Spotkanie na stronie

Jacek Chmura
Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Nocą, gdy ludzie wraz ze swymi niepowodzeniami kładli się spać licząc, że ta powtarzana każdego dnia czynność tym razem rzeczywiście pomoże, przekraczałem strumień, uroczo zakrzywionym mostkiem, zmierzając tam, gdzie będzie w stanie doprowadzić mnie to nadal ciepłe powietrze. Sierpień miał się dobrze, choć zawsze znalazłby się ktoś, kto byłby odmiennego zdania. Dla mnie zaś życie zaczynało się w kwietniu, kończąc się wraz z ostatnim opadniętym liściem. Choć mój ówczesny nastrój należał do wyjątkowo udanych, jakby na przekór temu szybko zacząłem skupiać się na odgłosach natury, które interpretując na swój sposób, wywołały u mnie gęsią skórkę, zwyczajowo pojawiającą się tylko w wielce osobliwych momentach. Księżyc, którego dziwnej mocy nie zdołałem nigdy, pojąć przyglądał się mi zza lekkiej kurtyny płynnie przesuwających się chmur. Pamiętam przecież czasy, gdy niezrewidowana jeszcze ciekawość kazała mi śledzić to srebro podczas wieczornych podróży autobusem: trzymał się na miejscu jak przyklejony, moja znów indywidualna duma – przecząc naturze wygłodniałego odkrywcy – nie pozwalała spytać mamy o istotę tego widziadła. 

Dawno już minąłem resztki wody sączące się pośród kamieni; teraz otaczały mnie ustawione w równych odstępach latarnie, których żółte światło odważnie sprzeciwiające się mrokowi z każdą chwilą lepiej mi się podobało. Z lewej strony, nieco wycofany, nie godząc się stać tuż przy samej drodze ukazał się drobny kościół z dobrze przewyższającą go dzwonnicą i okalającym wszystko, jak gdyby dostojnie podniszczonym murem. Zbliżałem się wolnym krokiem, oglądając za siebie w tej ciszy, która – zdaje się – zapadła nagle i kompletnie. Wiatr także miał przerwę, nie niosąc żadnego zapachu, który umiałbym trafnie rozpoznać. Choć drzwi wyglądały na stanowczo zamknięte, skierowałem się do wejścia chcąc sprawdzić to osobiście.

I tak dalej; można by to wszystko ciągnąć aż do zupełnego triumfu lub całkowitej porażki. Nie wiem, skąd wziął się ten kościół, nie wiem też, co kryje jego wnętrze; jeśli by rzeczywiście okazał się zamknięty, powodowana nagłym impulsem próba sforsowania wrót stałaby się całkiem poważnym przewinieniem – a klasyczna spowiedź raczej nie wybieli grzechu włamania. Zostawmy to. Czytam powieści: brudne francuskie wymysły, nienawistne teksty amerykanów, którzy z radością opuścili swój kraj. Czytam nawet poradniki, te książki, co pisze się po to, by dopiero zdobyć jakaś tam wiedzę. Płacę kary za przetrzymanie, cząstki prywatnego zbioru rozstawiam po ławkach, w zamian znajdując czasem dosyć ciekawe zlepki kartek, niektóre z nich służące za dekoracje w sklepach meblowych.

Idźmy dalej. Myśląc o prozie, o historiach, które ludzie potworzyli, zapisali i sprzedali w zabawnej liczbie egzemplarzy – śmiesznie niskiej lub śmiesznie wysokiej, o tym, dlaczego to zrobili i co z tego mieli, o osobach, które nie były w stanie pojąć tekstu, dobrze go przy tym oceniając oraz tych, które zrozumiały wszystko aż za dobrze, wyszydzając człowieka, jaki spędził swój czas przed klawiaturą; myśląc o tym i o jeszcze innych ujęciach sprawy, sam siadam tu, gdzie potrójne szyby nie radzą sobie z natężeniem remontów, i z tym, co dzieje się na drodze, gdzie słońce jest wrogiem, a krzesło powoli niszczy tą dziwną podłogę, siadam, niezbyt błyskotliwe zdając sobie sprawę (licząc wcześniej na więcej), że to, co właściwie tutaj robię, jest – jak mówili już inni – rodzajem przyjemnego upuszczania krwi. Nawet nie czuję, jakby ją komuś oddawał, nie wolno mi – gdy namówiono mnie na bycie dawcą, pomiar ciśnienia od razu wszystko przekreślił; zresztą te ilości nie mogą pomóc nikomu poza mną – wsiąkają bez zauważalnego śladu, oglądane naprędce przez oczy mające przecież problemy innego rodzaju. Póki nie potrafię zarządzać całymi stronami, wolę już prowadzić ten nieduży pochód niezdarnych liter – jakkolwiek zgrupowanych w ramach porządnego kroju pisma, to posiadających najgorsze znamiona bazgrołów – by jakoś jeszcze przeciwdziałać zjednoczonym siłom przeszłości i przyszłości, równocześnie ciągnącym mnie w pijacką otchłań ojca o rozrywkowym charakterze oraz w stronę wyrafinowanych tortur nadchodzących czasów, które mimo wszystko jakoś jednak przeżyjemy. 

 
Reklama
 
Reklama

Ale może na więcej przyda się nam wszystkim, prawie bezgraniczne zdanie się na czystą wyobraźnię, która, choć korzysta z tego samego naturalnego narzędzia, znacznie słodsza w smaku jest niż nieustanna analiza błędów młodości, czy może starości – jeśli akurat dostaliśmy tę trzecią szansę, lecz zmarnowaliśmy ją, skazując się na pogrzeb bez emocji. Intymne spotkanie, jakie ma miejsce na kartach książki, czy precyzyjniej: podążanie po śladach tego, który ma nadzieję gdzieś nas w końcu zaprowadzić, czasem nawet trzymanie mu rąk na ramieniu, jak w krótkim pociągu jadącym z daleka, to nawet dla ludzi niezdolnych do wiary w cokolwiek, rzecz warta pewnych poświęceń. A skoro nasze własne życie pamiętamy zaledwie trochę lepiej niż przeczytaną kiedyś powieść, czy może nam zaszkodzić wprowadzany słowo po słowie mit, wyciągnięty wprost z tak różnych ludzkich doświadczeń? I tak i nie, lecz jeśli coś już zdoła na dłużej zająć ruchliwy umysł autora, a potem jeszcze bardziej niespokojny mózg czytelniczy, sądzę, że można będzie to poczytać za małe i wspólne zwycięstwo.

Reklama