Marcin Mazur: Liczy się tylko pasja

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Od kilku lat niezmiennie w prestiżowych zestawieniach najlepszych hoteli świata. Uznany za jeden z najbardziej luksusowych hoteli w naszym kraju. O tym, jak stworzyć hotel ze światowej półki, o pasji, poświęceniu i metafizycznym związku pomiędzy budynkiem, który był sowiecką ambasadą i chłopakiem, który zamiast zostać prokuratorem wolał być marzycielem, opowiada Marcin Mazur, general manager pięciogwiazdkowego H15 Boutique Hotel.

Jak sprawić, żeby szacowna, mieszczańska kamienica z sierpami i młotami na fasadzie, ocalała z wojennego pogromu, ustawiona w ciasno zabudowanym śródmieściu Warszawy przy Poznańskiej, między kultowym barem Kraken a zabytkową pocztą, przemieniła się w oazę spokoju i komfortu? Kim trzeba być, aby wiedzieć, jak prowadzi się ekskluzywny hotel i jak poprowadzić go do sukcesu?

Najpierw musi być produkt, czyli w tym wypadku hotel, który ma wystarczająco dużo atutów, aby przy dobrym prowadzeniu mieć szansę wspiąć się na szczyt. Zarząd spółki taki właśnie produkt mi powierzył, a ja tylko takiego szukałem. Wcześniej, przed moim rozpoczęciem, wiele lat trwała przebudowa budynku, podczas której bardzo wiele elementów zostało starannie przemyślanych. Taki produkt to połowa sukcesu. Na drugą połowę składa się wiele aspektów, w tym właśnie szeroko pojęte zarządzanie. Jest to trochę jak prowadzenie własnego domu, tylko nieco większego…

Czyli liczy się branżowe doświadczanie?

Doświadczenie branżowe to oczywiście podstawa, ale w nie mniejszym stopniu liczy się intuicja, którą rozumiem jako sumę doświadczeń, ale tych życiowych, z których nie zdajemy sobie sprawy przy podejmowaniu decyzji. Robiłem w życiu bardzo dużo różnych rzeczy, od typowo studenckich wyjazdów zarobkowych do Holandii i Stanów i pracy na budowie, poprzez pracownię artystyczną, do pracy w korpo. Doświadczenia z każdego miejsca są nie do przecenienia i przydają się w życiu codziennym hotelu. A najważniejsza nauka jest taka: wszystko się da i wszystko jest możliwe. Mówię o tym, bo przywykłem, że na każdym szczeblu, w każdej branży pracownicy lub współpracownicy lubią odpowiadać, że czegoś się nie da zrobić. Moim ludziom przez długi czas udowadniałem, że wszystko się da, że wszystko można zrobić lepiej lub jeszcze lepiej. „Sky is the limit” – to moje ulubione motto. Obecnie moi ludzie już raczej nie odpowiadają, że się nie da, bo w końcu zrozumieli, że poza jakością to właśnie innowacyjność decyduje czy jest się konkurencyjnym.

Konkurencja nie pozwala spocząć na laurach.

Bardzo się z tego cieszę. Walczymy, ale uczciwie. I bardzo to doceniam. Hotelarstwa uczyłem się w Wielkiej Brytanii, a tam konkurencja była niezdrowa. Właściciele małych pensjonatów wypisywali negatywne opinie jedni na drugich. W Polsce, a przynajmniej w Warszawie, to sytuacje marginalne. Rywalizujemy w ten sposób, że staramy się o naszych gości najlepiej jak możemy, a jak już w ostateczności coś pójdzie nie tak, to liczy się to, jak sprawa zostanie załatwiona przez hotel. Nawet porażkę można obrócić w sukces. Pracownicy o tym wiedzą i mają wymierne korzyści z sukcesów obiektu. To jest motywujące i właściwe. Jeżeli ktoś z konkurencji czasami nas wyprzedza na podium, staramy się jeszcze bardziej. Nie można być cały czas na pierwszym miejscu, bo jest to nudne i demotywujące.

Stworzenie hotelu w adaptowanym budynku nie było proste. Ale z drugiej strony historia tego obiektu jest dla H15 prawdziwym atutem.

