Stodoła Kultury i Sztuki – okiem wszystkożernego redaktora z miękkim pośladkiem

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Druga edycja nieokreślonego bytu ontologicznego jakim jest Stodoła Kultury i Sztuki już za nami. Co się udało? Co trzeba poprawić? Jak bawili się wszyscy? Na te i wszystkie pytania odpowie na pewno ktoś inny. Ja pozwolę sobie na osobiste odczucia, które towarzyszyły mnie podczas pobytu w Łążku Garncarskim.

Nasze wtargnięcie w przestrzeń festiwalową, gdyż tak należałoby to nazwać, zostało przyjęte ciepło, nie tylko z uwagi na wszechobecną pozytywną atmosferę, ale także zupkę-krem, którą to otrzymaliśmy na przywitanie. Otrzymaliśmy także informację, że zasadniczo wszystkie posiłki będą wegetariańskie, co moi współtowarzysze przyjęli z uśmiechem, ja natomiast jako zadeklarowany wszystkożerca musiałem obejść się smakiem wiejskich wędlin. Zacząłem też snuć teorie na temat artystycznego wegelobby, bo w celu nie urażenia wegetarian, urażono moją wszystkożerność, a przecież ludzie jedzący wszystko też mają marzenia! Ale nie mówiłem o tymi nigdy głośno nikomu. To mój coming out swego rodzaju.

Po posiłku, musieliśmy szybko przygotować się, gdyż zostaliśmy zaangażowani do przeprowadzenia rozmowy z artystą-rysownikiem, mówcą motywacyjnym i ogólnie fajnym gościem, Mariuszem Kędzierskim. Mariusz urodził się bez rąk, czym wprawił mnie w zakłopotanie, bo choć nie dotknęła mnie taka przypadłość i tak bazgram bez polotu. Odbijam sobie tym, że na pewno mam inne talenty i to wcale nie znaczy, że jestem bezwartościowy. Umiem na przykład ruszać uszami, a sztuka to piękna, choć zapomniana.

Był to zresztą dodatkowy stres dla mnie, gdyż okazało się, że nie jest to li tylko wywiad, ale swego rodzaju spotkanie autorskie, którego to nigdy nie prowadziłem. Zrobiłem więc co umiałem najlepiej, czyli ściemniałem i zmieniałem konwersację na tematy, o których coś wiem. Powiedziano mi, że wyszło dobrze, więc po raz kolejny dzięki kłamstwu i blagom uniknąłem totalnego blamażu.

Po spotkaniu z Mariuszem udałem się na spoczynek, którego jednak nie ukończyłem, gdyż niestety, moje miękkie pośladki nieprzyzwyczajone do wiejskich warunków skutecznie uniemożliwiły mi dobre ułożenie się na materacu przypodłogowym. Złośliwi twierdzą, że to masa tak przyciskała mnie do ziemi, ale zostawmy złośliwości na później. Po godzinie 17, gdzie uraczono nas wege-obiadkiem (wciąż ból pośladków), udaliśmy się na dramatyczne czytanie dramatu Mrożka w stodole. Zastanowiło mnie, że choć sztuki tego rodzaju mogłyby się wydawać dla kogoś nieobytego z tego rodzaju aktywnością, li tylko głupią błazenadą, lokalna społeczność licznie wpadła, by wspólnie oglądać popisy Modesta i spółki. Jak gdyby, to źródło w człowieku co bije i wychyla się do artyzmu wszelkiego rodzaju, istniało niezależnie od jego dostępności w najbliższym otoczeniu. Jak gdyby było to nieoczywiste.

W każdym razie, po spektaklu odbyło się bailando. W osobie mojej może trochę mniej, ale, co warto podkreślić, z zachowaniem odpowiednich warunków sanitarnych i odpowiedniego odstępu. Wyglądało to mniej więcej tak, że choć chłopcy i dziewczęta chcieli bawić się wspólnie i, jak to mają w zwyczaju, w bliskiej odległości, odstęp powodował ekwilibrystyczne przerwy między nimi, a także wybuchy kreatywności. Na ten przykład, podrywana dziewoja, która chciała, ale trochę nie, w odstępie półtora metra i z maseczką tańcowała w kółku, a jej adorator, jak ten ruski tancerz, skakał wokół niej śmiejąc się i dokazując, a także prezentując swoje atuty męski w postaci muskułów i znajomości łacińskich paremii. 2w1 jak na promocji.

