóle interesuje o co chodzi Panu Krzyśkowi.

KP: Być może jestem nieczuła, ale jedyne, co poczułam na sali kinowej to basy i lekko wibrujące fotele. Zgadzam się w kwestii przewidywalności filmu – dialogi bohaterów, które wydaje mi się, że z założenia miały być perełkami, cytowanymi później w mediach i dyskusjach, mogą być przywoływane jedynie, aby ukazać ich zadziwiającą sztampowość. Odnoszę wrażenie, że w całej tej zawiłości sam reżyser się pogubił i mimo całkiem dobrego planu na wciągającą fabułę, “Tenet” nawet nie zbliża się o krok do “Incepcji” (choć niektórzy twierdzą, że to jej sequel).

 

KW: Uśmiałem się kilkukrotnie, gdy jeden z bohaterów, z totalną powagą na twarzy, mówił o tym, że PRZYSZŁOŚĆ NAS ATAKUJE. Oddajmy jednak Nolanowi, co nolanowskie. Film trzyma w napięciu. Pomysł jest naprawdę ciekawy i fakt, że był on konsultowany z fizykami, by w pełni przedstawić koncepty fizyczne w budowaniu historii, na pewno działa na korzyść “staranności” z jaką Nolan kręci filmy. Sceny akcji są dobrze nakręcone, wartkie jak…naprawdę wartkie (choć nie mógł sobie odpuścić szeroko nienawidzonej shaky-cam). Problem jest jedynie z tym, że ta historia nie trzyma się kupy. Zawsze byłem zdania, że dopóki nie zadajesz sobie pytań podczas seansu to jest w porządku. Ja niestety już w połowie stwierdziłem, że właściwie ktoś mógłby zrobić jedną rzecz mniej i od razu byłoby lepiej dla wszystkich zainteresowanych. Wydaje się, że jest to ogólny problem Nolana, który toczy jego twórczość już od Mrocznego Rycerza, w którym udało mu się przemycić niemożliwy do zrealizowania plan Jokera pod płaszczykiem wysiłków Heatha Ledgera. John David Washington to jednak nie Heath Ledger.

 

KP:  John David Washington został idealnie wybrany do tej roli – z jego oczu “bije dobroć”. Właściwie jednak poza tym, charakter jest mało wymagający. Jak właściwie każdy. Nadal nie mogę przeboleć postaci kobiety-matki, która swoje życie owinęła wokół małego chłopca i tak naprawdę podczas seansu jedynie irytuje. Nie zważa na możliwość śmierci miliardów osób, nadal niewinnie podsumowuje, “oh nie, w takim razie mój syn też umrze”. Ale potwierdzam, film trzyma w napięciu, akcja co rusz przyspiesza (bo gdyby nie wartka akcja, widz miałby za dużo czasu na wysnucie wniosków o niemożliwej liniowości filmu – pod tą całą pierzynką zawiłości czasowych, kryje się bardzo prosta historia). Ujęcia są często kręcone z poziomu drogi, co sprawia, że widz czuje zawrotną prędkość pięknych samochodów. Tak naprawdę film trwa 2,5h, ale nie ma czasu na zastanowienie się nad większym sensem, ponieważ czas ten pędzi. Osobiście uważam, że kino powinno generować pytania, jednak najlepiej, jak wysuwają się one po obejrzeniu seansu.

 

KW: Nolan po raz kolejny udowadnia, że zasadniczo nie potrafi pisać postaci kobiecych. Właściwie, jak sięgam pamięcią, kobiety u Nolana to nieodmiennie damy w opresji. Nawet w trylogii o Batmanie niewiele były w stanie wyjść poza konwencję ofiary. Szczególnie to widać, gdy reżyser próbuje uniknąć tego schematu, tworząc takie postaci jak Kobieta-Kot czy córka głównego złego w Mroczny Rycerz Powstaje. Nie dość, że są one podówczas podobnie płaskie jak te, nad którymi aż tak długo nie myślał, to w dodatku mają dość kartonowe poczucie humoru i jeszcze gorszy sposób bycia. Wracając jednak, Nolan stworzył dzieło na miarę naszych czasów – nic w sumie nie wiadomo, ale przynajmniej dobrze się ogląda. I właściwie, tylko tyle można na ten temat powiedzieć bez zbędnego spoilowania. Jak dla mnie – nolanowy średniak, czyli i tak oczko wyżej ponad przeciętny blockbuster.

 

KP: Odnoszę wrażenie, że cały film jest właśnie monstrualną kartonową budowlą, wystarczy kopnąć i wszystko się sypie. Muszę jeszcze nadmienić, że “cieszy” mnie fakt, skonstruowania drugiej (!) roli kobiecej. Silnej, niezależnej i jednostki w męskim świecie broni. I choć również nie miała ona zbyt wielu aspektów osobowościowych, lekko uratowała sytuację kobiet w “Dogmacie”. Zdecydowanie jednak oddaję ukłony za ideę odwróconej rzeczywistości, która łamie prawa fizyki. Nie wiem natomiast, czy gdybym miała możliwość, z chęcią cofnęłabym się w czasie, aby ponownie obejrzeć “Tenet”.

 

Dziękujemy Cinema City Sadyba za możliwość obejrzenia seansu w niesamowitej jakości, jaką daje system kinowy IMAX

Reklama

Jestem chamką!

Jestem chamką. To nie zostało powiedziane wprost, ale zarysowane grubym