Przygody Wydawcy na trasie, czyli jak zmodernizować 5 lotnisk w trzy dni

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Niech to szlag trafi. Jak pada. Siedzę w samochodzie z dwoma rulonami naklejek na samochód, który mam dostać od British Automotive. Nie będę ukrywał, że miałem jechać w szczęściu słonecznym. Jedyna radość, mówimy o dniu dzisiejszym, to pytanie jakiego zwierza na 4 kołach dadzą na wycieczkę. Przyjechałem.

 

Reklama

Pod salonem stoją same, jak to mówi młodzież, „wypasione bryki”, ale jakoś nie widać, żeby między nimi stało coś tzw. ”prasowego”, co testują dziennikarze motoryzacyjni albo inni zainteresowani tym, żeby pojeździć i nie martwić się jeśli zarysują. W końcu auto prasowe to auto do testów. No dobra. Wysiadam, zabieram naklejki i wchodzę do tego salonu, a tam jeszcze ładniej. Zawsze miałem takie marzenie, żeby któregoś dnia skryć się w takim wielkim samochodzie i poleżeć – pewnie nikt do tej pory nie dokonał takiego testu.

Pan od sprzedaży auta w wykwintnym garniturze, z uśmiechem Brada Pitta, czyli zdobywacza serc (nigdy nie lubiłem za to Brada Pitta, że nawet mając 60 lat potrafi zrujnować psychicznie, nie tylko kobiety) z ogromnym spokojem i to mnie zastanawiało dlaczego, ale jak podpisałem umowę to zrozumiałem. Przekazał informację, która nie była tą najlepszą, ale w środku, tak jak Ci, którzy czują motyle, spowodowała wybuch adrenaliny pt. ”Ale jak to? Czy na pewno? To ten?”. Śpieszę donieść w tym miejscu, że owy samochód, tzw. ”prasowy” nie był w tym samym czasie obecnym i w ramach zastępstwa przekazano samochód (tak, to prawda) – nowy z salonu, z przebiegiem 42 km. „Potwór” o nazwie Land Rover Discovery Sport z silnikiem 240-konnym, w pełnej krasie i na wypasie pokonał wszystkie moje zmysły w kategorii wątpliwość. Deszcz jakby przestał padać, mimo że padał.

Wilgotność niby zniknęła a jednak 90 %. Samochód niby suchy, a jednak zalany wodą, gotowy do przyjęcia na swe boki barw wojennych i gotowy do szarży po krajowych lotniskach.

Nie ukrywam, że mezalians tej wielkości samochodu (prawie jak autobus) oraz obustronnej grafiki powodował ogromne zainteresowanie wśród użytkowników innych czterośladów mijanych na trasie i tych, którzy wyciągali telefony aby czytać QR kody i instrukcje zawarte na powierzchni drzwi samochodu.

Punkt 1 – lotnisko Szczecin-Goleniów

Nie wiem kto z Was jeździł trasą S6 z Gdańska do Szczecina, ale po tych czterech godzinach… Może jednak skupię się na radości ludzi z lotniska montujących pierwsze urządzenia, o których nie omieszkam wspomnieć dalej. Duch się we mnie raduje, bo gdyby nie wygodne fotele i wysokie nadwozie – musiałbym zamówić na miejscu masaż kręgosłupa. Właściwie byłem tak zadowolony, że ze Szczecina natychmiast udałem się w drogę do Poznania, by zwiększyć w trasie swoje drogowe doznania. Lubię swoje rymy i kiedyś je opublikuję – obiecuję!

Trasa Szczecin – Poznań, która przebiegała już bez aury deszczowej, a miała w sobie autostradę A2, przebiegała iście radośnie i to był pierwszy moment kiedy mogłem powciskać wszystkie przyciski w samochodzie, pokręcić pokrętła i pociągnąć za gałki. Dzięki Bogu, że nie było katapulty! (bo pewnie bym ją znalazł).

Trzeba przyznać, że konstruktorzy to zmyślne chłopaki – tak ukryli szyber dach, że udało mi się go znaleźć przez przypadek, szukając schowka na okulary. Schodów do nieba nie znalazłem, choć Dylan w Poznaniu nie dawał mi z tym spokoju, ale w czasie jazdy znalazłem natomiast duży wóz i mały wóz – teraz wiem dlaczego dostałem DUŻEGO woza. Można powiedzieć, że samochód idealnie, poza wypadami, wypoczynkiem, wycieczkami również nadaje się jako obserwatorium astronomiczne i przy tej panoramie, planetarium w Olsztynie niestety przegrywa ze swoim teleskopem. Nie byłem w Poznaniu kilka długich miesięcy, niestety nie zmienił się – dalej na niektórych ulicach jest ciemniej niż na A2. Za to na temat Poznania zawsze krąży wiele legend – nie miałem czasu, żeby się zapuścić w czeluści tego miasta, więc pozostałem na ulicy św. Marcina, bo to bliższe mojej osobie – w końcu mam na imię Marcin, a co do świetości – no to mam jeszcze czas.

