BÉRÉNICE MARLOHE: Z samego bliska

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Gościem Grzegorza Kapli jest zjawiskowa Bérénice Marlohe, gwiazda nowego filmu Lecha Majewskiego „Dolina Bogów”, który już 21 sierpnia trafi do polskich kin. Z aktorką rozmawialiśmy podczas Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni.

Bérénice, jesteś tu, by wspierać promocję najnowszego filmu Lecha Majewskiego „Dolina Bogów” o ziemi i bogach Indian Navajo.

Zgadza się, wczoraj po raz pierwszy miałam okazję go obejrzeć, to zupełnie wyjątkowy film, i nie mówię tego dla samej promocji. Ostrożnie wybieram projekty, w które się angażuję, a przekonał mnie tym, że był inny – to film łączący w sobie pewną duchowość, wyobraźnię i rzeczywistość. Jednocześnie kwestionuje społeczeństwo, nasze wybory i działania, i spaja to historią Indian plemienia Navajo. Dla mnie to niesamowite, że film łączy w sobie wszystkie elementy, które są ważne w obecnym świecie. Istnieje wiele warstw egzystencji, a Lech Majewski kształtuje naszą świadomość na temat rzeczy doczesnych i, tak jak wspomniałam, kwestionuje współczesne społeczeństwo – dlaczego jesteśmy tutaj jako ludzie. Zadaje wiele pytań, które mi osobiście wydają się szalenie istotnie. To było niesamowite uczucie mieć okazję pracować z takim artystą jak Lech Majewski, który stworzył wyjątkowy film, kreujący świat, który nie jest porównywalny z tym, co już znamy, który nie ma odzwierciedlenia w tym, co widzimy na co dzień.

Reklama

 Jak to się stało, że stałaś się częścią tej produkcji? Słyszałem, że jeszcze przed filmem „Skyfall” miałaś sen, że będziesz grała z Javierem Bardemem.

To zabawna historia. Naprawdę wierzę w sny, w to co niewidoczne. Wierzę, że jesteśmy w stanie coś stworzyć, a tworząc stajemy się odpowiedzialni za swoje dzieła i to czyni nas silnymi. Są ludzie, których przeraża branie spraw w swoje ręce, uważają, że to dziwne. W rzeczywistości, kiedy bierzesz odpowiedzialność za rzeczy czy sytuacje, to odzyskujesz moc ich tworzenia. I tak było ze mną, kiedy już lata temu chciałam być aktorką, ale ciągle trwały przygotowania, ciągle nie byłam na to gotowa. I któregoś razu w Los Angeles, zaraz przed zaśnięciem pomyślałam sobie o tym, co mam zrobić dalej ze swoim życiem zawodowym, o agencie i tym podobne. Chwilę potem zasnęłam i na krótką chwilę przyśnił mi się Javier Bardem. Ja nigdy nie śnię o żadnych aktorach! Oczywiście wiedziałam kim jest, a gdy się obudziłam miałam takie poczucie, że to nie był zwykły sen. Czułam się taka obecna w danym momencie, połączona ze wszechświatem, i nie, nie brałam żadnych środków (śmiech). Wydawało mi się, że to był jeden z tych wyjątkowych snów, które czasem mamy, a nie zawsze zwracamy na nie uwagę . Takie sny mówią nam o czymś istotnym.

Więc już wtedy byłaś pewna, że któregoś dnia zagrasz z Javierem Bardemem?

Zupełnie nie! Pomyślałam, że to zabawne, ciekawe, i po prostu wróciłam do swojego życia. Po dwóch latach dowiedziałam się o castingu do roli, więc wysłałam moje portfolio do wszystkich ludzi z branży, których znalazłam w Internecie. W ostateczności dostałam tę rolę i usłyszałam: „Javier Bardem będzie twoim partnerem”. I wtedy, po dwóch latach przypomniałam sobie o moim śnie i pomyślałam: „wow, świat jest naprawdę super!”.

A Lech Majewski również ci się przyśnił?

Z nim było inaczej. Naprawdę wybiórczo podchodzę do ról. Po „Skyfall” długo czekałam na odpowiednią propozycję. Dostałam ich kilka, ale chciałam czegoś wyjątkowego, dziwnego i oryginalnego, jak sztuka. I Lech Majewski naprawdę jest artystą, bo nie ma znaczenia czy to obraz czy utwór, sztuka powinna budzić w nas coś nowego, coś co dostrzegamy nieświadomie, jak Katharsis, pozwalać na nie do końca zrozumiałe duchowe przeżycie. Takie, które pozwala ci poczuć wzruszenie, które wpływa na ciebie, aż to uczucie zostaje z tobą, pozwala ci żyć bardziej, pełniej. Tak właśnie widzę sztukę. Dla mnie bardzo ważne jest znalezienie takich projektów, a jest to bardzo rzadkie. Większość z nich to Hollywodzki mainstream. Tak więc ominęłam wiele produkcji, aż któregoś dnia dostałam od mojego agenta scenariusz filmu Lecha Majewskiego. Już sam fakt, jak wyglądał, wzbudził moje zainteresowanie, bo zwykle skrypty to suchy tekst, książka. Ten miał wspaniałe obrazy, ilustracje góry Navajo, zamków, krajobrazów. Więc moje pierwsze wrażenie było bardzo pozytywne, pomyślałam, że to naprawdę oryginalne. W dodatku nigdy wcześniej nie czytałam czegoś podobnego, tekst poruszał tematy, które uwielbiam – kwestie życia, społeczeństwa, pytanie czy jest coś poza tym, co widzimy na co dzień, ale też jakie są nasze super moce, nie tylko zachowania, do których nakłania nas społeczeństwo „możesz zrobić to, tamto, iść do pracy, spać…”

Wejść na Instagram…

I wejść na Instagram! Którego nawet nie posiadam, jak jakiś ostatni dinozaur. Ważne jest, żebyśmy wiedzieli, kim jesteśmy. I niekoniecznie podążali za tym, co robią inni, tylko po to, by się do nich dopasować. Piękno istot ludzkich polega na byciu różnym, wyjątkowym. Każdy z nas ma swoją wizję życia, inny gust…

Zupełnie różne światy – każdy człowiek to jedyny w swoim rodzaju wszechświat.