Powstał w latach 1892-1897 i należał do polskiej rodziny Glassów. Przed odzyskaniem przez Polskę niepodległości Sala Historyczna służyła za miejsce konspiracyjnych spotkań młodzieży patriotycznej. Młodzi arystokraci snuli tu marzenia o zbrojnym powstaniu. Po odzyskaniu niepodległości budynek zapisał się na stałe w historii Warszawy, bo Polska nawiązała stosunki dyplomatyczne z ZSRR i w latach 1924-1928 Sowieci przebudowali go na swoje poselstwo. Zyskał wówczas tę socrealistyczną fasadę z kulą ziemską, symbolizującą zwycięstwo światowej rewolucji. W 1941 roku budynek przeszedł w ręce dowództwa Wehrmachtu. Niemcy potraktowali komunistyczny wystrój jako ciekawostkę lub swoiste trofeum i, o dziwo, zachowali te dekoracje. Paradoksalnie, być może właśnie dzięki Wehrmachtowi, budynek ocalał. Po wojnie został przejęty przez urzędników PRL-u, a jeszcze później miała tu siedzibę największa firma spedycyjna w kraju. W ręce hotelowej spółki budynek trafił w 2006 roku, na długo przed moim zatrudnieniem, bo przebudowa trwała siedem lat. Najważniejsze było, aby powstający hotel był nowoczesny, ale z poszanowaniem historii budynku. To właśnie zostało zrobione.

Co sprawiło, że prawnik wziął się za hotelarstwo?

Najpierw przypadek, później konsekwencja. Prawo to były fascynujące studia, ale już w ich trakcie pojąłem, że nie mam ochoty na karierę w sądzie. Nie żałuję jednak wyboru kierunku. Podstawowa znajomość prawa jest w życiu prywatnym i zawodowym bardzo pomocna. A nawyki, jakich nabierasz w czasie studiów, dokładność, umiejętność analitycznego spojrzenia i syntezowania informacji, pomagają w każdej dziedzinie. Jednak po trzecim roku wiedziałem, że nie będę robić aplikacji. Pracę magisterską pisałem już w Wielkiej Brytanii, pracując w pierwszym hotelu. Wszystko zaczęło się tak, że po studiach, wraz ówczesną partnerką, ruszyliśmy zobaczyć kawałek świata. Trafiliśmy na ogłoszenie pary Anglików, którzy poszukiwali ludzi do pomocy w prowadzeniu pensjonatu. Mieli bardzo ciężkie charaktery, stąd ciągła rotacja pracowników. Utwierdzili się w przekonaniu, że tylko para, najlepiej z Europy Wschodniej, jest w stanie sprostać ich wymaganiom, czytaj: wytrzymać z nimi. Chętnych było sporo, a ekscentryczni właściciele jako element rekrutacji wybrali wizytę w Warszawie i spotkanie z nami, po którym otrzymaliśmy pracę. Trudno było odmówić – północna Anglia, Lake District, pięciogwiazdkowy pensjonat, jeden z najlepszych w regionie. Kraina piękna – trochę jak z „Harry’ego Pottera”, ale klimat pracy był nie do zniesienia i po miesiącu byłem przekonany, że rezygnacja to kwestia czasu. Tymczasem zupełnie nieoczekiwanie właściciele przyjęli od miejscowego biznesmena propozycję sprzedaży obiektu. Wyprowadzili się w ciągu kilku miesięcy, a nowy właściciel miał drugi hotel, więc szybko powierzył nam podstawowe prowadzenie pensjonatu, z każdym miesiącem cedując na nas coraz więcej. Nowy właściciel okazał się świetny, do tej pory się z nim przyjaźnię. Byłem wtedy młody, miałem 24 lata, ale to była niezła szkoła życia, bo z czasem właściciel przebudował sąsiedni budynek na kolejny – jeszcze bardziej luksusowy pensjonat, a ja dostałem pod opiekę obydwa.

Wróciłeś z powodu H15?

Nie. Tak naprawdę rozdział hotelarski uważałem za zamknięty. Prowadzenie hotelu to wymagające zajęcie. Z wyjątkiem rzadkich i krótkich urlopów pracujesz 365 dni i nocy w roku. Recepcjonista po swojej zmianie może iść do domu i zająć się swoim życiem. Ewentualnie czasami dostanie telefon, jeśli zapomni przekazać istotnej informacji. Potrzeba kontaktu z managerem hotelu jest znacznie częstsza – zawsze gdy jest do podjęcia niestandardowa decyzja. Telefon „mamy problem” może się zdarzyć w każdej chwili. Naprawdę trudne sprawy zdarzają się przynajmniej kilkanaście razy w roku. Zwyczajnie trudne mogą być każdego dnia. Więc to praca angażująca. I na początku, kiedy otworzyliśmy H15, kilka razy w miesiącu przyjeżdżałem w środku nocy. Już sam dźwięk telefonu o 3:00 rano nie jest przyjemny, bo od razu myślisz, że dzieje się coś złego. Wiedziałem o tym, kiedy wracałem z Anglii. Otworzyłem własną firmę turystyczną z siedzibą w Krakowie, ale nie działała dobrze, bo zbyt mało wiedziałem o tym, jak funkcjonuje biznes w internecie. Byłem wtedy trochę marzycielem. Nic nie dzieje się jednak zupełnie bez przyczyny i gdybym nie założył tego biznesu, nie współpracował z hotelami, to nie byłbym w miejscu, w którym jestem. No i nie poznałbym hotelarstwa od strony klienta. Pewnego dnia dowiedziałem się o projekcie H15. Znałem się na tym i wiedziałem, że to może być wyzwanie właśnie dla mnie.

