Nie możemy już rozmawiać

Jacek Chmura
Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Złość przychodzi akurat wtedy, kiedy dopiero co obiecaliśmy sobie pokojowo rozwiązywać każdy problem. Tego dnia, w którym podjęliśmy dobrą decyzję darowania wszystkim wrogom ich ogromnych win, dzieje się coś, czego absolutnie nie możemy pominąć.

Budzę się przed siódmą, telefon wibruje, gdy akurat robię kilka pierwszych kroków. Odbieram, wiedząc, że ignorując to połączenie napytam sobie jedynie większej biedy. Stałem się nerwowy jak nigdy, w każdym ruchu w moją stronę widzę paskudny atak. Zmieniam numery, przeprowadzam się dwa razy do roku, a ona i tak zawsze mnie znajduje. Skończona rozmowa z nią oznacza dla mnie kilka godzin dochodzenia do siebie, trwająca – momenty, w których chcę zemdleć lub chociaż poważnie się o coś potknąć. Przesadzam, jak zwykle przesadzam, ale takie są – niemożliwe do złagodzenia – skutki dawnego przebywania w domu śmierdzącym alkoholikiem. Zawsze pyta o niego, czy mamy jeszcze kontakt. Nie. Czy wiem, czy nadal płaci czynsz. Też nie. Czy w jego domu nadal wygląda, jak wygląda. Nie może być mowy o żadnej poprawie. Ale nie to jest najgorsze – sama, rozmawiając ze mną, plącze się pijana, płacząc nad losem mojej matki, której nie ma już w pobliżu jakiś czas.

Człowieka można łatwo wyprowadzić z równowagi tylko wtedy, kiedy on samego siebie ma za nic. Jeśli nie dysponuje czymś, na czym może się w dowolnym momencie oprzeć, wchłaniał będzie wszystko, nawet najgorsze, a zarazem najmniej trafne oblegi, jakie tylko drugi umysł potrafi w niego wycelować. Stąd biorą się noce bez snu, poranki bez śniadań, całe godziny zaśmiecone myśleniem potwornego rodzaju. Jakkolwiek chciałbym być kimś, kogo nic nie rusza, kimś, kto spokojnie – dokładnie tak, jak raz na zawsze ustalił – przyjmuje lecące w niego trudności, nie potrafię, mimo kilku czasochłonnych hobby, zmusić tego, co stanowi moją istotę do wysłuchiwania zupełnie bez emocji młodszych, starszych, a także nielicznych rówieśników, którzy gdzieś tam się jeszcze ostali.

No a z większością chłopców z boiska los nie obszedł się łaskawie. Praca przy odszkodowaniach, praca przy mięsie, praca fizyczna gdzie indziej niesklasyfikowana, praca zabierana do domu i na spotkania w większym gronie, nieznośne zajęcia, każdego dnia niszczące jakąś cenną cząstkę ciebie, o istnieniu której wcześniej nawet nie wiedziałeś. Pamiętam śmiech na tartanie i rozmowy schodzące na temat tego, kto właśnie wstał i sobie poszedł. Chociaż nasze oczy, uszy i nosy były bezwzględnymi jurorami, to, jak się zdaje, chyba jedynymi – najbardziej bezwzględne części mózgu miały zostać dopiero wzbudzone. Komentowaliśmy tylko to, co znajdowało się w naszym dosłownym zasięgu. Do pewnego stopnia nie obchodziły nas zbytnio czyjeś poczynania w szkole – oceny nie miały znaczenia, prędzej przeróżne durne incydenty. Nie sugeruję, że czyjś stan posiadania, czy też miejsca, w które jeździ na wakacje w ogóle nas nie interesowały, to, do czego zmierzam, to fakt, że w tamtych czasach nie przekroczyliśmy jeszcze pewnej granicy, lini, która znajdowała się dalej bądź bliżej w zależności od tego, czy ktoś przedłużył sobie dzieciństwo studiami, czy może jednak nie. Nieunikniony, prosty fakt zmierzenia się z pracodawcą lub jego brakiem, sprawia nagle, że śmiech wielu – zbyt wielu – przestaje mieć jakąkolwiek siłę rażenia. Najgłupsi z nas, jakimś cudem wyjątkowo wygadani, wysyłający sygnały, że ich potencjał jest niczym nieograniczony, tracili całą moc, lądując tam, gdzie ze stresu bolą ich brzuchy, od mocnych głosów dostają dreszczy, gdzie poodcinane palce nie są niczym niezwykłym, a piwo – to dobre piwo, prze lata pite z dumą na parcelach, gdzie stoją już pomarańczowe żurawie – prawie, prawie już im nie smakuje.

 
Reklama
 
Reklama

Reklama