Mirosław Zbrojewicz: Aktor ponad szufladą

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Bardzo miło mi spotkać Ciebie, Mirosławie, to piękne staropolskie imię. Doceniam Twoją pracę jako aktora, ale obawiam się, że miałeś szczęście bądź nieszczęście być tzw. typecastingowanym. Od pewnego momentu w twojej karierze byłeś tym złym, albo policjantem, albo złodziejem.

Tak, to wynika generalnie z tego, że kino, bo o kinie mówimy, rządzi się podstawowym prawem obsadowym, gdzie po prostu sięga się po aktorów z tej półki, na której mamy gangsterów, osobno z półki z policjantami, półki z amantami, a potem jeszcze z jakiejś innej. Jak się raz tam kogoś przypasuje to potem trudno z tego wyjść, bo np. już jako ten ganiany człowiek nie jest w stanie tak szybko uciekać. Jest jednak jeszcze jedno wyjście. Można zostać policjantem. Tym, co gania i nie dogoni. Ja zresztą tak miałem, najpierw długo grałem gangsterów, szemranych kolesi, potem policjantów, a ostatnio dostaję propozycje typu „rola ojca”.

Ojciec gangstera.


Reklama

Też się zdarzyło.

I jak się czujesz z tym? Czy masz coś takiego, że sprawiło Ci to przykrość w pewnym momencie, że nie możesz np. przeskoczyć do komika, amanta? Czy to było coś takiego, co przyjąłeś z dobrodziejstwem inwentarza?

Nie, bo szczęśliwie od zawsze pracowałem w teatrze, a teatr rządzi się nieco innymi prawami. Jest w nim więcej przestrzeni na eksperyment, w związku z tym można np. do roli grubego obsadzić chudego, do roli dużego obsadzić małego etc. To gdzieś wyrównywało te moje potrzeby, a z drugiej strony, umówmy się, to były najfajniejsze role, dla funu, dla zabawy. Poganiać się, pojeździć samochodami, poprzytulać się do fajnych dziewczyn z długimi blond włosami, pistolety i te wszystkie zabawki chłopackie. W ogóle, film, jeżeli jest choć troszeczkę gatunkowy, a nie chodzi o to, że on i ona siedzą naprzeciwko siebie przez półtorej godziny i do siebie mówią, to zawsze ma taki element przygody i ja na tej przygodzie długo już jadę.

A jakie jest w Twojej opinii kino gatunkowe? Niektórzy krytycy często podchodzą do tego z punktu widzenia, że to zabawa w kino, to nie prawdziwa sztuka, to coś zupełnie innego niż wielkie dzieła Bergmana czy Felliniego itp.

W każdym obszarze uprawiania sztuki tak jest. Jest sztuka, którą uważamy za najwyższą, potem jest ta trochę niższa i ta najniższa. To chyba najprostsza zasada. Od czasu do czasu trafia się Fellini, Bergman, itd., ale oprócz tego jest najzwyklejsza produkcja filmowa. Myślę, że tam, gdzie jest przemysł filmowy, a nie, tak jak u nas, ciągle kinematografia ze względu na budżety, to tam jest dużo kina gatunkowego. Zauważyłem ostatnio, że kino gatunkowe, gdzie punktem odniesienia jest kino amerykańskie, ma ogromne budżetu, w związku z tym produkuje te Mercedesy, Lambo itd. Tam, gdzie tych pieniędzy jest dużo mniej, trzeba robić filmy festiwalowe. Zauważyłem, że Netflix wchodzi u nas bardzo śmiało z kinem gatunkowym, sam zagrałem ostatnio w horrorze W lesie dziś nie zaśnie nikt. Teraz też ma powstać bardzo mroczny, tajemniczy serial o duchach, zmorach. To jest kino gatunkowe. Problem jest taki, że ono wymaga zwyczajnie kasy, bo historia Desperado bardzo rzadko się powtarza.

Masz rację i wydaje mi się, że kino gatunkowe często wyrasta ponad swój gatunek, jak np. Hereditary, który zdobył pozytywną opinię nie tylko pasjonatów tego gatunku, ale także krytyki. Podobnie zresztą jak Chłopaki nie płaczą przekroczyło komedię kryminalną.

