Kinga Dębska: Zupa-nic i melancholia meblościanek

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Co się dzieje w Kindze Dębskiej po trudnym czasie narodowej kwarantanny?

Trudno powiedzieć. Mam wrażenie, że czas robienia posiłków 3 razy dziennie i czas życia wyłącznie domowego trochę mnie zmęczył. Z drugiej strony miałam dużo czasu na rzeczy, na które normalnie czasu nie znajdowałam. Dla tych z nas, którzy chcą się rozwijać wewnętrznie to zamknięcie to było jak manna z nieba, bo pozwoliło na spokojną autorefleksję. Ja na przykład zaczęłam sobie odświeżać japoński, bo studiowałam japonistykę i kiedyś znałam ten język dobrze, ale to było prawie 30 lat temu. Teraz do niego wracam. Jest zakopany pod warstwami rzeczy, których się nauczyłam później, a w rezultacie szykuję na przyszłość filmowy projekt polsko-japoński. Gdyby nie pandemia, nie miałabym na ten koncept czasu.


Reklama

Czyli to był czas dobry dla introwertyków i artystów, bo pomagał znaleźć wewnętrzny balans.

Z tym balansem to bym tak nie powiedziała, bo trudno o balans, kiedy nie wiemy, na czym stoimy. Mam poczucie, że nic nie jest pewne, że nie mam się czego złapać. Teraz miałam być w środku zdjęć do filmu, ale są przełożone na sierpień i wrzesień. Prywatne źródła finansowania trzeba było od nowa negocjować. Jestem zodiakalną Panną, to znak ziemski, więc mam potrzebę wiedzieć, na czym stoję. Z tego wszystkiego zaczęłam pisać kolejną książkę. Filmy, póki co są, ale zagrożone. Natomiast na pewno ludzie nie przestaną czytać.

Czyli istnieją twórcze sposoby, żeby w sytuacji globalnego chaosu znaleźć jakiś złoty środek i w siebie się wsłuchać. Nie dla wszystkich to jednakowo łatwe, ale możliwe, bo nadal państwo tworzą.

Tak, pracowałam dużo. Napisałam pierwszą wersję kolejnego filmu, zaczęłam pisać inne rzeczy. Miałam okazję zastanowić się: po co w ogóle to wszystko robię. Po co piszę, po co robię filmy. Miałam też cenną refleksję, że wcale nie muszę. Przez całe życie biegłam. Ale teraz wreszcie doceniłam, jak dobrze mi po prostu usiąść z kawą na tarasie mojego domu w Milanówku. Jeśli coś pozostaje w niezgodzie ze mną i moim sercem, to po prostu odmawiam. Poczucie możliwości takiego wyboru jest ważniejsze od pieniędzy.

Wszystko, czego w pandemii potrzebowaliśmy, było droższe od pieniędzy.

Na przykład relacje. Na co przeliczyć uśmiech bliskiego człowieka? Pamiętam, jak się popłakałyśmy z moją siostrą i córką, kiedy wreszcie mogłyśmy się do siebie przytulić.

Kontakt fizyczny okazał się ważny, nawet samo podanie ręki.

Żaden Zoom tego nie zastąpi, zresztą od jakiegoś czasu reaguję na niego alergicznie.

Podobnie ma twój pies.

Gucio pogryzł mnie ostatnio, kiedy miałam zajęcia ze studentami na Zoomie. Najukochańszy pies świata też jest non stop w stresie. Jest mu trudno: z kimś rozmawiam, ale go nie ma, trwa to kilka godzin, ale nie ma na kogo szczekać, nikt nie pachnie. Koszmar normalnie.

Wróg ciągle nas osacza, ale go nie widać. Pies doskonale oddaje nastroje społeczne. Jako jedni z pierwszych podamy informację, że opresyjny czas zmierza ku końcowi i za chwilę zaczynasz zdjęcia do nowego filmu.

Za rogiem czeka Adam Woronowicz, który będzie grał jedną z głównych ról. Oprócz niego będzie można zobaczyć na ekranie Kingę Preis, jako matkę dwóch dziewczynek. To one będą głównymi bohaterkami filmu – to opowieść o słodko-gorzkim dzieciństwie w czasach PRL-u, o dojrzewaniu w komunizmie i potrzebie wolności. Pierwowzorami dziewczynek są bohaterki filmu „Moje córki krowy”, ale w filmie mają 11 i 12 lat. Myślę, że to będzie radosny obraz, sporo uwagi poświęcam w nim wyjazdom turystyczno-handlowym filmowej rodziny, która zupełnie nie ma do tego talentu.


