ANYWHERE          TV

Kopciuszek ze stopą w rozmiarze 46

nottinghill-1

Przeglądając kinowy repertuar, trafiam na kilka niemal identycznych graficznie, choć reklamujących różne produkcje, plakatów filmowych. Białe tło, na środku ustawieni w nonszalanckich pozach kobieta i mężczyzna. Jak to możliwe, że w jednym czasie swoje premiery ma co najmniej pięć filmów o bliźniaczych wątkach? Skąd bierze się ta niegasnąca popularność komedii romantycznych, kręconych zawsze na jedną modłę, rok w rok w hurtowych ilościach? Nawet, jeśli różnią się między sobą szczegółami fabuły, to tworzący je szkielet jest skostniały jak u prehistorycznego zwierza. Scenariusze wydają się powstawać w oparciu o jakiś narzucony wzór – równanie, pod zmienne którego wystarczy po prostu wstawić odpowiednie dane. Jej postać należy skonstruować z kilku oczywistych, stereotypowo kobiecych cech. Bohaterka może być na przykład równie nieporadna i roztrzepana jak Bridget Jones, naiwna jak szukająca swojego miejsca na Planecie singli Ania albo chociaż tak seksowna, jak Dziewczyna z sąsiedztwa. On z kolei powinien mieć aparycję Richarda Gere’a, ego Christiana Greya i karierę, której nie powstydziłby się senator uwodzący Pokojówkę na Manhattanie. Dalej jest już z górki. Przypadkowe spotkanie w Starbucks/na stacji metra/podczas przyjęcia u wspólnych znajomych staje się początkiem gorącego uczucia i na przekór sceptycznym przyjaciółkom, zazdrosnej ex-dziewczynie czy apodyktycznym rodzicom przeradza w miłość jak z bajki. Jeśli jeszcze dodać do tej historii szczyptę budujących napięcie zwrotów akcji (jak niespodziewane rozstanie), okrasę z melancholii (spacery w deszczu) i odrobinę świeżo wyciskanych łez, to wyjdzie z tego dobrze wypieczona komedia romantyczna. O kuszącym zapachu i smaku, który pamiętamy z czasów, gdy panaceum na złamane serce było litrowe pudełko lodów waniliowych i zapętlony seans „To właśnie miłość”. Taka, która rozbije bank box office.

W rzeczywistości jednak komedie romantyczne przypominają bardziej deser z McDonald’s, niż ręcznie robione makaroniki z paryskiej pâtisserie. Nie w tym rzecz, że brak im wyrafinowania. Chodzi raczej o standaryzację, która w przypadku tego rodzaju kina ma kluczowe znaczenie. Niezależnie, czy pod strzechy żółtego „M” trafiamy w Warszawie, Nowym Jorku czy bazie wojskowej Guantanamo Bay na Kubie, chcemy, aby nasz McFlurry smakował wszędzie tak samo. Równie jasne oczekiwania mamy wybierając film z serii komedii romantycznych – liczymy, że seans będzie lekki, zakończenie szczęśliwe, a postaci skrojone tak, żeby łatwo było się z nimi utożsamić. A gdyby trochę namieszać w tym miłosnym równaniu i na przykład zamienić bohaterów miejscami  – jemu oddać to, co kobiece, a jej – to co męskie? Myślicie, że z takiego improwizowanego przepisu może wyjść tylko niezjadliwy zakalec? To przygotujcie widelczyki, bo oto trzy filmowe uczty, które swój niepowtarzalny urok w dużej mierze zawdzięczają odwróceniu stereotypów.

Z Bevery Hills do Notting Hill

Zamiast szklanych pantofelków nosi skórzane mokasyny w rozmiarze 46. Nie mieszka za siedmioma górami, z chciwą macochą i próżnymi siostrami, ale w kamienicy na Notting Hill, z ekscentrycznym Walijczykiem. Nie oddziela grochu od popiołu i nie jest chrześniakiem wróżki – samozwańczej stylistki. Ale czy Willa Thucker nie przypomina Wam odrobinę Kopciuszka? Nie jest to tak oczywiste, jak w przypadku „Pretty Woman” (swoją drogą tylko Julia Roberts mogła w jednym filmie zagrać Kopciuszka, w innym księcia i obie te role wynieść do tak mistrzowskiego poziomu). A to dlatego, że schemat został sprytnie odwrócony. Zamiast muskularnego księcia/biznesmana/szefa włoskiej mafii w skrojonym na miarę garniturze, mamy filigranową aktorkę, „największą z gwiazd Hollywood”. W roli Kopciuszka obsadzono za to nie ambitną blondynkę z amerykańskich przedmieść, a skromnego londyńskiego księgarza. Ale pozostałe elementy bajkowej historii z grubsza się zgadzają.

