Tam, gdzie nie mogę już zadzwonić

Jacek Chmura
Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Chciałbym nie przesadzić, ale to raczej niemożliwe. Lata trzydzieste dały nam zupełnie niezłych ludzi; te kolejne, które nastaną już wkrótce zapewne też przyniosą ze sobą godne uwagi postacie: mesjaszy, poetów, skoczków narciarskich i bardzo uprzejmych restauratorów. W lutym, kiedy na właściwej wysokości grupują się chmury, by posypać nas proszkiem jak gaśnica, potężne umysły na chwilę odrywają się od przykrych, zawiłych spraw, szukając wspomnień ze staruszkami w tle. Choć nie umiem płakać na żadnych pogrzebach, wiem, że gdy przyjdzie znów zima, a później przybierze na sile, sprzątając po obiedzie, czy gasząc światło w łazience, zobaczę w mej głowie pełen tragedii obraz kobiety, co miała tak ładnie na imię.

Nie była jedną z tych osób, co idą przez życie skupione tylko na odgłosie swych kroków, nie była ani biedna, ani bogata, nie miała w sobie nic z marzyciela i nic z oszusta, jakich teraz pełno. Była człowiekiem, jakim każdy z nas powinien być – ale jakoś nam to nie wychodzi. Miała też srebrne oczy, z czego zdałem sobie sprawę dopiero pod koniec jej życia.

Reklama

Gdy inni zachowywali się gorzej niż najgorsze ćpuny Holandii, ona była aż przesadnie – patrz wyżej – ludzka, pomocna ponad wszelką miarę, jakkolwiek byśmy tej cechy nie definiowali. I choć własna rodzina w poważnym nałogowym szale wypraszała ją za drzwi, uciekała się do przemocy, posyłając ją na ziemię i nie raz wybierała jej numer, by skląć ją dotkliwe, to ona, odporna na wszystkie te rażące przykłady ludzkiej słabości, wciąż i wciąż otwierała swe serce, szczególnie zaś dla tych bestii, co ściągają na nas tylko wstyd, pomału zmieniający się w niezmywalne piętno.

Dzisiejszy dzień, podobnie jak cały tydzień miło się do mnie uśmiechał, co przecież człowiekowi wychowanemu na problemach zbyt często się nie przydarza. Jeśli to pomoc zza grobu, muszę ją przyjąć – ostatnie czego bym chciał to stawiać się komuś, po kim zostały gęste wspomnienia, zdolne wypełnić wszystkie wolne chwile, jakich jeszcze zdołam doświadczyć.

Lecz świat nie zrezygnuje nigdy ze sprawdzania nas. Choćbyśmy osiągnęli to, czemu poświęcamy sporą część naszej mocy intelektualnej – ten upragniony stan posiadania – zaraz spadłoby na nas takie nieszczęście, że z miejsca, dla powrotu starego porządku, gotowi bylibyśmy wyrzec się wszystkiego, pozostały dług spłacając jeszcze własną krwią. Sinusoida jakoś to wszystko obrazuje, ale to takie uproszczenie, gdzie dołki są zbyt płytkie i rzadkie, a szczyty wydają się za gładkie, jak na materię, z której ktoś ulepił szczęście. Nigdy nie czekam w napięciu, aż los mnie dorwie, nie wystawiam mu się łatwo, nie uciekam też tam, gdzie ktoś lub coś jakoś będzie mnie chronić. Staram się poddawać testom rozważnie, siebie, czyli człowieka, który z biegiem lat musi wydawać się innym coraz bardziej pogłupiały, z każdym miesiącem silniej polegający na swym szaleństwie i każdego dnia skuteczniej zapominający o tym, czym właśnie jest rozwaga.

Skończyły się historie o spacerowaniu po torach i zjawach, które nie przerażają, lecz są po prostu częścią wymiaru, w którym żyjemy. W jednej z nich pociąg obiegający przedwojenną wieś zbliża się bezgłośnie do dwóch dziewczynek, które w samą porę zostają ostrzeżone przez chłopcoducha, jaki rozpływa się równie prędko, jak wcześniej się zjawia. A kiedy indziej: zakrwawiony żołnierz w starym mundurze powieszony na latarni, rozmawia z nią rzeczowo i jest dla niej równie prawdziwy jak śliniący się, ujadając pies prowadzony na smyczy. Tradycyjnie już prędzej niż telefon od rodziny, informowała nas o śmierci jednej, czy drugiej ciotki i wiedziała, zawsze wiedziała, kiedy wpadnę do niej z nie zaanonsowaną wizytą. Choć mogłem się czuć, jakbym przy każdym spotkaniu oglądał na nowo Big Fish-a, miałem do niej prawie pełne zaufanie, największe zaś w sprawach, jakie mogły zostać naświetlone tylko w Nie do wiary.

Jeśli mam zostać za coś osądzony – za wariactwo, abo przeciwnie, za zbyt mocne chwytanie się faktów, bo przecież „im bardziej życie wydaje się człowiekowi podłe, tym bardziej czuje się on do niego przywiązany” – niech zrobią to szybko, wymyślając sobie jakiś barwny pretekst, który nieźle będzie wyglądał w ewentualnej biografii. Zgodzę się z każdym oszczerczym słowem, przyjmę karę jak przystało na kogoś naprawdę głęboko poruszonego etycznymi następstwami swej zbrodni, byleby tylko nie wzięto mnie za Meursaulta. Choć łzy nie płynęły, choć nie dałem nikomu wejrzeć do mego środka, to sam doskonale wiem, że już do ostatniego dnia, który albo spróbuję dobrze przeżyć, albo po prostu zwyczajnie zmarnuję, będę miał w środku wyrwę, wielką wyrwę powstałą w momencie kompletnego zaniku jej pamięci.

Reklama