Reklama

Mówi się, że wrócimy do tego modelu.

Mam nadzieję, że nie. To było jednak upokarzające. To też temat „Zupy nic”. Będzie wesoło, ale i poważnie. Nie planuję błahej komedyjki, ale to będzie jeden z moich jaśniejszych filmów.

Jak widzisz pracę reżysera u schyłku pandemii? Jak to wpływa na pracę?

Na pewno, maseczki będą obowiązkowe, podobnie dezynfekcja i testy. Okres zdjęciowy będzie najtrudniejszy, bo on wymaga obecności wielu ludzi. Chciałabym, żeby efekt filmowy był taki, jakby nie było pandemii. Na pewno praca będzie dla aktorów trudniejsza, szczególnie kręcenie scen intymnych. Mam jednak poczucie, że po prostu trzeba się z tym wirusem oswoić i się nauczyć z nim żyć. To, co mnie martwi najbardziej, to sytuacja kin i teatrów. Istotą mojej pracy zawsze był film, który widz może obejrzeć w ciemnej sali, żeby intymną opowieść można było przeżyć w grupie. Nasze wrażenia się wtedy sumują, po seansie wymieniamy opinie. Teraz w dużej mierze zastąpił to Internet. Mam nadzieję, że kina nie znikną, bo potrzebujemy ich jak nigdy dotąd. Kocham to uczucie, kiedy wydaje mi się, że obraz, który oglądam, został przygotowany tylko dla mnie. Wczoraj dowiedziałam się, że w serwisie Netflix „Zabawa zabawa” znajduje się na drugim miejscu pod względem oglądalności wśród całego światowego repertuaru w Polsce. To miła wiadomość, ale dla mnie – telewizja nigdy nie zastąpi kina.

W kinie nawet momentami oddechy widzów się wyrównują.

Pamiętam moment, w którym poczułam, że dobrze zrobiłam, że porzuciłam japonistykę na rzecz reżyserii. Było to podczas projekcji „Moich córek krów” w Teatrze Muzycznym w Gdyni, siedziałam w czwartym rzędzie z ekipą filmową. Za plecami mieliśmy wiele rzędów i balkonów. Kiedy się odwróciłam podczas oklasków, wszyscy stali i płakali. To było niezapomniane katharsis. Kino robi się dla ludzi i sens filmu realizacji filmu tkwi w wymianie energetycznej. Nawet jak o tym mówię, to się wzruszam.

Decydujący moment.

Myślę, że jak ludzie wrócą do kina i do teatru, będą po prostu płakać ze wzruszenia.

Masz takie poczucie, że pod względem warsztatu pandemia wymusi bardziej intymne kadry, wąskie, bergmanowskie obrazowanie?

Ja tego nie chcę. Wiem, że w serialach są sugestie, żeby zmieniać scenariusze z powodu pandemii. Czuję przed tym wewnętrzny opór. Nie chcę od siebie oddalać ludzi.

„Moje córki krowy” mówiły o wartościach rodzinnych i trudnościach w budowaniu i podtrzymywaniu takich relacji.

Zupa nic” też opowiada o rodzinie, ale w latach 80.. Tytuł to nazwa dania z mleka i żółtek, na której pływają kry z piany ubitej z białek. To deser znany we Francji,  nazywa się île flottante i można to przetłumaczyć na angielski: „floating island”. Czyli mamy już piękny międzynarodowy tytuł. Zupa nic to była moja ukochana potrawa z dzieciństwa. Dla mnie to symbol czasów, kiedy nie było niczego, a jednak relacje były silniejsze niż kiedykolwiek. Moja filmowa rodzina żyje w 5 osób na 44 metrach kwadratowych.

Nie do pomyślenia dzisiaj.

Właśnie. Myślę sobie, że takie trzy osobowości, jak Kinga Preis, Adam Woronowicz, Ewa Wiśniewska jako babcia, a oprócz tego dwie dziewczynki i kot – to dosyć dużo energii jak na taką małą przestrzeń. Odwiedziłam ostatnio skansen z XVII wieku – wtedy się żyło w wielkim ścisku. Wielkie przestrzenie to znak współczesności. Kiedyś w jednej izbie mieściła się cała trzypokoleniowa rodzina.

Jaki jest pierwszy kadr z dzieciństwa, który zapamiętałaś?