Dostałeś angaż od ręki?

Skąd. Rekrutacja trwała blisko rok. Była kilkustopniowa.

Może testowali cierpliwość.

Po pierwszym, bardzo obiecującym spotkaniu usłyszałem, że jeśli zostanę zatrudniony, to pracę rozpocznę za kilka tygodni. Później była długa cisza. I kolejny etap. Zarząd stwierdził jednak, że nie może zaufać tylko i wyłącznie własnej intuicji i zatrudnił firmę headhunterską specjalizującą się w branży hotelarskiej. Więc musiałem się zmierzyć z całym peletonem. Pomiędzy etapami rekrutacji przeniosłem się do Warszawy. Jest taka żartobliwa anegdota, którą często słyszałem nawet od rdzennych mieszkańców Krakowa – jeśli w Krakowie ktoś ma pomysł, to inni mówią: „Chodźmy się napić i to przedyskutować”, a jeśli ktoś ma pomysł w Warszawie, to słyszy: „Zróbmy to!”. To oczywiście trochę ironiczne, ale ja faktycznie czułem się po powrocie z Anglii do Krakowa jakbym wrócił do życia studenckiego. Czas przepływał między palcami, a ja coraz bardziej potrzebowałem akcji. Po przeniesieniu się do stolicy zaczepiłem się w korporacji, która robiła oprogramowanie, aplikacje, strony www, new media dla branży farmaceutycznej. Poznałem sekrety pozycjonowania i cóż… rozpocząłem krótką, ale obiecującą karierę jako project manager. I tak miało pozostać, a jednak wciąż mnie ciągnęło na Poznańską 15. Wołał mnie ten budynek. To było wręcz metafizyczne. Czasami, wracając z pracy w korpo, przyjeżdżałem na Poznańską tylko po to, żeby pod nim stanąć i sobie pomyśleć. Starałem się skupić wszystkie pozytywne emocje, tak mocno chciałem tej pracy. Nie jestem w stanie uwierzyć, że jakiemukolwiek kandydatowi aż tak bardzo na niej zależało, jak mi. Zakochałem się w tym budynku od pierwszego wejrzenia. Dach był wykończony, pokoje w trakcie robót. Podczas jednego ze spotkań rekrutacyjnych prezes pokazał mi, co będzie w danym miejscu… Wszystko – w wyobraźni – budziło dreszcz i inspirowało. Wtedy znowu zacząłem marzyć i poczułem, że muszę tu pracować.

Jakbyście oddziaływali na siebie. Ta kamienica i ty.

Trochę tak to wtedy czułem i do tej pory, po prawie czterech latach, nie minęło mi to i nie spowszedniało. Nie widziałem w Polsce innego hotelu, w którym chciałbym pracować bardziej niż tutaj. Przeszliśmy razem długą drogę. Kiedy objąłem ster w H15, zacząłem budowanie struktury, procedur i marketingu od zera. Byłem jedynym zatrudnionym i musiałem zorganizować wszystkie działy i pracowników. Na wszystko miałem tylko lekko ponad dwa miesiące. Dodatkowo miałem swój udział w nadzorowaniu wykończeń, bo niektórych elementów wciąż brakowało.

Pamiętasz pierwszych gości?

Robiliśmy wszystko, żeby zdążyć na Euro 2012. Otworzyliśmy 2 czerwca, a pierwsi goście – tylko  trzy pokoje – pojawili się następnego dnia. 6 czerwca mieliśmy już pełne obłożenie i hiper wysokie ceny, 7 zaczynał się turniej. To był złoty strzał. Kiedy przyjechali pierwsi goście, wszędzie były kwiaty, a ja odwiedzałem ich w pokojach. Pytałem o wrażenia, mówiłem im, że są naszymi pierwszymi gośćmi, bo nawet nie zdawali sobie z tego sprawy. Niektórzy z nich do tej pory bywają u nas regularnie, dostali zresztą dożywotnio trzecią dobę gratis.

