Ile kota w Pumie? – czyli nowy/stary Ford w miejskiej dżungli

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Odświeżanie starych modeli to jeden ze sposobów producentów na zwrócenie uwagi klientów na nowy model marki. Często pierwowzór znacznie różni się od aktualnej metamorfozy. Na pierwszy rzut oka, tak samo jest i w tym przypadku. Pamiętacie małego Forda Pumę? Trochę przypakował. A może przytył? Postaram się sprawdzić czy zmiana ze zwinnego lekkoatlety w miejskiego parkourowca miała sens.

Wyczynowy maluch

Reklama

W marcu 97 roku w Genewie Ford zaprezentował rezolutne coupe z rajdowym zacięciem, które od razu przypadło do gustu wszystkim w motoryzacyjnym światku. Była to Puma pierwszej generacji – auto, które było praktycznie bezkonkurencyjne w swojej niszy. W topowej wersji mogliśmy cieszyć się 157-konnym silnikiem, co w połączeniu z małą masą i przemyślaną konstrukcją skutkowało świetnymi właściwościami jezdnymi i możliwością wykręcenia dobrego czasu na krętym torze. Jakby tego było mało, Puma przez cały okres produkcji była autem chętnie używanym w rajdach, a specjalna wersja “S1600” legitymowała się mocą 220 koni mechanicznych i miała masę rajdowych udogodnień jak sportowe fotele Recaro czy lżejsze felgi. Warto też zaznaczyć, że Puma została stworzona z myślą o rynku europejskim.

Świat pędzi, zmienia się moda, kanony piękna, pogląd na nasze potrzeby, pogląd na potrzeby planety i tak dalej. Zmiany jakie zaszły w motoryzacji widać gołym okiem. Przede wszystkim, auta się znacznie powiększyły, a ludzie pokochali SUVy i crossovery. Pokochali je do tego stopnia, że niektóre marki oferują już tylko auta “na szczudłach”. Zdarzają się przypadki, w których dawny model danego producenta wraca do produkcji, ale w zupełnie nowym wydaniu. Właśnie tym większym, modnym. Przykładem takiego “wielkiego” powrotu jest druga generacja Pumy – modelu, w którym się trochę pozmieniało. Miałem tydzień na sprawdzenie czy jego zupełnie nowa odsłona ma coś wspólnego z poprzednikiem, czy użycie nazwy “z pazurem” to po prostu chwyt marketingowy jakich wiele na rynku.

Pierwsze wrażenie.

Pierwsza generacja w latach 90-tych wzbudzała nie lada zainteresowanie swoimi owadzimi “oczami” i naprężoną, gotową do ataku sylwetką. Szesnaście lat później Ford bezbłędnie odświeża stylistykę dawnej Pumy i odziewa w nią crossovera, co było zabiegiem ryzykownym, ale moim zdaniem bardzo udanym. Wystarczy spojrzeć na przód tego auta. Mimo różnicy rozmiarów, widać tutaj wiele podobieństw. Przede wszystkim, te charakterystyczne duże “oczy” z futurystycznymi diodami na kształt tych z Forda GT. Wersji ST Line, którą miałem okazję testować, dodaje charakteru zderzak o agresywniejszym wyglądzie wzbogacony dodatkowymi dokładkami. Samochód dzięki nim optycznie staje się bardziej przysadzisty i dynamiczny. Nie można zaprzeczyć, że sylwetka nowej Pumy świetnie oddaje jej sportowe aspiracje i przypomina o korzeniach, a kolor Island Blue leży na nim idealnie. Po zmroku auto nietrudno pomylić z SUVami od Porsche, co tylko potwierdza, że design Pumy niezaprzeczalnie jest czymś awangardowym. W wywiadzie dla WP Autokult, Thomas Morel, Ford Motor Europe, powiedział: “Naszym celem było uzyskanie ekscytującego wyglądu. Ten samochód ma się wyróżniać z tłumu. By to osiągnąć, sięgnęliśmy po parę nietypowych rozwiązań. Gruntownie przebudowaliśmy płytę podłogową Fiesty tak, by osiągnąć pożądane proporcje.” Projektanci auta uważają, że jego linia i design to hołd dla aut sportowych i takie było założenie dla tego modelu.

