Co być powiedział sobie młodemu? – Najgorsze wiersze świata [RECENZJA]

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

 

“Najgorsze wiersze świata” to obraz o dojrzewaniu i pamięci. I o tym, co wszyscy musimy utracić, żeby dołączyć do grona dorosłych.

 

 

Tamása w wieku chrystusowym niespodziewanie porzuca ukochana dziewczyna. Z miłosnego Paryża przenosi się więc do rodzinnego Budapesztu, w którym nie tylko brak lawendowych pól i romantycznych uliczek, ale przestrzeń zalewają erzace życia i warczy kapitalizm. Tamás przeżywa bodaj coś na kształt załamania nerwowego, co objawia się nieustannym odpływaniem we wspomnienia. Główny bohater zdaje się zadawać sobie pytanie: gdzie popełniłem błąd, ale nigdy nie zadaje go wprost.

 
Reklama

Żeby choć częściowo uśmierzyć ból po stracie, wraca do intensywnej pracy. Jego codzienność to budowany z mozołem bezsens kapitalizmu. Niewątpliwy talent poetycki, muzyczny i narracyjny trwoni między innymi na przygotowywanie kampanii marki drobiu. Jego zadaniem jest przeprowadzenie rebrandingu firmy drobiarskiej i reżyseria spotu, w którego roli głównej wystąpią dorodne piersi z kurczaka (zleceniodawca pochodzi z Polski – taka ciekawostka).

W trakcie intensywnej pracy koncepcyjnej Tamas, przeżywając rozstanie, przypomina sobie siebie jako siedmio-, czternasto- i siedemnastolatka. Każda z młodszych jego wersji przypomina mu boleśnie, kim był i kim mógł się stać. Na przykład wtedy, kiedy w przypływie buntu wobec świata uderzał głową w znienawidzone bilbordy reklamowe na ulicy – jego wszechświat na chwilę się wtedy rozszerzał, ale mózg na mgnienie kurczył. Dorosły Tamas bezradnie wyobraża sobie świat bez reklam i bilbordów – bo w takim moglibyśmy myśleć całkowicie samodzielnie. Misterne nakładanie na siebie obrazów z teraźniejszości i przeszłości to ciekawy zabieg – pozwala z zamierzchłych okruchów złożyć w jedno portret psychologiczny bohatera. A jesteśmy przecież tym, czego doświadczyliśmy. Tamas jako kilkulatek grał w piłkę i uprawiał uporczywe peregrynacje poza rzeczywistość przez tworzenie własnego, wsobnego języka, niezrozumiałego dla nikogo z zewnątrz. Sposobem na odcinanie się od rzeczywistości było również snucie alternatywnych scenariuszy zdarzeń – dzięki temu przeżywał młodzieńcze miłosne uniesienia, rekompensował rozczarowania, tworzył własne cuda. O ile słownik definiuje je jako zjawiska, które powstają w wyobraźni, a pozostają sprzeczne z prawami natury, o tyle dzięki kontaktowi z ekscentryczną ciotką Tamas przekonuje się, że cudem jest miłość – i według niej trwa na wieki. Kolejne lata życia romantyka z agencji reklamowej będą boleśnie weryfikować tę prawdę. Dzięki wycieczkom ku przeszłości poznamy zmyślone dziewczyny, opresyjne nauczycielki, gorzki posmak pierwszych poetyckich prób, wspomnienia z szalonych młodzieńczych prywatek i bezskuteczne, ale satysfakcjonujące próby pokonania w sobie dorosłości. Ta przychodzi w większości zupełnie nieproszona, przeważnie w kształcie niezamawianym, a ostatnie, czego się po niej spodziewamy, to chłodne poczucie braku. Najlepiej obrazuje to metafora tworzenia wierszy: Tamas najpierw wymyślał tytuł, a dopiero potem wiersz. Późniejszy rozdźwięk pomiędzy nimi zrozumieją doskonale współcześni tkliwi nihiliści, których tak wielu w agencjach reklamowych. Film mimo wszystko nie pozostawia w nas gorzkiego posmaku klęski. To raczej sok z granatu – trochę słodko-cierpki. Subtelne nawiązania do katastrofalnej polityki kraju i narodowych niesnasek są bez wątpienia potwierdzeniem, że przysłowia są mądrością narodów i na Węgrzech mamy swoich bratanków.

To nie jest łatwe kino i dla wielbicieli idealnie skomponowanych pod względem dynamiki scenariuszy bez wątpienia będzie nieco męczące. Warto jednak zwrócić uwagę na nieoczywistą i karkołomną konstrukcję, której celem jest oddanie nie tyle temperatury emocji, ile “obrazu wewnętrznego bohatera”. Brzmi pompatycznie, ale na ekranie wcale takie nie jest. Obraz przypomina momentami pandemonium nadmiaru w romantycznym sztafażu, którego doświadczylibyśmy, gdyby udało się zanurkować do głowy introwertyka.

Film zdobył uznanie na wielu światowych festiwalach filmowych. Otrzymał m.in. nagrody dla najlepszego reżysera, najlepszej aktorki drugoplanowej (Lili Monori), za najlepszy montaż na Węgierskim Tygodniu Filmowym, nagrodę Jury za najlepszy film na Festiwalu Filmowców Komediowych w Monte Carlo, nagrodę specjalną Jury, a także nagrodę Scuola Holden i Nagrodę AVANTI na MFF w Turynie. Zdobył również uznanie wśród polskiej publiczności, która na ubiegłorocznej CINERGII przyznała filmowi drugie miejsce.

 

 
Reklama

Asynchronia, mnogość konwencji, montaż skojarzeniowy, dziki pęd przez formaty i kolorystykę – obraz Gábora Reisza przypomina slalom konwencji. Paradoksalnie ten wizualny galimatias udaje się spójnie uporządkować – eklektyzm pozwala oddać narrację, którą snuje umysł Tamasa. Pamięć jest nie tym, co pamiętamy, ale tym, co wydawało nam się, że zapomnieliśmy. Działa przez powidoki, urywki, draperie, niedoczasy. Mózg niejednokrotnie nie odróżnia tego, co wymyślone od tego, co zdarzyło się w rzeczywistości. Nostalgiczne ujęcia stołów rodzinnych, obrazy lawendowych pól, duszne sale szkolne i klimatyzowane pomieszczenia sal konferencyjnych – tyle naraz świata dostajemy, a ostatecznie ratujemy tylko okruchy.

 

Zawsze fragment.

Życie to jednak strata jest.

 

“Najgorsze wiersze świata”, reż. Gábor Reisz, wyst. Gábor Reisz, Katica Nagy, Zsolt Kovács, Katalin Takács, dystrybucja Aurora Films, premiera 4 września.

 

 
Reklama

 

Reklama