I na tym polega piękno człowieka, wszyscy jesteśmy różni, z różnym spojrzeniem na pewne rzeczy, niepowtarzalnymi osobowościami. I to jest właśnie ważne, by to dostrzec. Czasami wydaje mi się, że świat staje się taki jednolity. A przecież chodzi o to, żeby inni nie wywierali na nas wpływu, żebyśmy byli sobą, byli wolni. I w tym filmie pojawia się bardzo wiele takich istotnych wątków. Jest to utwór artystyczny, więc każdy ma możliwość własnej interpretacji. Ale dla mnie jednym z najważniejszych zagadnień w nim poruszanych jest wolność. Czy naprawdę jesteśmy wolni tylko dlatego, że nie mamy kajdanek na nadgarstkach?

Ale przecież mamy Instagram, mamy Facebooka, mamy Internet, nie jesteśmy wolni. Stale musimy być do czegoś podłączeni.

Dokładnie tak jest. Bo najpotężniejsze więzienie, to te, którego ścian nie widzimy. Więc to szalenie istotna kwestia. Dla mnie to bardzo ważne, by czasami zadać sobie pytanie, kim jestem, żeby porozmawiać z samą sobą: „czy jestem wolna, czy naprawdę robię to co lubię, co nadaje mojemu życiu sens, czy po prostu próbuję się dopasować żeby być lubiana, kochana?”. I też ludzką rzeczą jest potrzeba by być kochanym, ale ważne jest by nie zapominać kim i jacy naprawdę jesteśmy. Tak żeby pozostać naprawdę wolnym człowiekiem. I uważam, że to jest kluczowe w dzisiejszych czasach. Pewnego dnia przeczytałam zdanie wybitnego poety – Charlesa Bukowskiego: „Niewolnictwo nigdy nie zostało zniesione, po prostu zostało rozciągnięte na wszystkie kolory”. Pomyślałam, że to ciekawe stwierdzenie, ale nie rozumiałam go, aż do teraz. Bo najważniejsze to dostrzec, że więzienie istnieje, nawet jeśli go nie widzimy i wtedy ma nad nami największą moc. Bo wydaje nam się, że jesteśmy wolni, ale czy tak jest naprawdę? Czy mamy poczucie wolności, bo możemy wybierać spośród 50 smaków lodów?

Mamy wolny wybór. Ale czymś innym jest bycie wolnym jako człowiek.

Różnica pomiędzy wolną wolą a wolnością.

Zmieniając temat, film był kręcony na green screenie, a Ty poruszałaś się po wyznaczonych, żółtych kropkach. A czy miałaś okazję podczas zdjęć zobaczyć Polskę, jakieś jej rejony?

Niespecjalnie, ponieważ mieliśmy bardzo napięty grafik. Właściwie tylko jednego dnia udało mi się pozwiedzać odrobinę Warszawę i jestem wielką fanką jej architektury. Uwielbiam miasta z duszą, starymi murami i historią. Ludzie również są wyjątkowi. Byłam w Rosji i w Polsce, miałam wrażenie, że ludzie są tacy autentyczni, mili, a przy tym naturalni. Nie tak jednolici, jak np. wtedy gdy mieszkałam w Stanach, a wszyscy chcieli wyglądać jak z reklamy. Uwielbiam te kraje, bo dają mi poczucie, że jest jeszcze w ludziach taka prawdziwość, autentyczność.

Reklama

Jak u plemienia Navajo.

Tak, jak u Indian Navajo. To wspaniały i piękny element filmu. Naprawdę wierzę, że to w jaki sposób widzimy, odbieramy historię, zależy od tego, co nam opowiedziano, co przeczytaliśmy. Dlatego tak ważne jest, by samemu poszukiwać, by zanurzyć się w stare, antyczne mądrości. Aztekowie, plemię Navajo, dawne dzieje Afrykańczyków… wszystko co związane z historią. Nadal mamy tak wiele do odkrycia, jeśli jesteśmy ciekawi skąd jesteśmy, jak to się stało, że jesteśmy tu, gdzie jesteśmy.

I dokąd zmierzamy.

I dokąd zmierzamy, ale to akurat zależy od nas samych. Na to mamy wpływ.

Wracając do filmów komercyjnych. Muszę zapytać, bo przecież znasz Jamesa Bonda osobiście…

Znam, to prawda!

… więc może wiesz jakie wyzwania czekają na niego w kolejnej części?

Co się wydarzy? Nie mam pojęcia.

To może zadzwoń do niego?

Chcesz żebym zadzwoniła do niego, a potem wszystko tobie opowiedziała? (śmiech)

Tak właśnie, czasem dobrze posiadać wiedzę. Dobrze wiedzieć. I dobrze wiedzieć dokąd zmierzamy. Bérénice Marlohe, dziękujemy bardzo.

 

Wywiad został przeprowadzony w związku z premierą kinową filmu “Dolina Bogów”, którego premiera zaplanowana została na 21.08.

Reklama