Muszę przyznać, że nigdy nie byłem fanem tego jak Ford projektuje wnętrza swoich modeli, ale w moich oczach sytuacja wygląda coraz lepiej. Materiały, którymi wykonywane są nowe Fordy są znacznie lepsze, wyglądają na solidniejsze i nie uświadczymy tu zbyt dużo trzasków. W wersjach ST-Line w górę dostajemy materiałowe fotele ze specjalnym sportowym wzorem, karbonowe oklejenie elementów wnętrza i kilka smaczków spod szyldu ST. Jednak i bez tego nie brakuje tu rasowych tematów. Jednym z nich jest np. aluminiowa gałka drążka skrzyni biegów, czy aluminiowe nakładki na pedały. Nowa Puma jest też przeskokiem technologicznym dla marki, ponieważ to pierwszy model oferowany z wirtualnym kokpitem (nie licząc Mustanga). Swoją drogą, VC jest czytelny, wyświetla wystarczającą ilość informacji a jego motyw zmienia się zależnie od trybów jazdy, do których jeszcze wrócimy. Na szczycie środkowej części deski rozdzielczej znajduje się wyraźny 8 calowy ekran z systemem SYNC, który działa w miarę płynnie i jest przejrzysty, lecz szata graficzna trochę odstaje od konkurencji. Nawigacja działa bez zarzutów. Coś, za co pokochałem Pumę, to nagłośnienie od Bang&Olufsen, który brzmieniowo zabiera nas do auta o kilka klas wyżej. Puma opiewa w rozwiązania technologiczne, które jeszcze generacje aut wcześniej dostawaliśmy tylko w drogich modelach za słoną dopłatą. Tutaj wiele systemów jest w standardzie lub za drobną opłatą (jak np. aktywny tempomat), które sprawują się świetnie i nie czuć, że te technologie to jakiś pic na wodę, co często się zdarza w autach tej klasy. Dodatkowo, warto wspomnieć o opcjonalnej funkcji masażu (!!!). Tak, w aucie tej klasy możemy opcjonalnie zamówić masaż. Do czego to doszło?

Zanim obudzę tego drapieżnego kota, wspomnę o przestronnym wnętrzu, w którym bez problemu zmieszczą się cztery dorosłe osoby bez konieczności zmiany pozycji przednich foteli. Bagażnik to miejsce w tym samochodzie, które skrywa pewną niespodziankę. Jego litraż to aż 456 litrów pojemności, o 100 więcej niż w gabarytowo większym Focusie. To wszystko dzięki sporej skrytce pod podłogą bagażnika. Ford zrezygnował z koła zapasowego na rzecz dodatkowych 80 litrów pojemności bagażnika. Co ciekawe, skrytka ta ma trzy poziomy, a ostatni na dnie posiada zawór, którym można odprowadzić wodę czy inne płyny. Młodzi, kreatywni ludzie na pewno znajdą ciekawe zastosowania tego boxu.

Po krótkiej analizie wizualiów i wszelkich aspektów, które można zgłębić podczas postoju, czas odpalić serce naszego drapieżnika. Egzemplarz prasowy jest wyposażony w najmocniejszy dostępny motor 1.0 EcoBoost Hybrid 155 KM, który sprawia, że jest to prowadzenie nielubiące nudy. Technologia hybrydowa użyta w Pumie to tzw. mild hybrid, a to oznacza, że mały silnik elektryczny wspomaga główny. M.in. usprawnia działanie systemu start/stop oraz delikatnie podwyższa moment obrotowy podczas przyśpieszania. Jeśli chodzi o ekonomię, auto wyposażone jest w trenera jazdy Eco, który ocenia i podpowiada jak mamy operować gazem, hamulcem itp. Samochód przy spokojnej jeździe potrafi spalić 6 litrów, ale żeby zobaczyć taki wynik, musimy się postarać. W drugą stronę, jeśli chcemy Pumę trochę podrażnić, średnie spalanie potrafi pokazać około 10-11 litrów na sto kilometrów. Przy normalnej jeździe auto spali około 8 litrów w cyklu mieszanym.

No dobra, dość o ekonomii, bo w końcu rozmawiamy o aucie z rajdowymi korzeniami.

Tryby jazdy pozwalają nam na zmianę charakteru auta. Mamy do wyboru tryb ekonomiczny, który obniża reakcję na gaz, tryb na śnieg i piach i oczywiście tryb sportowy, który nas dzisiaj interesuje. Po włączeniu go, wirtualne zegary zmieniają barwę z niebieskiej na szaro czerwoną, a auto staje się wyraźnie bardziej chętne do reagowania na polecenia wydawane prawą nogą. Trzycylindrowy silnik sam w sobie nie jest specjalnie atrakcyjny, jeśli chodzi o wrażenia słuchowe, choć do tej kultury pracy można się przyzwyczaić. Ford o tym pomyślał i dźwięk silnika jest delikatnie wzmocniony przez głośniki we wnętrzu auta. Takie rozwiązanie ma wielu przeciwników, ale zazwyczaj ta niechęć jest skierowana do mocnych aut które sztucznie są “ulepszane” dźwiękiem. W przypadku Pumy, to kolejny rasowy smaczek. W końcu rozmawiamy o miejskim crossoverze.