Tak jak księcia z bajki i zubożałą sierotę, tak ich dzieli w zasadzie wszystko – od rzeczy tak abstrakcyjnych, jak zawodowy prestiż, po tak pragmatyczne, jak Atlantyk i osiem stref czasowych. Ona jest zdystansowaną, pewną siebie karierowiczką. On – sentymentalnym idealistą, który co miesiąc dokłada do biznesu, a kawę z papierowego kubka kupuje na spółkę. Niby szczęśliwi, każdy w swoim świecie, ale tak naprawdę nadrabiają miną. Jego uwiera łatka rozwodnika w emocjonalnym dołku, nieporadnego flegmatyka, nad którym krępująco helikopterują stroskani znajomi. Jej jest niewygodnie z tabunem paparazzi, zawzięcie depczących po piętach. Obojgu doskwiera samotność i oboje nie bardzo wiedzą, jak sobie z nią poradzić. Do czasu, aż wbrew wszelkiemu prawdopodobieństwu, dosłownie na siebie wpadają. Gdyby miłość od pierwszego wejrzenia miała wizytówki, to byłoby na nich zdjęcie Willa w rozchełstanej garniturowej koszuli i Anny oblanej pomarańczowym sokiem.

Nie brakuje też balu. Chociaż salę tronową zamieniono na salę konferencyjną, a rozpasaną szlachtę na dziennikarzy zagranicznych gazet, to obie imprezy mogłoby reklamować hasło „W samą porę”. Tak jak Kopciuszek w ostatniej chwili zdążył uciec z zamku, tak rzutem na taśmę Willowi udało się wyznać Annie swoje uczucia. W pierwszym przypadku deadline mijał o północy, w drugim – w chwili startu Boeinga linii American Airliness.

I tak jak w dobrej bajce, tak i na Notting Hill wszyscy żyją długo i szczęśliwie.

500 dni Lata

Istnieje co najmniej 499 powodów, dla których „500 dni miłości” powali na kolana każdego, kto ma w sobie chociaż odrobinę z romantyka. I co najmniej jeden, dla którego to nie jest kolejna typowa komedia romantyczna. Tu nie tylko zakończenie nie gra, ale i z głównymi bohaterami coś się nie zgadza.

Gdy Tom się zakochuje, to z pompą – na zawsze i na zabój. I równie sugestywnie przeżywa rozstanie. Masochistycznie katuje się wtedy melancholijnymi rockowymi balladami i czarno-białymi depresyjnymi filmami Nowej Fali. Jest na wskroś uczuciowy i sentymentalny. Wierzy, że tylko prawdziwa miłość będzie go w stanie uszczęśliwić. Wystarczą skrawki (small talk w windzie czy spontaniczny pocałunek przy kserokopiarce), a w głowie Toma już rozbrzmiewa marsz weselny. Gdyby tylko trafił na którąkolwiek bohaterkę klasycznej komedii romantyczniej, to miesiąc po pierwszej randce zapraszałby kumpli na swój ślub. Ale miał tego pecha, że trafił na Summer – dziewczynę o pragmatycznym podejściu do życia, która nie wierzy ani w instytucję małżeństwa, ani w sens w ogóle jakiekolwiek formy zaangażowanej relacji. Ma jasno sprecyzowane oczekiwania – nie chce wchodzić w poważny związek. I nie tylko się z tym nie kryje, ale przy pierwszej lepszej okazji wykłada kawę na ławę. Zgadzasz się na moje warunki? Super. Nie? Lepiej od razu przestańmy się spotykać. Żadnego mydlenia oczu, emocjonalnych monologów, wybuchów zazdrości i kompulsywnego objadania się czekoladą. Bólu rozczarowań, złamanego serca, policzków opuchniętych od płaczu. Czyli standardowego pakietu, którym obdarza się bohaterkę romantycznej komedii. Ale ani taki zabieg, ani nawet brak klasycznego happy-endu nie ujmują tej produkcji nic z uroku. Przeciwnie – nadal jest słodko, ale nie aż tak, żeby mdliło.

Pastereczka nosi spodnie. Toy Story 4.

Ekipa Chudego już nie raz pakowała się w kłopoty. Tym jednak razem to dzielny kowboj jest damą w opałach. A dziewczyny rządzą historią. To do Pań należy scena.

Złą stroną, bossem gangu który terroryzuje inne zabawki, jest porcelanowa laleczka. Równie urocza, co demoniczna. Przypomina powściągliwego, dystyngowanego geniusza knucia, którego stoicki spokój przyprawia o jeszcze większe ciarki. Zimnokrwista, ale i charyzmatyczna, podporządkowuje sobie wszystkich dookoła. W szranki z nią staje inna ceramiczna figurka – blondwłosa Pastereczka. Po kruchej i bojaźliwej Bou, która do tej pory nieśmiało zerkała z ekranu, nie ma jednak śladu. Zmuszona do życia na ulicy, staje się nieustraszoną i zaradną szefową imponującej zabawkowej bandy. Kremplinową balową suknię zamienia na wygodny kombinezon, a koronkowy czepek na zdecydowanie bardziej praktyczną (ale nadal różową) opaskę. Nie rozwodzi się nad poprutą halką czy oczkiem w rajstopie. Stłuczone ramię? To nic, sklei się taśmą.

Obu porcelanowym dziewczynom bliżej do Jamesa Bonda niż bohaterki Rozważnej i romantycznej.

Anna zarabia więcej niż Will. Bou jest odważniejsza od Chudego. Tom jest bardziej sentymentalny niż Summer.

Czy przez to ich historie są mniej czarujące?

 

tekst: Ola Garlej

Share this post

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

PROPONOWANE