Legenda tych lat

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Odeszła Ewa Demarczyk. Pięć lat temu powstała o niej książka biograficzna bez udziału artystki. Dziś to jedyny bodaj skodyfikowany zbiór wspomnień o kobiecie-zjawisku, które miało szansę zaistnieć nam raz. I bez wątpienia fenomen się nie powtórzy.

Pamiętam, jak po premierze „Czarnego Anioła” na łamach prasy autorkom książki zarzucano, że powinny uszanować wolę artystki: że nie pisze się biografii żyjącej, jeśli ta sobie tego nie życzy. Nie umiałam zająć stanowiska. Dzisiaj wartość pracy wykonanej przez duet reporterski Kuźniak-Oboładze jest niekwestionowana. Pokoleniu Instagrama trudno wyjaśnić fenomen Ewy Demarczyk – trudno pojąć, kto od nas odszedł. Tym bardziej, że w przestrzeni publicznej fizycznie od lat była nieobecna.
„Czarny Anioł” upleciony jest misternie ze wspomnień i komentarzy ówczesnych tuzów sceny i pióra. Każdy wspomina Ewę Demarczyk inaczej, jedni zgłaszają zastrzeżenia do jej kapryśnej osobowości, inni mówią o nadludzkiej charyzmie i niespotykanym geniuszu. Cytowane postaci dają nam poczucie, że już wówczas mówiła historia: Piotr Skrzynecki, Zygmunt Konieczny, Czesław Miłosz, Maria Dąbrowska, Stanisław Dygat, Ryszard Horowitz, Jerzy Waldorff. To postaci dziś obecne w podziemiu, zakurzonej niszy, przestrzeni ściszonych rozmów wykształciuchów i kulturalnych oszołomów. Dlatego martwię się, że, jak słuch po Demarczyk dwie dekady temu zaginął, tak i teraz jej cicha śmierć przejdzie bez echa.

Ktoś powiedział, że Francja ma swoje de Gaulle’a, polska piosenka – swoją de Marczyk. Ten dowcip narodził się w 1965 r., kiedy wystąpiła w Genewie na wielkim międzynarodowym koncercie z okazji dwudziestolecia ONZ.
Wkroczyła na scenę nagle, a jej kariera nabrała zawrotnego tempa – co zapowiadało scenariusz hollywoodzki. Być może by się spełnił, gdyby nie trafiło na Polskę opresyjnych czasów gomułkowskich. Każdy chciał choć przez chwilę zobaczyć jej występ na żywo, doświadczyć go, uszczknąć, dać się zahibernować albo – choć przez chwilę – przypomnieć sobie, że można jeszcze czuć.
Francuski menedżer kultury Bruno Coquatrix klęknął po koncercie przez młodziutką jeszcze studentką akademii muzycznej i zakrzyknął: „Wydobędzie pani piosenkę francuską z gówna, w którym utonęła po śmierci Edith Piaf.” Ostatecznie do podpisania kontraktu nie doszło, bo Demarczyk chciała śpiewać tylko po polsku: „Przecież miłość nie jest w żadnym języku, nienawiść nie jest w żadnym języku, rozpacz w żadnym, radość w żadnym. Nigdy nie interpretuję słów jako takich. Cały czas wędruję po emocjach, nastrojach, po uczuciach. Przecież jeżeli traci się miłość, tak ważną sprawę, tak wielką, to przecież nie traci się jej w jakimś języku.”
Mówi się, że od niej zaczęła się w Polsce moda na piosenkę poetycką. Ale to nie do końca prawda, bo w czasach komunistycznej siermięgi Demarczyk nie wpisywała się w żaden nurt ani w żadną modę. Zaczynała w Piwnicy pod Baranami, ale szybką ją swoim talentem rozsadziła. Gdziekolwiek występowała, ludzie odbierali ją jako swoją – w Polsce, Francji, Izraelu czy Hiszpanii. W latach 70. rusycyści przewozili do Związku Radzieckiego najbardziej pożądany towar: środki antykoncepcyjne i płyty Ewy Demarczyk.
Jej skrajny nonkonformizm doprowadzał współpracowników do szału, siał panikę i międzynarodowy zamęt, ale bez zespołu nie była w stanie wydobyć z siebie mistycznej ekspresji, o której rozpisywały się najwybitniejsze pióra w polskiej literaturze i publicystyce. Ludzi potrzebowała do wykrzesania iskry, publiczności – żeby płonąć. Płaska, siermiężna rzeczywistość, wszystko, co formalne i oficjalne – zdawało się nakładać na nią duszący gorset, który zabierał jej oddech, skracał żywotność. Dlatego jej zaistnienie na polskiej scenie artystycznej miało w sobie coś z doświadczenia epifanii. Nie wszyscy byli w stanie doświadczenie przyjąć i przeżyć. Stanisław Dygat pisał: „Mam wrażenie, że nie mogę Ewy Demarczyk tak całkiem polubić, bo czegoś jest w niej za dużo. Kochamy wszak za niedoskonałość, za skazy, których odkrycie pozwala nam przybrać jakże godną i solenną szlachetność, przymknięcie oczu, wybaczenie. Ewa Demarczyk, ta, którą znamy ze sztuki, jest, zdaje się, zbyt pełna, by wzbudzić miłość. Budzi więc podziw, zachwyt czy wzburzenie. Może dlatego nazywano ją Aniołem”.