Z zupełnie niewiadomych powodów. Dla mnie jest to absolutnie fenomenalne. Kiedy robiliśmy ten film, była to po prostu jedna z wielu produkcji. Wtedy jeszcze naprawdę niedużo było pieniędzy na tego rodzaju produkcje. Minęło trochę czasu od premiery i nagle się okazało, że ten film dostaje drugie, trzecie, siódme życie. Nie jestem pewien, ale wydaje mi się, że telewizja do tej pory nie obchodziła okrąglej rocznicy powstania jakiegoś filmu, a w zeszłym roku byłem poproszony na okoliczność 20-lecia powstania Chłopaki nie płaczą. Zwykłego filmu, jakiejś komedyjki, bo to niczym więcej nie było. Bardzo fajna, ale komedyjka.

Weszła pod skórę Polakom.

Myślę, że przede wszystkim przez dialogi. Historyjka jak historyjka, mogła być lepsza, mogła być gorsza, ale to poszło w pokolenia, smyki gadają tymi tekstami.

Ciekawe jest też to, że to się dobrze zbiegło z takim nurtem tarantinowskim, weszły Wściekłe psy w 1992, potem Pulp Fiction, a zaraz po nim Chłopaki nie płaczą, też inspirowane Tarantino.

Pamiętam, że Tarantino był takim strzałem, który w tamtym czasie był absolutnie punktem odniesienia dla wszystkich, czy to w teatrze, czy w kinie. Wszystko to było oczywiście na wyrost, ale pamiętam, że w bardzo wielu wypadkach, gdy reżyser zaczynał zachęcać do wzięcia udziału w jakimś projekcie, mówił: To będzie taki Tarantino.

To jest też a propos naszej rozmowy na temat kina gatunkowego. Tarantino przekraczał kino gatunkowe i dlatego też to było takie atrakcyjne.

Nie jestem teoretykiem kina, ale wydaje mi się, że on miał już możliwość bawić się konwencją, a my ten konwencji jeszcze nie stworzyliśmy. Dopiero teraz, przy okazji W lesie dziś nie zaśnie nikt – filmu, który zrobili pasjonaci gatunku, zauważyłem, że to się mogło udać. Zresztą, od dawna już w kinie amerykańskim rządzi algorytm, który mówi, że trzeba zrobić to i to, bo wtedy pieniądze się zwrócą. Od czasu do czasu zdarza się jakiś piruet, że to kino wyrasta poza szablon, poza schemat.

Istnieje nie tylko komercja, ale też ludzie zajmują się tym artystycznie, z pasji do kina.

A na dokładkę jest tak, że reżyserzy, którzy zaczynali od tego, że robili filmy, które z założenia miały coś naprawdę powiedzieć, w pewnym momencie próbują również kina gatunkowego, zabawy w kino. Widzę to trochę tak, że wszyscy, którzy się za to kino gatunkowe biorą, traktują to trochę jako zabawę. Sprawa zaczyna się robić poważna, kiedy to dwoje ludzi wypowie bardzo ciężkie słowa.

To jest na pewno trudne. Zmieniając trochę temat, czy miałeś kiedyś spotkanie z jakąś osobą ze środowiska, powiedzmy mrocznego, która oglądała te wszystkie gangsterskie filmy i mówiła: Jestem taki jak Ty?

Ludzie bardzo łatwo potrafią utożsamić aktora z rolą, postacią i z życiorysem tej postaci. Pamiętam słynne historie Piotra Adamczyka, który na lotnisku w Rzymie musiał stać, bo panie przed nim klękały po tym jak zagrał Papieża. Dodatkowo, panowie z tych środowisk, które można określić jako niekonwencjonalne, lubią się kręcić koło produkcji filmowych. Tak jak lubią się kręcić koło boksu, sztuk walki, tak też, gdy widzą na ekranie jak chłopaki latają, podejrzewam, że boki zrywają jak widzą co my wyprawiamy. Istnieje mechanizm, który powoduje, że chcemy poprosić aktora, który zagrał w Na dobre i na złe o receptę. Pamiętam jedną historię, która wyglądała naprawdę dziwnie. Stałem w korku, było lato, szyby poodkręcane, nie ma ruchu. Nagle, równolegle do mnie, dosłownie 5 centymetrów, jedzie klasyka gatunku: już trochę przechodzone BMW i w środku pięciu panów, ledwo się mieszczących, zimny łokieć z bułami i tak dalej. Było rozpoznanie, obok mnie moja żona, uśmieszki, też się uśmiechałem i nagle pada pytanie: Ty, a ty czym pukasz? Nie mogę powtórzyć co odpowiedziałem, bo to brzydko, ale zrobiło się groźnie, bo nagle popatrzyli po sobie, czy czasem nie drę z nich łacha. Na szczęście się odkorkowało i odjechałem. W zasadzie zawsze spotykam się  z sympatyczną reakcją i przywitaniem, choć w tej chwili naprawdę różnie to wygląda. Tak nas się szarpie, takie to jest oczywiste, że musimy sobie w każdym momencie zrobić zdjęcie z kimś, kto teraz chce je mieć. Szczerze mówiąc, ja jestem na takiej półce gdzie to działa trochę dobrze, a jeszcze nie źle. Nie mam problemów, że mnie napadają bez przerwy, nie mam kłopotu, że nie mogę przejść, ale do Sopotu już nie jeżdżę.