Jak twoje życie zawodowe wpływa na prywatne podróże i wizyty w innych hotelach? Musisz być bardzo wymagający.

To zależy gdzie jestem, a nie zawsze wybieram luksusowe miejsca. Najważniejsze to wiedzieć, czego oczekiwać po danym standardzie. Jeśli jestem w 5 gwiazdkach to fakt – jestem wymagający. W przypadku małego pensjonatu wystarczy, że jest czysto, ciepło i obsługa jest w miarę przyjemna. Oczywiście często zauważam niedociągnięcia i wiem, jak w prosty sposób można by je poprawić, ale zostawiam to dla siebie. Raz tylko faktycznie podzieliłem się moją wiedzą i wpłynąłem na funkcjonowanie obiektu po mojej wizycie, ale sytuacja była szczególna – moje 35-te urodziny spędzałem wraz z kilkunastoosobową grupą przyjaciół w Kazimierzu Dolnym. Na marginesie dodam, że dostałem tort z wariacją logotypu H15 – wyglądał jak znak hotelu, tyle że było na nim napisane H35. Po przyjeździe właściciel pensjonatu, w którym spaliśmy, pokazał mi znajdującą się na poziomie -1, nazwijmy to, świetlicę. Powiedział, że jak wrócimy w nocy z miasteczka i będziemy chcieli kontynuować imprezę, to możemy tutaj śpiewać i tańczyć i na pewno nie będziemy przeszkadzać kilku pozostałym gościom pensjonatu. Bardzo nas nie docenił. Rano, gdy wyszedłem ze swojego pokoju z silnym bólem głowy, natknąłem się na wściekłego właściciela, który zaprowadził mnie do świetlicy, pokazując dwa połamane stoły i niesamowity bałagan. Powiedział też, że goście z dwóch pokoi skarżyli się na nocną imprezę. I temu wszystkiemu byłem winny ja? Ja, który ma 100% respektu dla czyjegoś biznesu, a już w szczególności hotelowego i nigdy przenigdy nie zachowałbym się w taki sposób? A jednak – pomimo tego, że niewiele pamiętam – to byłem ja. Było mi bardzo głupio. Opłaciłem szkody, ale po powrocie do Warszawy czułem się bardzo źle i stwierdziłem, że to za mało. Zmotywowałem wszystkich uczestników imprezy do wystawienia opinii, zrobiłem też kilka innych rzeczy, aby bardziej uwidocznić miejsce i w sposób nowoczesny zaprezentować je w Internecie. Efekt był taki, że pensjonat znalazł się na czołowych miejscach dwóch ważnych rankingów, więc chyba można powiedzieć, że odpokutowałem swoją winę i naprawiłem szkodę z nawiązką.

Masz czas na inne pasje niż H15?

Maluję. Od dziecka malowałem, dostałem się też do szkoły plastycznej, ale wybrałem dobry ogólniak i rozwijałem pasję na dodatkowych warsztatach lub samodzielnie. Zarzuciłem to trochę na studiach, bo prawo pochłaniało sporo czasu. W Anglii malowałem znowu i później po powrocie do momentu, kiedy zacząłem pracę tutaj. H15 było ciągłą gonitwą i wyznaczaniem nowych celów.

Trzeba było poświęcić jedną pasję dla innej?

Tak, ale mam wrażenie że niedługo przyjdzie moment, w którym wrócę do malarstwa olejnego. Muszę powalczyć z deformacją świata. To mnie pociąga: postaci, krajobrazy, jakieś wydłużone, trochę zdeformowane. To jest zupełnie oderwane od tego, czym zajmuję się na co dzień, bo w pracy zawodowej staram się mieć wszystko poukładane.

Na tarasie hotelowego Penthouse znalazłoby się miejsce na sztalugi.

Był już podobny pomysł! To byłoby dość ekscentryczne i mogłoby być ciekawostką dla gości, którzy nas odwiedzają. Mój przyjaciel, który jest zresztą świetnym copywriterem, wpadł na pomysł, żeby wstawić do pokoi hotelowych sztalugi, a przynajmniej bloki rysunkowe i pozwolić naszym gościom rysować bądź malować, a następnie, oczywiście na podstawie regulaminu, wszystkie te rysunki byłyby przejmowane i wystawiane na aukcje, na której ci sami goście mogliby licytować własne dzieła, a później chwalić się, że ich rysunki czy obrazy można było kupić na aukcji w H15. Taki żart. Ale poważnie, ten dom ma w sobie tajemnicę. I jest inspirujący. Naprawdę. Może wstawimy sztalugi do pokoi?

 

fot.: Monika Szałek

Reklama