Wielka szkoda, że Kuźniak i Karpacz-Oboładze nie udało się nakłonić Ewy Demarczyk do rozmowy. Pozostawała jednak nieufna wobec prasy, zależało jej na wizerunku scenicznym, a nie na publicity. Różnica pomiędzy renomą Demarczyk z światłością jakiejkolwiek ze współczesnych artystek polskiej sceny jest tak drastyczna, że trudno mi ubrać ją w słowa – polecam, żeby Państwo sami ich poszukali w trakcie lektury. Z drugiej strony – Demarczyk była samoswoja, niemożliwa do osadzenia w miejscu, oszlifowania i zamknięcia w skarbcu. Jerzy Fedorowicz, dyrektor artystyczny Teatru Ludowego, podkreślał: „Czy można sobie wyobrazić, że jestem dyrektorem Ewy Demarczyk? Albo że ktokolwiek jest? Ona sama decydowała o swoim życiu. O tym, kto ma grać, a kto nie, i jakie piosenki będzie śpiewać. Takiej wielkiej indywidualności nie da się podporządkować. To się nie mogło udać i się nie udało.”

Po pięciu latach książkę o Ewie Demarczyk czytam z wyraźną cierpkością. Nie mogę oprzeć się poczuciu, że to opowieść o Polsce i wyimek z wielowiekowej historii zaprzepaszczania. Wspólnie nie podźwignęliśmy potęgi talentu, unikalności i indywidualizmu. Wewnętrzna potrzeba szeregowania nie pozwoliła nam pojąć, że istnieją ludzie, którzy nie są ku czci – których wrażliwość jest obiektywna, nieklasyfikowalna i niemożliwa do ulokowania w urzędzie. Trudno również nie zauważyć swoistej paraleli do czasów współczesnych – kiedy artyści z życia publicznego stopniowo się wycofują z prostego powodu: żeby się chronić i żeby przetrwać. „Ta Polska była zeszmacona wtedy, kiedy Ewa wychodziła z Tuwimem, Leśmianem i śpiewała swoim rówieśnikom. Bez względu na to, gdzie występowała, czy w małym akademiku, czy dużym, w auli czy stołówce, zawsze dawała z siebie wszystko. (…) Spędzaliśmy ze sobą dużo czasu, piliśmy wódeczkę, bawiliśmy się. Rozmawialiśmy. Ale rzadko o polityce. Żeby nie mieszać gówna z brylantami.”
Nie wiem, jak Państwo, ale przesyłam ten tekst z głębokiej niszy, w którą świadomie się oddaliłam. Póki co w kierunku atmosfery samozagłady – ani mi się widzi stamtąd wychodzić.

Angelika Kuźniak, Ewelina Karpacz-Oboładze, „Czarny Anioł. Opowieść o Ewie Demarczyk”, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2015.

Reklama

Jestem chamką!

Jestem chamką. To nie zostało powiedziane wprost, ale zarysowane grubym