ANYWHERE          TV

Lokalne kumpelstwo

lokalne-kumpelstwo-1

Kiedy miałyśmy po kilka lat, zawieranie nowych przyjaźni było banalnie proste. Nie obowiązywały sztywne towarzyskie etykiety, niepisane zasady, co jest w dobrym tonie, a czego nie wypada. Wystarczyło podejść do dziewczynki (lub co odważniejsze z nas – chłopca), przywitać się, przedstawić i zapytać „chcesz się ze mną pobawić?”. Krótki spontaniczny small talk i już miałyśmy nową kumpelę. Nie zastanawiałyśmy się, czy wyjdziemy na zbyt bezpośrednie albo natarczywe. I co ważniejsze – nie zakładałyśmy z góry, że to będzie jednorazowe spotkanie, pierwsze i ostatnie, albo przeciwnie – że przerodzi się w przyjaźń na lata. Chodziło tylko o to, że zabawa z kimś innym jest o wiele fajniejsza, niż samotne bujanie się na huśtawce. Tylko tyle. Niezależnie od tego, czy takie podwórkowe koleżeństwo kończyło się wraz z obwieszczeniem mamy, że pora wracać do domu, czy znajdowało swoją kontynuację podczas kolejnych spotkań, było dla nas wartościowym doświadczeniem.

Kiedy skończyłyśmy dwadzieścia lat, coś się zmieniło. Nagle poznawanie nowych koleżanek stało się dużo trudniejsze.

Wyprowadziłam się za miasto. Do Warszawy, gdzie zostały wszystkie moje znajome, nie było znowu tak daleko, ale jakoś nigdy nie po drodze były nam niespieszne spotkania w środku tygodnia (takie spontaniczne lunche to tylko w „Seksie w wielkim mieście”). Tym bardziej, gdy jedna z nas (ja) miała półroczne dziecko, a reszta pracowała na pełen etat (każda w innej dzielnicy). Przez pierwsze miesiące po przeprowadzce całkiem skutecznie udawało mi się przekonywać samą siebie, że rozmowa z żywym człowiekiem nie jest mi potrzebna aż do 18:00 (kiedy to z pracy wracał mój mąż). Codziennie rano, pchając przed sobą wózek, dreptałam nieutwardzoną osiedlową dróżką. Do wyboru miałam dwie spacerowe trasy. Pierwsza biegła od drogerii (wiadomo, pampersy), przez główną drogę (drobne sprawunki – poczta, in-post, apteka), aż do miejscowej kawiarni. Druga zaczynała się na bazarku (włoszczyzna od lokalnego rolnika), zahaczała o kiosk i kończyła na gminnym placu zabaw. Niezależnie od tego, którą z opcji wybrałam, za każdym razem mijałam którąś z moich sąsiadek. Wszystkie byłyśmy młodymi mamami, więc nasze spacerowe destynacje zwykle się pokrywały – jeśli nie wpadłyśmy na siebie w sklepie z pieluchami, to wymieniałyśmy się spojrzeniami w drzwiach kawiarni. Znałyśmy się z widzenia tak dobrze, że rozpoznawałyśmy z daleka – czy to po wózku, czy to po oprawkach okularów albo fryzurze. Kurtuazyjne „dzień dobry” nie przeradzało się jednak jakąkolwiek dłuższą wymianę zdań – żadnych  „Jaki śliczny klips do smoczka!” czy „Sprawdza się Pani to nosidełko?”.

Reklama

To nie tak, że wyprowadzka z miasta oznaczała towarzyskie samobójstwo. Utrzymywałam stały kontakt z moimi koleżankami – nadal byłyśmy sobie bliskie i wiedziałyśmy, że w kryzysowych sytuacjach uda nam się ad hoc zwołać babskie zgromadzenie. Ale siłą rzeczy nasza relacja się zmieniła. Z kalendarzy poznikały dziewczyńskie wypady po pracy, wspólne sesje jogi czy spontaniczne wyjścia do kina. Musiałyśmy przestawić się na tryb spotkań zdecydowanie rzadszych, zaplanowanych z dużym wyprzedzeniem. Kiedy już udało nam się usiąść przy wspólnym kawiarnianym stoliku, nie mogłyśmy się nagadać. I co prawda koleżeński głód znikał wtedy równie skutecznie, co głód kofeinowy, ale wracał kilka dni później – gdy znów sama tuptałam polną dróżką w kierunku albo sklepu z niemiecką chemią, albo żółtych skrzynek in-postu. Nie da się po prostu nacieszyć babskim towarzystwem na zapas, tak żeby starczyło do następnego spotkania.

