Moja rodzina murem podzielona czyli urodzinowo-romantyczny coming out!

Tomasz Kowalski

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Często, czy to przy okazji dnia dziecka, czy urodzin, opisuję moją córkę Ankę w samych superlatywach. Piszę jaki jestem dumny, jak dobrze układają się nasze relacje, o spełnieniu jako rodzic. Ale wiecie, jak to jest – Facebook. Tu nie ma miejsca na szczerość. Koloryzujemy nasze życie, tak by inni nam zazdrościli. Sam robię sobie zdjęcia w taki sposób, by wyglądać na mniej niż na te lata, co minęły. Ale przecież wiemy, że świat taki nie jest, a nasze życie jest pełne rozczarowań i łez.

W końcu coś we mnie pękło i chyba nadszedł czas na rodzicielski „coming out”. Czy mówiąc o klęsce wychowawczej przesadzam? Sami musicie odpowiedzieć sobie na to pytanie, sami to ocenić. Ja często zastanawiam się, gdzie popełniłem błąd, czy nie dorosłem do roli rodzica? Może tylko ja, a może wspólnie z Gośką po prostu coś przegapiliśmy? Dwadzieścia lat starałem się, jak mogłem, żyły sobie wypruwałem, żeby kiedyś spokojnie zamknąć oczy, bez wstydu. I wszystko na marne, groch o ścianę. Owszem, winię za tę sytuację również dzisiejszy system edukacji, niewydolny, a przede wszystkim nieuczciwy w przekazywaniu informacji tym matołom. Powiecie, przesadzam. Ważne, że zdrowa, studiuje, mało pije. Ale czy można to bagatelizować i przejść nad tą porażką do porządku dziennego? O nie kochani. Nie udawajmy. Przecież w jakimś stopniu, nasze dzieci będą reprezentować nas w swoim dorosłym życiu. Należy być wobec siebie uczciwym i krytycznym. Nie udało się i to jest prawdziwy obraz mojej klęski, jako ojca.

O co chodzi? Już wyjaśniam. Otóż jestem wielkim miłośnikiem twórczości Adama Mickiewicza. Obudzisz mnie w nocy o północy, bez zająknięcia wyrecytuję dwie, może nawet trzy strofy Wielkiej improwizacji. Jak każdy. A ta mała, niewdzięczna wiedźma twierdzi od lat, że woli Słowackiego, a wieszcz Adam to nudy na pudy! Matko Przenajświętsza, Królu Żydowski, co ja jej zrobiłem, że mnie tak upokarza i prowokuje?! To po to kończyłem liceum im. Adama Mickiewicza, w którym moja nauczycielka od polskiego mówiła: „Nie będziemy przerabiać Słowackiego, tego dziwkarza”, żeby teraz własne dziecko pluło mi w twarz Kordianem? Nie zasłużyłem na to. Nikt na takie coś nie zasłużył. Do pewnego momentu można to było usprawiedliwiać burzą hormonów, buntem smarkuli, dla której autorytetem byli równie niewykształceni, nastoletni towarzysze zabaw. Ale dzisiaj? Parafrazując wieszcza:

„Odezwij się, – bo strzelę przeciw Twej naturze;

 
Reklama
 
Reklama

Jeśli jej w gruzy nie zburzę,

To wstrząsnę całym państw Twoich obszarem;

Bo wystrzelę głos w całe obręby stworzenia:

Ten głos, który z pokoleń pójdzie w pokolenia:

Krzyknę, żeś Ty nie córką moją, ale…

 
Reklama

Carem!”

I w tym miejscu składam obietnicę. Jeśli pojawią się wnuki i zobaczę obok nich Mazepę albo choćby Balladynę, wystąpię o odebranie praw rodzicielskich! Każdy sąd mi przyzna rację, szczególnie ten po reformie.

Na koniec mogę mieć tylko nadzieję, że kiedyś zrozumie swój błąd, że za jakiś czas, może nie nazbyt prędki, spojrzy mi w oczy, oczy starca, oczy dziada cześć III i powie: „Ojcze, Słowacki wielkim poetą nie był, a dzisiaj w dniu moich urodzin, kończąc lat czterdzieści i cztery, mówię ci po prostu przepraszam” i padnie zemdlona, niczym ksiądz Piotr.

Reklama