Panie Kapitanie, dlaczego rumu brak? – kroniki pokładowe

Katarzyna Paczóska
Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Wkraczając do świata żeglarstwa, wkraczasz do odmiennej rzeczywistości i łączysz się z odmiennym stanem świadomości. Spokoju, ale i niepokoju o własne życie (który powinieneś de facto czuć przez przechyły twojego tymczasowego domu, jednak obserwujesz je ze stoickim spokojem, bowiem bez stoickiego spokoju – utoniesz w strachu – a w strachu utonąć nie chcesz. Jak już umierać, to właśnie ze stoickim spokojem. Ewentualnie pasją).

Początek podróży rozpoczął się nader przyziemnie. W wydarzeniu uczestniczyło volvo, cztery osoby, bagaż jeszcze większy niż te cztery osoby oraz głośnik, który miał uprzyjemniać podróż. Niestety, niektórzy mieli mały falstart już na początku – impreza i zaledwie cztery godziny snu dzień wcześniej nie sprzyjają „pozytywnym” wibracjom. Siedząc więc, a trochę leżąc starałam się wpływać w rozmowy, jednak moja świadomość zbyt często odpływała. Co więc pomoże? „Gdy jeden nie może, to piwo pomoże” – usłyszałam. Jednak piwa ze sobą zabrać zapomniałam (na szczęście, w przeciwieństwie do swoich zacnych towarzyszy). Napój chyba też poczuł leniwego ducha wakacji, bo zapomniał się schłodzić. Tym sposobem podróż niemiłosiernie się wydłużyła.

Dotarliśmy jednak do Pięknej Góry, a jest to bardzo zacna nazwa jak na start podróży. Nie wiedziałam, czego się spodziewać. Nasza łódka wyglądała na niewielki i niepozorny pojazd, a przecież pod pokładem miało spać 7 (a później 8) osób! Jednak to wszystko stało się nieistotne. Właśnie zaczęliśmy tworzyć nowy inny świat.

Dzień pierwszy – komunę rozpocząć czas

Siedem odmiennych osobowości zasiadło na pokładzie. Zerkało na siebie śmiało, nieśmiało. Wypłynęli. Podróż miała problemy już na początku – Kapitan zarządził wypłynięcie slalomem spomiędzy innych portowych łódek. Nie było to łatwe zadanie – kapryśna szlachecka łódka o nazwie „Opal” nie była samodzielną łódką i potrzebowała wsparcia. Na szczęście, poklepywanie po dziobie oraz pokrzepiające szepty „dasz radę” okazały się wyjątkowo skuteczne.

Wypłynęliśmy na mokrego przestwór oceanu. I ocean poniósł nas. Nastroje zakropione zacnym piwnym napojem stawały się coraz bardziej błogie. Niestety przez szybko zmieniający się kolor nieba, trzeba było znaleźć ostoję.

 
Reklama

Miejsce niby idealne – zaciszne, zazielenione i zaspokojone. Nie było nam jednak dane cieszyć się zbyt długo – ktoś najwidoczniej zadzwonił „Halo, policja” i policja morska przypłynęła, aby wygłosić mowę ostrzegawczą – „Drodzy Państwo, pobliskie tereny należą do rezerwatu” (rezerwat uznał najwidoczniej, że jest na tyle ważny, że bez żadnego oznaczenia, każdy, ale to każdy powinien wiedzieć, kim jest – coś na zasadzie niskich szerokich karczków na siłowni, którzy zapominają jak bardzo niscy są).

Odwiązaliśmy cumy, dopłynęliśmy do najbliższej przystani i rozpoczęliśmy pierwszą ucztę w naszej dopiero kształtującej się komunie.

 

Reklama