A co masz w planach na najbliższe miesiące i dni? Oprócz oczywiście Stodoły Kultury i Sztuki.

Stodoła Kultury i Sztuki jest zapisana w planie, w kalendarzu za każdym razem w styczniu. Teraz mi się trochę pochrzaniło z planami, bo są zupełnie nieprzewidywalne. Terminy spadają, pojawiają się nowe, trzeba być bardzo elastycznym. Plany się sypią wszystkim, nikt nie zna dnia ani godziny. W tej chwili jest tak, że wszystkie telefony, które dostaję to informacje, że termin spadł, ale pilnujmy następnego. Dochodzi do następnego i on znowu spada. Głównie chodzi tu o terminy teatralne, spektaklowe. W tej chwili może to też dobry czas, bo dostałem propozycję od Ani Augustynowicz, żeby zagrać Króla Leara. Chorowałem dwa tygodnie z tego powodu, bo to jest absolutnie nie dla mnie w tej chwili.

Trzeba uważać z tą rolą.

Za Króla Leara, w tradycji teatralnej, biorą się stare dziady, które na koniec swojej kariery muszą postawić jeszcze to opus magnum. Czasem wychodzi, a czasem nie. Niektórym nawet udaje się umrzeć na scenie. Trochę się wygłupiam, ale czułem się nieprzygotowany, bo to ani wiek do roli, tam ciągle opowiadają o siwej brodzie i starczym głosie, ani ja chyba nie miałem jeszcze możliwości zmierzyć się z tak pełną rolą w swojej karierze. Już pomijając to, że ona jest obłożona jakąś nieprawdopodobną tradycją najwybitniejszych aktorów. Musiałem na początku to wyprzeć, powiedzieć sobie, że nie ma się co ścigać z największymi, którzy to grali. W połowie sierpnia wracam do Legnicy, gdyż jest to koprodukcja Teatru Legnickiego i Opolskiego. Koncept jest niezwykły, na razie go nie zdradzę, niech będzie zaskoczeniem. To mnie angażuje w 100%, dlatego mówię też, że może to jest dobry moment na to, bo nie mam innych zajęć i mogę się temu poświęcić w całości. Na dokładkę, produkcje filmowe i telewizyjne są obarczone ogromnym ryzykiem, bo przecież wiadomo, że uruchomienie jakiejkolwiek to gigantyczne pieniądze, a teraz każdy dzień to stąpanie po kruchym lodzie. Wystarczy, że jedna osoba wykaże się objawami i trzeba reagować, a całość projektu grozi katastrofą. Cały świat chodzi teraz bardzo ostrożnie. Rozmawiałem też ostatnio z moim przyjacielem, który przeniósł się do Berlina jakiś czas temu, a przyjechał tu, bo wygrał stypendium na napisanie dramatu. Opowiedział mi, że jest w szoku jak my – Polacy w tej chwili z zapałem oddaliśmy się konsumpcji. Mówi, że Niemcy siedzą w kącie i czekają co będzie dalej. To wcale nie musi być źle, może to nam pozwoli łatwiej wyjść, ale to też może być ta dziwna aktywność tuż przed katastrofą. Oby nie.

Dziękuję bardzo za rozmowę.

Dziękuję pięknie.

 

fot.: Michał Buddabar

Reklama