Wracając do tego jak jeździ nasz błękitny łazik. Mimo swojego dość pokracznego wyglądu, który niekoniecznie kojarzyć się może ze zwinnością, Ford mnie miło zaskoczył. Auto w prowadzeniu może nie jest precyzyjne jak skalpel, ale jest zaskakująco sprężyste i zwrotne. Jest to, jakby nie patrzeć, Fiesta na szczudłach, ale bardzo dobrze sobie z nimi radzi. Sam byłem zaskoczony jak auto o takich proporcjach może żwawo pokonywać kolejne zakręty poza miastem, ale także zwinnie przemykać w miejskim gąszczu. Auto jest wysokie, ale zwarte, więc wszystkie manewry wykonamy bez strachu, wyraźnie widać gdzie kończy się auto, a za bezpieczeństwo naszego pięknego lakieru odpowiada system czujników 360 i kamera cofania. Dodatkowo możemy dokupić system asystujący podczas parkowania, znajdujący miejsca itp., który znajdował się w testowym egzemplarzu, ale przyznam że unikam oddawania autu pełnej kontroli. Puma wyposażona jest też w aktywny tempomat, który analizuje co się dzieje przed samochodem i dostosowuje prędkość naszego auta do auta przed nami. Przyspiesza, hamuje. Jeszcze nie skręca, ale to kwestia czasu. System kontroli pasa ruchu działa świetnie i dość mocno, więc na długich, prostych odcinkach samochód może jechać praktycznie sam.

Podsumowanie

Czym jest nowa Puma i do kogo jest skierowany jest drugi crossover marki? To pytanie na które nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Kiedyś Puma była samochodem dla raczej młodej osoby, która w latach 90-tych chciała pokonywać zakręty trochę szybciej niż rówieśnicy w Daewoo Lanosie. Choć nie była samochodem nader popularnym, do tej pory jest rozpoznawana na ulicach i w moim odczuciu dalej przywołuje jakieś tam emocje. Niestety, czas zweryfikował “fajność” tego auta i dziś na portalach aukcyjnych nie znajdziemy pierwszej Pumy droższej niż 5 tysięcy złotych.

Jeśli chodzi o jej nową odsłonę, producent skorzystał z bezpiecznego teraz zabiegu “napompowania” sportowca do rozmiarów wystarczających pokonywanie krawężników, i rozmiarów dających poczucie że jesteśmy nad innymi autami w korku. To dla kogo jest ten samochód? Moim zdaniem dla młodej osoby, która chce się wyróżnić wizualnie z tłumu, ale nie chce się martwić czy przytrze swoim coupe na parkingu w Galerii Mokotów. Dla kogoś kto ceni sobie łatwo dostępność świata, bo to daje nam nowa Puma. Zdejmuje pewne ograniczenia stawiane przez małe miejskie auta, dalej będąc miejskim autem o oryginalnym wyglądzie i właściwościach jezdnych które pozwalają na podniesienie się kącika ust. Swoich i pasażerów. Co prawda, brak skrzyni automatycznej w konfiguratorze to na ten moment może być duże ograniczenie targetowe, to Ford planuje w niedalekiej przyszłości wyposażyć Pumę w taką przekładnię. Jest to samochód bardzo uniwersalny, co różni go od poprzednika. Samochód, który wjedzie w praktycznie każde miejsce niewymagające specjalnych właściwości terenowych, zwróci uwagę niejednej osoby, daje dużo frajdy z jazdy jak na malucha na szczudłach (specjalnie to zaznaczam, bo auto naprawdę świetnie trzyma się drogi) i jest przede wszystkim bardzo zdolny jeśli chodzi o użytkowość, a box powiększający powierzchnię bagażową tylko to potwierdza.

Czego moim zdaniem brakuje w Pumie? Uważam, że by dopełnić wizerunek Pumy o ten “sport”, fajnie jakby Ford pokusił się o wersję sportową, chociażby ST. Silnik jest, baza auta jest ta sama, może niedługo Ford nas zaskoczy, na razie jest cisza. A szkoda, bo jak jest moda na crossovery to jest tez moda na szybkie crossovery, patrz Cupra Ateca. Konkurencja nie śpi, a tak ambitna nazwa jak Puma nie może się skończyć na “zwykłym” aucie. Oby nie.

W mojej ocenie auto to jest kompletne, choć wierzę po cichu, że Ford nie poprzestanie na rozwoju Pumy i może inżynierowie szarpnął się na pomysł usportowienia tego uroczego żuczka. Myślę, że warto, ponieważ Puma to model niecodzienny, dzięki któremu Ford może być na językach. To kiedy Puma RS500?

 

 

 

 

 

 

Reklama