Na powierzchni

Jacek Chmura
Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Spróbujmy może tak: przeszłość. Zdaje się, że wzywanie jej to taka mała pasja; moja, nasza, puszczonych wolno umysłów, a pewnie i kogoś, kto steruje nami z góry bądź z dołu. Wciąż obracamy te same zdarzenia, te, które rozegrały się w najlepszych lub naj-gorszych – jak na razie – dniach kosztownego, ziemskiego pobytu. Wiem, że według ob-owiązujących w tym stuleciu – które po dwudziestu krótkich latach rozsądnie by było już zatrzymać – norm nie osiągnąłem zbyt wiele; jakbym zupełnie był głuchy na rady Horatio Algera, wielkiego wynalazcy pięknych snów. Mam wstydliwe zapisy w CV, bzdurne po-mysły na siebie, a gdzieś już poza zasięgiem – krótkie, męczące, zlewające się w jedno, bezwartościowe podróże.

Istnieje też przyszłość: w 2010 roku za 2400 złotych można było kupić 11994 sztuki jaj, dziś za 3400 – ponad 1000 mniej i pewnie jeszcze podlejszej jakości. W tej sytuacji op-tymistyczne spojrzenie na najbliższe lata zostawmy tylko zupełnym szaleńcom.

Chcąc połączyć oba światy: nie raz, do czego przyznają się też zapewne inni, zastana-wiałem się nad tym, co robią dziś osoby, dawniej zapełniające zdecydowanie ponure budynki, w jakich przyszło nam się bić, wyzywać, wstydzić skromnego dobytku i – jak alarmowały media – nosić przesadne ciężary na tak wątłych ramionach. Odezwałem się do kliku osób; rezultaty, choć nadzieje sięgały niewidocznych z mojego blokowiska gwiazd, porządnie mnie rozdrażniły, ostatecznie wprowadzając w dołujący nastrój – gdybym mógł, najlepiej puściłbym wszystko w niepamięć, zadowalając się utopijnymi, niczym nieskażonymi obrazkami, jakie pozostawili po sobie ludzie, którzy teraz nie znaj-dują już prawie niczego, czym warto byłoby się pochwalić.

Tracąc wielką wiarę: krótkie, naprawdę krótkie wstępne poszukiwania wywołały u mnie płacz; nawet jeśli ktoś zamieszkał na stałe w Ameryce – a nie jest ona przecież chyba w niczym lepsza od Europy, zwłaszcza zaś, jak pisał Michel, w żywności, czułości i miłości – nadal, wbrew rozsądkowi, dzielił się masą bzdur, tak poprawnych i przewidywalnych, że aż nie sposób było dłużej na to zerkać; dałem więc sobie spokój.

 
Reklama
 
Reklama

Pomimo ostrzegawczych sygnałów: później jednak napisałem do takiej jednej, przepro-siłem za przedłużające się milczenie, lecz jakimś prawem chciała skazać nas na wyłącz-nie elektroniczny kontakt, tłumacząc się narzeczonym, który ewentualne spotkanie obró-ciłby w kolejny z gwoździ do trumny, jaką jej szykował. Spotkanie w większym gronie zaś byłoby już bardziej możliwe, choć świąteczna gorączka zupełnie temu nie sprzyja; mieli-śmy sam początek grudnia, czas durnot ciekawego pochodzenia. Pisała raz: „wybacz, brałam właśnie prysznic”, nie wiedząc, że po drugiej stronie odbiera to ktoś, bądź co bądź, obdarzony jakimś rozumem. Co chwila zdarzają się gorsze rzeczy, lecz zabolał mnie ten wyobrażony rzut oka na łazienkę, gdzie od czasu do czasu on też musiał prze-cież wchodzić i robić te rzeczy, dla których zaprojektowano takie miejsca. W Mikołaja ga-daliśmy po raz ostatni; to już bardzo blisko Wigilii.

Wciąż próbując: kiedy ponownie spotkałem większego kolegę, przyznaję, że zaimpono-wał mi przedsiębiorczą postawą, lecz oprócz tych paru banknotów więcej, niczym nie różnił się od zarazy jaką był wcześniej. To naprawdę takie przykre – choć przysiągłem sobie prawie na poważnie, że przeproszę go za dawne krzywdy, nie mogłem nic w tej sprawie zrobić, gdy prostacko wręcz okazało się, że to w gruncie rzeczy ten sam czło-wiek, ten sam duch zamknięty w tej samej formie.

Dostrzega się: istoty interesujące się – osławionym przez płodnych artystów wideo – rozwojem osobowości, tysiące ludzi w każdym mieście, może i nawet po jednym w każ-dym domu, a ja nigdy nie widziałem nikogo, kto by rzeczywiście zrobił ze sobą coś spek-takularnego; stają się raczej nieznośni i automatycznie oskarżeni o MLM. Kiedy cofam się znów – co uzależnia jak każde inne mocne przeżycie – dostrzegam zapaśnika, który z właściwą sobie mocą opowiadał mi, że życia najlepiej nauczyło go granie na konsoli. Ten sam mężczyzna – bo miał już przecież wystarczającą ilość lat, ale też ojca w Anglii bezskutecznie każącego mu zajmować się domem – mówił i wcześniej i potem: „jeśli bardzo czegoś chcesz” oraz tym podobne wyrażenia, ostatecznie w oczach wszystkich uchodząc za kuriozum, mimo przywódczych talentów, studiujące co sezon najgorsze możliwe kierunki.

Przychodzi pocieszanie: jest i lotnik, unoszący się na różnych pułapach, a czasem tylko czekający na swoją kolej, lecz jest on prawdziwy, jak tylko prawdziwy może być w tych czasach człowiek i wie niejedno, o wiele więcej niż my chcielibyśmy pojąć, zna istotę północnego wiatru, to, co naprawdę szepcze się w chmurach i przede wszystkim orientu-je się – jak e.e. – kim jest księżyc.

I dalej, w tym samym stylu: więc lata za wzór biorąc Romaina i może nawet już pisze, a jak nie to chyba zacznie, a wtedy nadal będzie nam potrzebny, bo zawsze potrzebujemy kogoś, kogo wypełnia palące morze krwi, kogoś stworzonego do zadań niezwykłej natu-ry, w przeciwieństwie do tych, co wchłaniając jedynie podłe, skłamane nauki, nabierają złych manier i gnuśnieją żałośnie bez szans na ratunek.

 
Reklama

Sumując to wszystko: gdy byłem w domu, znikającym pomału pod stertami zwyczajnych gratów, gdzie – choć co już mnie to obchodzi? – z wątpliwej grzeczności bywam proszo-ny raz do roku, rzuciłem okiem na kilka książek, które dawno, dawno i nieprawda moja matka przyniosła skądś w torbie, również skądś przywleczonej. Tak podatny na błądze-nie wsród myśli o tej, co zwyczajnie została zaszczuta, znów bliski szlochu, przysiągłem powtórzyć, że nie mamy prawa oddawać życia za byle idiotyzm – młodości za krótkotrwa-łe przyjemności, starości za brutalnie mordujący spokój i pewnych charakterystycznych cech w zamian za inne, ostatecznie nic a nic nie znaczące.

Będąc w odpowiednim nastroju: można by kontynuować, lepiej jednak znaleźć sobie temat zastępczy; nie lubię siebie, gdy się rozkręcę.

Reklama