O 22.00, krążąc po mieście w poszukiwaniu rogala Marcińskiego, trafiłem jedynie na sushi, które skutecznie przywołało moje wspomnienia z jednego z lokali w Kętrzynie.

Tam też mi się wydawało, że było świeże. Załatwiony nocleg w barterze, zaległy z lutego w hotelu Mercury, okazał się piękną wisienką na torcie, ale jeszcze piękniejszą nazwijmy to wiśnią był rogal marciński w prezencie od Dyrekcji – i po jaką cholerę jadłem ja to sushi?

Świadomy praw i obowiązków, wynikających z tego, że czeka mnie jeszcze lotnisko Poznań, Łódź i Rzeszów następnego dnia, udałem się wraz z moim ulubionym kolegą Morfeuszem na 6 godzin nieprzerwanych objęć z myślą jak to wszystko będzie działało i jak będą to odbierać pasażerowie lotnisk, dla których wprowadzamy innowację, którą mieliśmy przygotować dopiero za rok na lotniska, ale o tym później. Wracając do Morfeusza, nie do końca nam poszło, ponieważ łóżko jednoosobowe mówi wyraźnie o jednej osobie, i dla kogoś, kto nie jest przyzwyczajony do tego, nie powinien rozkładać rąk lub próbować wysuwać ich spod kołdry.

Tak czy siak, trochę snu i adrenalina przed prawie 700 km ciągiem działała niczym musztra wojskowa z trąbką przystawioną do ucha, paralizatorem na nerce i wypiciem zbyt gorącej herbaty. O 10 zameldowałem się na lotnisku w Poznaniu o wdzięcznej nazwie Ławica i przez pewien moment myślałem czemu Ławica, skoro Poznań nie ma dostępu do morza, a ryby są tylko w stawach. Na lotnisku przywitał mnie nikt inny jak Błażej, który podczas kwarantanny wyglądał jak Jim Morrison, który pożyczył kurtkę od zespołu Slayer. Czarne okulary podkradł chyba jednemu z motocyklistów, którzy pod jego domem próbowali urządzić piknik country, a wszyscy wiemy, że taki piknik jest w Mrągowie. Błażej – musicie go poznać – człowiek entuzjastycznie nastawiony do świata, nowości technologicznych i rozwiązań ułatwiających życie, zarażający optymizmem, jak przystało na prawdziwego szefa marketingu, szybko i zgrabnie pomógł w przeprowadzeniu procesu przygotowania do pobrania magazynu, który produkujemy dla lotniska w Poznaniu tak, aby 1 czerwca startujący pasażerowie mogli w ciągu kilku sekund zabrać ze sobą do samolotu mnóstwo ciekawych materiałów i przeglądać je podczas lotu.

Błażej oczywiście chciał testować samochód na pasie startowym, bo jak wiemy samoloty nie latają, ale razem stwierdziliśmy, że niestety wersja, którą przyjechałem, mimo że śmiga 200km/h, nie posiada wmontowanego spadochronu hamującego, co mogłoby spowodować przejazd z pasa lotniskowego i przejazd przez ogródki działkowe, pozostawiając koleiny do posadzenia rabarbaru albo jak kto woli porzeczek, a nawet agrestu. Obrażony tym faktem powiedział, żebym już pojechał do tej Łodzi, bo jak się przejadę tam, to na pewno będę chciał wrócić do Poznania. Kolejny raz do Poznania mogę wrócić za miesiąc. Wszyscy wiemy, jak to jest między facetami, którzy mają kosę ze sobą. Zatem „Łódź u fly?” czy Łódź „You drive?”

Pandemia zmieniła godziny pracy, więc o godzinie 15.00 nie było nikogo – tylko SOL. Nigdy z funkcjonariuszem SOL-u pod bronią nie chodziłem po pustym terminalu. Pan Miły, przemiły, z błyskiem zęba, jak prawdziwy kowboj z Alabamy uprzejmie przekazał dłonią gest zezwalający na eksplorowanie jego terenu, wg oczywiście zasad, których przestrzegał idealnie jak strajk włoski. Co do joty. Dobrze, że była 15.00, a nie dwunasta, kiedyś już był taki film „w samo południe”. Jak ktoś nie wie jak się skończył, to polecam.  Po Łodzi nie jeździliśmy, nie wspominam miło kilku pobytów wcześniejszych, szczególnie tych w urzędach – smutne twarze z napisem brak budżetu i co Pan nam zrobi, a pomyśleć, że kilka lat temu było tam nasze wydanie papierowe i kilkanaście połączeń tygodniowo. Eh. Podobno pętla czasu zawsze do punktu wyjścia wraca, więc trzymam kciuki za miasto Łódź. Piękny terminal, dużo remontów, naprawdę poza manufakturą /w Łodzi jest życie.

No to co, śmig do Rzeszowa

Jezu, Matko Boża spod Radomia,  jaka perspektywa – do Rzeszowa prawie 400 km – tak czy siak na 22.00 nocowanie. Perspektywa wygina twarz w chińskie dzień dobry, grymas wyraźnie jest namacalny. Idealny pod odlew maski na Halloween.

