Na granicy bezpieczeństwa – recenzja filmu Babyteeth

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Babyteeth to debiut pełnometrażowy Shanon Murphy, znanej z produkcji hbowskiej „Obsesja Eve”. Reżyserka otwiera sobie drzwi do świata filmowego kopniakiem, jak Obama w zmontowanym filmiku po konferencji prasowej.

„Mleczaki” miały swój debiut na festiwalu w Wenecji, a w sierpniu otworzą 14. Festiwal Filmu i Sztuki Dwa Brzegi. Co więc jest tak niezwykle festiwalowo niesamowitego w kolejnej historii o raku?

Zacznijmy od fabuły, która w opisach na wielu portalach często powiela schematy. „Film opowiada historię chorej nastolatki, która zakochuje się w chłopaku z problemami, co jednocześnie otwiera ją na nowe doznania, jak i przysparza kłopotów jej rodzicom”. I rzeczywiście jest to „historia chorej nastolatki, która…”, jednak sprowadzenie dzieła do tak prostych zdań w żaden sposób nie odzwierciedla charakteru dramatu. Film rzeczywiście korzysta ze schematów, jednakże nie opisuje ich w ten sam schematyczny sposób.

Główna bohaterka, Milla, wydaje się uporządkowaną osobą. Pochodzi z dobrego domu, może się realizować na różnych płaszczyznach, pieniądze nie stanowią problemu. Jednak jej rodzina nie jest jedną z tych konwencjonalnych. Ojciec jest psychiatrą, który faszeruje swoją rodzinę lekami.

Rodzice Milli są po raz pierwszy pokazani właśnie podczas sesji terapeutycznej. Widać, że mają za sobą wieloletni staż małżeński, widać też, że córka w codziennym chaosie wysuwa się na plan pierwszy.

Dziewczyna, natomiast, pojawia się już podczas pierwszych scen. Widzimy ją tyłem, odwróconą twarzą do mknącego pociągu, symbolizującego prawdopodobnie ekspresowy upływ czasu, który jej pozostał. Bez owijania w bawełnę, już wtedy Murphy zdecydowała się ją poznać z Mosesem, czyli nieokrzesanym dwudziestotrzylatkiem, który bez zbędnych ceregieli postanawia wykorzystać znajomość. I w ten sposób wkrada się w życie nastolatki, którą zafascynował swoim nieskrępowaniem oraz nieustraszonością.

Relacja młodych ludzi jest problematyczna nie dlatego, że tłem cudownego romansu jest choroba, tylko dlatego, że to wcale cudowny romans nie jest. Moses kręci się wokół dziewczyny, bo dzięki temu ma łatwy dostęp do leków (a jest to niezwykle przydatne, jeżeli jest się dilerem i narkomanem jedocześnie). Relacja między bohaterami się rozwija, co jest swojego rodzaju zapalnikiem do wyzwolenia dziewczyny, która dotychczas trzymała swoją naturę w narzuconych ryzach.

Film nie sili się na piękne, ckliwe widoki, jak było w przypadku „Now is good” Parkera. Sprawy rodzinne co prawda i tutaj podporządkowują się chorobie, jednak wymykają się spod kontroli w inny sposób. Rodzice zrobią wszystko, aby w ostatnich chwilach życia Milli dać jej jak najwięcej szczęścia – nie są to z pewnością metody wychowawcze przyjęte przez ogólne standardy.

Zdjęcia są bardzo estetyczne, a ruch kamery dostosowany do charakteru wydarzeń (niestabilne kręcenie z ręki podczas przepełnionych emocjami bohaterów przybliżeń). Film przybiera czasem formę barwnego teledysku, jednak forma ta znajduje się tak bardzo na granicy, że przedłużenie niektórych scen nawet o mikrosekundy skutkowałoby katastrofą. Z tego powodu uważam, że uwidocznia się tu debiut reżyserki, która dopiero testuje różne rozwiązania. Może być to jednak nawiązanie do nowych i pierwszych doświadczeń głównej bohaterki, które są również na granicy bezpieczeństwa.

Tak naprawdę każdy z bohaterów ma swój moment, a gra aktorska jest tu na bardzo wysokim poziomie. Film jest podzielony na kilka zatytułowanych rozdziałów, w którym poszczególni bohaterzy mają swoją chwilę. Kilkukrotnie zastosowany zabieg spoglądania wprost do kamery przez Millę, nadaje dozę tajemniczości, a w połączeniu z fenomenalnym muzycznym motywem głównym (Zephyr Quartet ‘Golden Brown – The Stranglers’) sprawia, że dzieło na długo pozostaje w pamięci.

tekst: Katarzyna Paczóska

Reklama