Podczas owego bailando miałem również okazję porozmawiać z Modestem, którego nazwisko niezmiennie doprowadza mnie to lingwistycznego żartu, którego powtarzać nie chcę, bo wstyd. W każdym razie, zapytałem go o zasadniczy cel tego zebrania się dusz w tak dalekiej odległości od miejsc zamieszkań różnorakich. Odpowiedział mi podówczas, że właściwie – to jest dla nas. Po to, by być tu, by tu przebywać. Owa filozoficzna odpowiedź wprawiła mnie w zadumę. Po czym dodał – chciałbym, żeby ludzie tu przyjeżdżali, żeby namalować obraz. Napisać scenariusz. Być.
I może właśnie o to chodzi. By być poza.

Drugi dzień upłynął podobnie jeśli chodzi o jedzenie (wege ból pośladków)(tak naprawdę mnie to nie przejęło aż tak)(właściwie wcale). Podobnie jeśli chodzi o aktywności, również i tego dnia, o czym zapomniałem wcześniej wspomnieć, odbył się cykl warsztatów. Były to warsztaty ruchowe typu capoeira i joga, warsztaty malarskie typu malowanie oraz warsztaty wokalne typu śpiew. Na żadnym z nich nie byłem, więc nie mogę ocenić jakości, ale ludzie wydawali się być zadowoleni. Co chwilę ktoś śpiewał, ktoś coś malował albo robił spontaniczne salto brazylijskie nad moją głową, żeby sięgnąć coś z półki pod sufitem. Standardowe rzeczy.

Mieliśmy też okazję porozmawiać z Mirosławem Zbrojewiczem, słynnym Gruchą z chłopaków co nie płaczą, ale także aktorem teatralnym. Dłuższy materiał w temacie już niedługo. Okazało się, że jedyna różnica między nami to ta, że, jak sam twierdził, jest 27-latkiem w ciele 90-latka. Ja natomiast odwrotnie, 90-latkiem w ciele 27-latka. Dlatego pewnie tak dobrze się dogadywaliśmy. Oprócz Mirosława, spotkaliśmy także Marcina Januszkiewicza (nie mylić ze znanym skądinąd Ranuszkiewiczem), który to uchylił rąbka tajemnicy songwritingu. Dowiedzieliśmy się m.in., że on właściwie nie wie jaka będzie płeć wykonawcy. Zasugerowałem, żeby może przemycał co jakiś czas cechy wskazujące dla żartu, na przykład – gdy mój sygnet wkręcam w twój piersiowy włos, ale nie wiem czy podchwyci ten pomysł. Podchwycił jakkolwiek koncert, na którym Marcin śpiewał piosenki własne i cudze. Niewątpliwie, jest utalentowaną bestią, co jednak najbardziej mnie cieszyło to jego ekstatyczne wypady w przód oraz w tył podczas melodykowania. Zresztą, zawsze ekscytują mnie najbardziej rzeczy ekscentryczne.
I tym właściwie zakończyliśmy nasz pobyt w Łążku Garncarskim na terenie Stodoły Kultury i Sztuki, gdzie przyjęto nas, jak już wspominałem ciepło. I na pewno ciepło będziemy wspominać artystów, którzy mimo niekorzystnej sytuacji robią, miast nie robić. Jak to zresztą orzekł Modest, trzeba być. Więc bądźmy.

P.S.

Dla wszystkich wszystkożerców – pamiętajcie, by nigdy, ale to przenigdy nie mieszać serów i cytrusów. Gwarantowane zwolnienie lekarskie, a teraz nawet w domu się nie chce siedzieć przecież.

Reklama