„No to w drogę!” krzyknął Napoleon i gdyby miał panoramiczny dach, wiedziałby co to znaczy odpoczywać w czasie podróży, oglądając gwiaździste niebo. Lubię to w samochodach.

Lubię Port Lotniczy w Rzeszowie. Nowy, bardzo przestrzenny, z rewelacyjnym widokiem na pas startowy. Dokładając uśmiechy pracowników marketingu i komunikacji, mamy komplet satysfakcjonujący. Pan Kołacz – Rzecznik i Pan Pichura – rasowy marketingowiec – to zawodowcy. Godzina spędzona z chłopakami powoduje ból brzucha od śmiechu. Powinni kawały opowiadać zawodowo.

Nie zabawiliśmy długo, bo kolejny etap to Warszawa, jeszcze bez wizyty na lotnisku, ale kto wie, co pokaże przyszłość. Trzymajcie kciuki.

„Powrót” – w cudzysłowie napisany – bo to raczej makabryczny powrót, biorąc pod uwagę jakość i ilość kilometrów na odcinku Rzeszów – Warszawa. Teraz rozumiem, ba, nawet polecam i rekomenduje latanie na tym odcinku, 35 minut samolotem do 4 godzin – jak los sprzyja – to jednak różnica i czasowa, i jakościowa. Koszty? Prawie to samo. Wywód zakończę hasłem pt. „Nidy więcej samochodem”. Wiecie co rekompensuje podróż? – wygodny sen w wygodnym łóżku, w miejscu, które człowiek lubi i do którego często wraca – wraca z radością. Nie byłbym sobą, gdybym nie napisał, że to Hotel H15 na Poznańskiej. Opis zupełnie niepotrzebny wystarczy słowo TAK.

Droga do Szyman po zjeździe z S7 – piękna, bo nowa, piękna, bo wokół zielono, rzekłbym „leśnie”.  W końcu to droga na moje ulubione Mazury. Chyba nie ma ładniejszych dróg w Polsce jak trasy mazurskie. Swoją drogą, wkleję tu apel – dbajcie i szanujcie Mazury, nie zaśmiecajcie i nie niszczcie tych terenów, bo to wartość na długie pokolenia.

Jest i on. Port Lotniczy Olsztyn – Szymany. Mam ogromny sentyment do tego miejsca od czasu kiedy pierwszy raz tu przyjechałem. Design wnętrza jest bardzo wyjątkowy. Wygląda jak wielkie mieszkanie typu loft, co prawda nie posiadam takiego, ale takie właśnie mógłbym mieć! Kibicuje temu miejscu, mając na myśli rozwój siatki połączeń. Cieszę się, że dołączyli do naszego innowacyjnego programu, że pasażerowie mogą odbierać elektronicznie magazyn dedykowany właśnie temu Portowi.

Reklama

A teraz, a teraz? Tak, czas na Gdańsk i wizytę w tym zacnym Porcie Lotniczym, z którym pracuję od 12 lat. Tak, to już 12 lat. Łezka się w oku kręci. Pamiętam jak wychodził pierwszy numer miesięcznika Live&Travel dedykowany Portowi. Pobyt na gdańskim lotnisku kończy tygodniową wycieczkę wizytująca lotniska z nami współpracujące, na których wprowadziliśmy innowacyjna technologię związaną z elektroniczną dystrybucją naszych magazynów lotniskowych w systemie NFC. Każde z nich otrzymało pakiet graficznych laminatów zawierających kodowane tokeny pozwalające na bezdotykowy, bezpłatny, bez potrzeby posiadania aplikacji pobór miesięczników, podobnie jak to robimy, płacąc telefonem w sklepach. To rewolucja w dystrybucji prasy. Do marca tego roku wydawaliśmy powyższe magazyny w formie papierowej. Pandemia zmieniła rzeczywistość nie tylko u nas. Informacja o zaprzestaniu wydawania w starej formie była ciosem nie tylko z powodu dotarcia do pasażerów, ale również finansowym. Usłyszałem niedawno, że ci, którzy nie zasypali głowy w piasek mają szanse na wyjście obronna ręką. Tak się stało. Miesiąc przemyśleń, kombinacji technologicznych, mnóstwo informacji, pierwsze testy. Sukces. Teraz okazuje się, że kierunek był słuszny, poza tym,  ze idealnie pasuje na lotniskach – to również z powodzeniem wchodzą w przestrzeń miejską. Zapraszam was z tego miejsca do korzystania i testowania tego rozwiązania. Proste w obsłudze i daje radość czytania podczas lotu.

Podziękowania specjalne kieruję do Piotra Wejmana – szefa British Automotive Gdańsk, za udostępnienie zajebistego samochodu, Land Rovera Discovery, który pomógł pokonać przestrzeń całego tygodnia miło, wygodnie, bezstresowo.

 

 

Reklama