Etiopia. Spojrzenia

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Poznawanie świata zawdzięczam głównie Kapuścińskiemu, Terzani’emu czy też Robertowi D. Kaplan. Oczywiście, jest także wielu innych autorów, którzy dzięki swoim otwartym umysłom, odwadze oraz wielkiej ciekawości na drugiego człowieka poświęcali swoje życie, aby podarować nam świat, którego nigdy nie zobaczymy. To ambasadorzy wielkiej empatii, wrażliwości na niezauważalne dla większości piękno drugiego człowieka.

To także poeci czasu i władcy nieśmiertelności. Swoje miesięczne, kilkuletnie wędrowanie potrafią zmieścić na kilkuset stronach, które czytamy w ciągu jednego lub dwóch dni.

Sposób ich narracji fascynuje mnie, w mojej głowie buduję obrazy, czuję zapachy odległych czasów. Taka powinna być literatura. Zupełnie odwrotnie jest w przypadku fotografii, która wedle mojej percepcji winna budować głównie odczucia i dopiero po nich także słowa. Chciałbym móc poczuć fotografię i napisać o niej więcej niż dwa zdania pod wpływem odczuć, które mi dostarcza. Chciałbym opisać emocje obrazami, jak nieliczni eseiści życia.

Próbuję się skupiać na odczuwaniu, to zaniedbany obszar duszy człowieka Zachodu i mnie.

 
Reklama
 
Reklama

Przecież od tego się zaczęło, jest to swego rodzaju powrót do korzeni. Człowiek, który pozwala sobie na odczuwanie, żyje.

Dlatego też uciekam, wsiadam w samolot i lecę, zazwyczaj bez większych planów, tak, aby skupić się na tym, co mnie dotyczy w danej chwili. Siedząc w torbie Ryszarda Kapuścińskiego podczas jego pobytu w Addis Abeba, pytam siebie jak wyglądają ulice tego miasta teraz, jacy są tam ludzie? Wiem już, że to będzie moje pierwsze miejsce na nowym kontynencie. Nie wiem tylko jak mój obraz zbudowany na książce „Cesarz“ będzie się różnił od tego, co spotka mnie na miejscu.

Afryka wita mnie ciemną nocą, jest kilka minut po drugiej. Byłem jedyną osobą, po którą nie przyjechał nikt. Zastanawiam się jak Kapuściński lądował o tej godzinie, gdzie poszedł, czy ktoś po niego przyjechał? To był chyba 75’. Nie było smartfonów, nie miał google maps.

Jaką odwagę miał ten człowiek, aby tutaj przylecieć w  czasach głodu i tyrani Haile Selassiego. Moją niepewność wykorzystuje tutejszy naganiacz. Przekonuje mnie, abym nie wychodził, bo jest niebezpiecznie. Praktycznie siłą przytrzymuje mnie na lotnisko w swoim „kamerliku“, próbuje sprzedać mi wycieczkę, ale korzystam tylko z korzystnej, ale nielegalnej wymiany waluty. Zamieniam wszystkie dolary, mając spory plik birrów na kilka kieszeni.

Po trzech godzinach udaje mi się wymknąć z lotniska, wykorzystując chwilowe zniknięcie faceta.

Wyszukuję pierwszy hostel i biegnę. Kilka kroków po gorącej ziemi to mój pierwszy kontakt z uzbrojonym w AK-47 żołnierzem. Później ten widok nie robi już na mnie wrażenia. Mam przed sobą ponad godzinny spacer przy wschodzącym słońcu Afryki. Lepszego debiutu nie mogłem sobie wyobrazić. Mijam złomowisko, które okazuje się być miejscem, w którym mieszkają ludzie. Co chwilę jakieś blachy odsłaniają się i wychodzą duchy. Kończy się asfalt, zaczyna zwykła ziemia.

Nie wątpię w siłę google maps, na pewno gdzieś dojdę, chociaż okolica nie wskazuje na to, podobnie zresztą jak rozkładające się zwłoki krowy, które szarpią moją pewność siebie. Dodatkowo, po drodze łapię jeszcze dziesiątki spojrzeń z zakrytymi głowami. W końcu docieram do Gerji, gdzie spędzę kolejne 2 tygodnie, poznam wspaniałych ludzi i sfotografuje dwa śluby. Zaszywam się w swoim pokoju i zasypiam. W środku jednak dziwna niepewność i jakiś lęk.

Te uczucia towarzyszą mi przez kolejne dni. Źle się czuję, mam tylko parę zdjęć. Czuję nietolerancję. Spojrzenia lokalsów uderzają we mnie, boję się. Zaczynam rozumieć co czuje człowiek o ciemnej karnacji w naszym kraju. A może przesadzam, może jestem zwykłym pieprzonym rasistą, a nie wiem o tym. Może jestem ksenofobem? Dlaczego nie? Przecież urodziłem się i wychowałem w środowisku, społeczności w której słowo sex ma większy status tabu niż „murzyn“ „czarny“. Mieszkam w kraju, w którym bożyszcze boksu udziela wywiady, w których twierdzi, że czarnego nie da się lubić. I nikt nie reaguje.

Z moich dziennych wyjść przynoszę fotografie spojrzeń.

Twarze, które patrzą mocno, niepewnie w moim kierunku. To mnie przeraża, nie wiem co robić.

Spoglądam przypadkiem w lustro i przerażam się jeszcze bardziej. Widzę to samo spojrzenie co na fotografiach. Te same oczy, ta sama niepewność i strach przed czymś nowym, nieznanym.

W tym momencie nie odpuszczam, wychodzę i zostaję dłużej wśród ludzi. Zostaje tak długo, aż strach przeradza się w uśmiech. Zaczynam od siebie, mam nie tylko otwarte serce, ale odchodzi lęk.

Na własnej skórze doświadczam co oznacza strach przed nieznanym i jak bardzo zgubne jest ocenianie ludzi, nie patrząc wpierw w głąb siebie.

Poznaję wspaniałych ludzi, osiągam swój cel, fotografuję dwa śluby. Decyduję się pojechać dalej, na południe. Do kolejnych nowych nieznanych mi osób.

Nieznanych wcale nie oznacza, że niebezpiecznych.

Dokładnie takich samych jak ja.

Reklama