Jest takie wspomnienie, przez które przystąpiłam do prac nad filmem. Widzę duży pokój, dywan, ława jest odsunięta od wersalki, na której spali moi rodzice. Razem z siostrą stoimy z rączkami w górze, w majtkach i koszulkach, a tata. owija nas lisimi kitkami, bo na nas rodzice postanowili przemycić je na Węgry. Węgierki nosiły je jako szaliki. Więc tata nas tymi kitkami owija, zakłada nam na to elastyczne majtki, a my z siostrą poruszamy się w tym jak wańki-wstańki. Oczywiście dużo w tym mojej fantazji, wiadomo, że wspomnienia z czasem ubarwiamy. Moja siostra się śmieje, że zmyślam, ale uznaje moje prawo do takiego kształtu mojego wspomnienia. Pamiętam, jak drapią mnie pazurki lisów, jak tata czegoś ode mnie chce: mam przekroczyć granicę, a ja chcę się bawić, bo jestem dzieckiem. Nie chcę, żeby mi było niewygodnie. Jak spojrzeć z dystansu na nasze dzieciństwo, to one było pełne różnych mroków i smutków. Towarzyszyło mi poczucie, że wszystko mogę zepsuć, że to ode mnie może zależeć, czy rodzice się nie rozwiodą, czy świat nie skończy. Punkt widzenia dziecka jest bardzo szczególny. Moja poprzednia książka „Porozmawiaj ze mną” była pierwowzorem scenariusza. Mocno wcieliłam się w postać małej Marty, która teraz będzie bohaterką „Zupy nic”.

To wspomnienie pokazuje poczucie dziecięcej omnipotencji, przyspieszone dojrzewanie i dorosłą odpowiedzialność.

Byłam dzieckiem, które czuło się za bardzo odpowiedzialne za wszystkich. Uwielbiałam kolejki, nikt mnie w nich nie zauważał, bo wszyscy byli wyżsi ode mnie, a ja słuchałam uważnie rzeczy, które nie były przeznaczone dla dziecięcych uszu.

Ucho reporterskie się przydało.

Dzieci uwielbiają podsłuchiwać. Ja akurat potem poszłam w kierunku dokumentu. Zrealizowałam wiele dokumentów, a potem okazało się, ze to doświadczenie jest dla mnie bezcenne przy reżyserii filmów fabularnych.

Doświadczenia zgromadzone przez dziecko uformowały dorosłą reżyserkę.

Każdy z nas kiedyś był dzieckiem, i pamięta, jak to było. Chciałabym, żeby ten film dla wszystkich widzów był powrotem do czasów dzieciństwa. Pandemia uświadomiła nam, że wszystkie plany mogą w ciągu jednego dnia wziąć w łeb, więc trzeba żyć dniem dzisiejszym i chwilą. Dzieci tak mają. Nie planują. Ostatnio zrobiłam film dokumentalny o hospicjum pt. „Tu się żyje”, i zrozumiałam, że jedynie dziś jest pewne, musimy nim żyć do końca i wycisnąć jak cytrynę.

Przypomniało mi się, że po stanie wojennym ludzie ruszyli tłumnie do kin na „Akademię Pana Kleksa”. Wybrali baśniową opowieść, ale pełną grozy. Może kino będzie formą zbiorowej terapii?

Myślę, że sztuka zawsze jest jakąś formą terapii. Dla artystów bywa też autoterapią. Za jakiś czas wszyscy będziemy mieli potrzebę zrzucić z siebie odium pandemii. Wszyscy potrzebujemy też radości i zabawy, zanurzenia się w czymś do końca, czyli prawdziwej, ekscytującej opowieści.

Czego życzyć na ten czas powrotów?

Dobrych, słusznych wyborów, bo nigdy nie wiemy do końca, co się za nimi kryje. I całe szczęście! Spokój ducha jest też ważny, więc tobie, sobie i wszystkim państwu życzę miłości do siebie samych, a przynajmniej akceptacji własnych niedoskonałości, bo dopiero kiedy siebie kochamy, a przynajmniej siebie lubimy, jesteśmy w stanie lubić i kochać innych ludzi. Teraz, kiedy chodzimy w maseczkach i patrzymy na siebie wilkiem, najważniejsze, żebyśmy ponownie siebie polubili.

I żebyśmy wrócili do autentycznej, wzajemnej życzliwości.

Tak, życzliwość jest dziś podstawą w naszej podzielonej Polsce. I żaden program jej nie zastąpi.

 

fot.: Bartosz Maciejewski

Reklama