Po pół roku miałam serdecznie dość gadania sama do siebie przez pierwszych dziesięć godzin każdego dnia i udawania, że taka samotność mi pasuje. Wiedziałam, co trzeba zrobić, żeby położyć kres tym milczącym wędrówkom.  Na gorąco, zanim do głosu doszły mój wstyd, nieśmiałość i uprzedzenia, wzięłam się za lokalną integrację. Wykorzystałam podwórkową metodę sprzed dwudziestu lat – bezpośrednią konfrontację, bez owijania w bawełnę. Jak za czasów znajomości z piaskownicy. Podczas kolejnego spaceru, dorównałam kroku energicznej brunetce pchającej spacerówkę ze śpiącym bobasem i po kurtuazyjnym „Dzień dobry” dodałam „Nie zdążyłyśmy się poznać. Jestem Ola, pani sąsiadką z naprzeciwka”. Nie wiem, która z nas była bardziej zaskoczona – czy ja, po raz pierwszy od miesięcy inicjując rozmowę face to face z kimś, kto nie jest moim mężem, czy ona, wybita ze spacerowego rytmu moim piskliwym głosem. Gdy po chwili konsternacji dotarło do nas obu, co się właśnie wydarzyło, zaczęłyśmy najpierw bezpieczny small talk („Jak ci się mieszka w naszym miasteczku?”), po kilku minutach przeszłyśmy do nieco bardziej spersonalizowanej rozmowy („Kiedy planujesz zapisać swoją córkę do przedszkola?”), żeby w końcu, przekraczając bramy bazaru, rozkręcić pogaduchy na dobre („Na studiach mieszkałaś w akademiku? Ja też! Opowiadaj!”). I dopiero, gdy trzeci raz mijałyśmy tę samą drogerię zorientowałam się, że od dwóch godzin chodzimy w kółko. Tak zajęłyśmy się rozmową, że przestało być istotne, gdzie dokładnie idziemy – byle tylko móc zamienić jeszcze kilka słów.

Od tego czasu tuptanie w rytm bujania wózkiem zastąpił sprint za trzylatkiem na biegowym rowerku, nasze sąsiedzkie spacery (nie mówiąc już o rozmowie w ich trakcie) stały się wiec rzadsze, ale nie oznacza to, że lokalne kumpelstwo odeszło do lamusa. Wręcz przeciwnie. Przez tych kilka lat grupa koleżanek-sąsiadek zdecydowanie się rozrosła i objęła swoim zasięgiem w zasadzie każdą dziewczynę z okolicy. Spotykamy się nie tylko na placach zabaw, zaprzęgnięte przez nasze dzieci do budowania zamków z piasku, ale też po „mamowych godzinach pracy”. W należącej do jednej z moich sąsiadek lokalnej galerii sztuki co jakiś czas organizujemy babskie wieczory Do It Yourself (kiedyś nazwałybyśmy je pewnie kołem gospodyń wiejskich). Okazało się, że w okolicy aż roi się od kreatywnych dziewczyn! Asia, architektka krajobrazu, nauczyła nas, jak komponować ogród w słoju. Jadzia, fizjoterapeutka, pokazała podstawy automasażu. Dzięki Zosi, pasjonatce rękodzieła, umiemy zaplatać makramowe torby. A zainteresowanie sesjami jogi, prowadzonymi przez Kaję, było tak duże, że gminne centrum kultury na dwa wieczory w tygodniu postanowiło udostępnić nam swoje sale. Wszystko non-profit, na zasadzie wymiany umiejętności. Na dobre rozhulały się też sąsiedzkie swapy – nowa szminka w jednak niepasującym do skóry kolorze za zbyt pochopnie kupioną w Ikei lampkę. Dwumetrowy fikus za pudło klocków Duplo. Brytfanna ciasta za słoik miodu od babci. Działa rodzicielskie pogotowie – jeśli w niedzielę o 21:00 któraś z nas przypomni sobie, że jej sześcioletnia córka potrzebuje na jutro rano stroju Elzy, jest pewne, że wspólnymi siłami uda się go zorganizować jeszcze przed północą.

W jednym z odcinków „Seksu w wielkim mieście” Mirandzie, bezradnie załamującej ręce nad płaczącym dzieckiem, z pomocą nieoczekiwanie przychodzi sąsiadka. I jakkolwiek perypetie Carrie Bradshaw i jej przyjaciółek nieczęsto pokrywają się z rzeczywistością, to ta sytuacja jest z życia wzięta. Jeśli tylko się rozejrzysz, na pewno dostrzeżesz wokół siebie (może w sąsiednim bloku, a może tuż za płotem) dziewczyny, z którymi uda Ci się nawiązać fajną, wartościową relację. Być może poprzestaniecie na krótkiej wymianie zdań między półkami supermarketu, a być może zostaniecie przyjaciółkami na całe życie. Nie chodzi o to, żeby na siłę szukać lokalnie siostrzanej bratniej duszy, ale o to, że codzienność staje się łatwiejsza, gdy możesz ją dzielić z kumpelką-sąsiadką. Nie obmyślaj planu, nie zastanawiaj się, od czego zacząć rozmowę.

Po prostu podejdź. I zagadaj.

 

Ola Arkuszyńska – Garlej

Share this post

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

PROPONOWANE