Rzeczy osobiste

Jacek Chmura
Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Kiedy tylko zobaczyłem to niebo, mogące lada chwila runąć na dachy, których z pewnością nie ochronią wystające kominy, przypomniałem sobie o dniach dawno utraconych, toczących się w czasie napawającej nadzieją dekady, której zakończenie zbiegło się z moim jednak niezbyt udanym wejściem w dorosłość.

Drewniany parapet, spęczniały od regularnie przelewanych kwiatków odgradzał moją chudą – wytykaną przez rodzinę przy każdej okazji – pierś od zimnej szyby nieszczelnego okna. Opierałem jednak na niej głowę tak, jak robiłem to w rozhuśtanych autobusach, w tych domowych przypadkach obserwując czasem spadające błyskawice i zakrzywiony lot jaskółek. Za moimi plecami była ściana, na której wisiał ciemny, przedstawiający kanciastą wyspę obraz, głębiej zaś, za tym wytapetowanym murem znajdował się drewniano-ceramiczny przedpokój – wąski korytarz, łączący, jakby nie patrzeć, dwa światy. W tym innym pokoju, gdzie balkon co roku rozkwitał czerwienią, pasując nieco do barwy boiska, spali osobno ci, którzy mocno żałowali, że los sam podjął decyzję ich łącząc. I chyba rzeczywiście trzeba mocno wierzyć w coś, do czego bardzo głupio się przyznać, by sądzić, że tyle lat wulgarnego pijaństwa nie zdołało zniszczyć wszystkich pozytywnych punktów styku między nimi.

Reklama
Advertisement

Na podłodze wylegiwał się dywan – siedlisko kurzu, jak wciąż powtarzał – który zadebiutował najpierw w jej łóżku, własnoręcznie umieszczony tam przez niego, który – jak powtarzała ona – od dawna widział już białe myszki. Nie raz stałem obok, słaby, przestraszony, nie wiedzący, jaka taktyka doprowadzi do najmniejszych strat; stałem obok, gdy on opróżniał szafy, wyciągając prawie wszystkie ubrania znajdujące się na stanie, rozrzucał letnie i zimowe buty, kopniakami wyrównując tak powstające sterty. Miała tego tyle, że trwało to dłuższą chwilę, a co lepsze kurtki i czapki wkładał na to dziwaczne, brudne ciało, na tę chorą głowę, co gardziła nami wszystkimi – dreptał na ugiętych nogach, boso, robiąc miny, których nigdy, przenigdy nie pokazałby ludziom z baru.

Dziś jestem świadkiem, dla którego nie istnieje na Ziemi sąd, który zechciałby go wysłuchać. Wszelka, najdziwaczniejsza nawet przeszłość to jedynie sprawa między mną a otchłanią, która cierpliwie czekać będzie na moją wizytę. Zresztą, w takich przykrych mieszkaniach przyszło żyć wielu osobom w tym, czy innym mieście. Nie przydarzyło mi się nic nadzwyczajnego, ja tylko dorastałem bojąc się każdego kolejnego dnia o siebie i kupkę swoich rzeczy, jak my wszyscy. Nie, nie byłem biedny, choć czasem na krótko – z powodu jego sumienia – siedzieliśmy po ciemku i bez ogrzewania. Tak, próbował oszczędzać na czymś innym niż picie. Ale rozważając to wszystko nieco dłużej… jestem pewien, że miałem obrzydliwe dzieciństwo. Siedzieć z nim się nie dało, bez niego też było źle – bo przecież musiał kiedyś wrócić, zostawiając klucze w drzwiach, kładąc się na podłodze zaraz przy wejściu, śmierdząc, po prostu śmierdząc.

A czasem za oknem – gdy utrzymywałem się na skraju wersalki, przez opierającą się na moich plecach firanę będąc chronionym przed straszliwymi urokami, rzucanymi przez coraz bardziej wypalający się telewizor – zbierało się na deszcz, po którym jakoś ciągle wszystko zaczynało się od nowa. Lecz teraz już nawet tego nie mogę być pewien – co roku pada jakoś inaczej. Wtedy burzowe wakacje okazywały się chyba jakąś karą – szlabanem w domu za bycie złym synem naprawdę wartościowej matki.

Pamiętam to tak… Nie mam wiele do roboty, nie potrafię jeszcze dobrze czytać książek. W niedzielę pojawiam się w kościele lub stoję gdzieś obok, starając się jakoś nadążyć za rozmowami innych dzieciaków. Nie wrzucam nic, choć czasem dostaję te pięćdziesiąt groszy na ofiarę. Mam dość, gdy ogłoszenia parafialne nieźle się rozciągają. Wracam dłużej niż nawet sam przewidywałem i czuję, że oblepia mnie nieprzyjazna mi wilgoć. To chyba parują kałuże, jakie wypełnił nocny deszcz, który nie pozwolił mi dobrze spać, skazując mnie na kolejny kiepski start.

Jestem już w środku, dziś wygląda spokojnie, dzień płynąc wolno tylko się zgrywa, czekając okazji by nieodczuwalnie przyspieszyć. Wieczór nadchodzi, nie mam zadania do zignorowania, niechlujnych zeszytów pozbyłem się tego roku wyjątkowo szybko. Przymykam drzwi, dziś nie robi tego ojciec, który zazwyczaj idąc do kuchni, nie mogąc znieść mojego widoku, odruchowo zasłania ten pokój. Podchodzę do okna, szukam latających obiektów i myślę o chwilach, gdy w końcu przyjdzie mi żyć według własnego planu.

Reklama