ANYWHERE          TV

Czym się różni kicz od kampu?

kamp-1

W ubiegłym roku kamp wszedł na salony. Stało się tak za sprawą Met Gala i tematu przewodniego najbardziej prestiżowego balu przebierańców, który właśnie estetyki kampu dotyczył. Lady Gaga pojawiła się na czerwonym dywanie w przeskalowanej, rozłożystej, jaskrawo różowej sukni i makijażu rodem z kreskówki. Jared Leto przymaszerował z atrapą własnej głowy pod pachą, a Katy Perry wybrała stylizację à la kryształowy żyrandol z okresu baroku. Wydarzenie zmieniło się w istny festiwal dziwności. Pióra, brokat i lateks występowały w rolach głównych. Gdyby ktoś po zobaczeniu schodów do Metropolitan Museum of Art w tamten wieczór miał zdefiniować kamp, zapewne powiedziałby: im więcej, przaśnej i bardziej nietypowo, tym lepiej. Ale czy na pewno o to chodzi?

Chociaż niedaleko leży kamp od kiczu, różnicę pomiędzy nimi można dosyć łatwo wyczuć. Kicz, mówiąc najprościej, to bezguście i przepych, najczęściej kojarzone również z taniością. To jednak nie wszystko, bo kicz z założenia idealizuje rzeczywistość – bezlitośnie ją „fotoszopuje”. Trawę czyni perfekcyjnie zieloną, a niebo błękitne jak w snach. To właśnie dlatego obrazy przedstawiające rustykalne krajobrazy, czy muskularne, galopujące konie z rozwianymi grzywami, często określa się kiczowatymi. Czym z kolei jest kamp? Na to pytanie w 1964 roku próbowała odpowiedzieć Susan Sontag w głośnym  eseju „Notatki o kampie”. Jej zdaniem to jeden z najważniejszych i zarazem najtrudniejszych do zdefiniowania nurtów estetycznych w kulturze i sztuce współczesnej. To także, a może nawet przede wszystkim szuka patrzenia z dystansu. Podobnie jak kicz posługuje się sztucznością i daleko mu do naturalności. Często jednak cechuje go ironia i sarkazm. To sztuka,  której nie można traktować zupełnie na serio, bo po prostu jest jej „za dużo”. Cóż, w teorii różnica wydaje się oczywista, a jak wygląda praktyka?

Reklama
Advertisement

Jeśli kiedykolwiek oglądaliście komedie romantyczne – choćby te najpopularniejsze, na podstawie powieści Nicholasa Sparksa – dobrze wiecie, co to kicz. ON jest bad boyem. ONA dziewczyną z dobrego domu. ON śmiga po mieście na swoim czerwonym jak krew motocyklu. ONA w zwiewnej sukience kręci loki przed lustrem. ON ma zatargi z prawem, a ona same piątki. Zakochują się w sobie od pierwszego wejrzenia, ale na drodze do ICH szczęścia stoi konflikt klasowy lub ekonomiczny. Jej rodzice już wybrali dla niej idealnego kandydata na męża. To chłopak z sąsiedztwa: miły, grzeczny, porządny. Jednak ICH uczucie jest silniejsze. Odejdą razem, w stronę zachodzącego słońca, w towarzystwie szumu fal i śpiewu ptaków. Tak mniej więcej prezentuje się co drugi – jeśli nie co pierwszy – scenariusz romansów. To historie, w których ilość wepchniętych w półtoragodzinny film schematów aż razi po oczach. Słodycz kipi, a piękno i perfekcja zalewają ekrany. Kicz w pełnej krasie. Ale schematy można także wykorzystywać przeciwko sobie – tak, by demaskowały się wzajemnie. Kto oglądał film „Cry Baby” Johnnym Deppem w roli główniej, dobrze wie o czym mówię. To historia miłosna – z pozoru jak każda inna. Jednak aktorzy grają nadzwyczaj teatralnie, a z każdego dialogu wyłania się patos i przesada. Rzeczywistość lat 90. została przerysowana do granic możliwości. Sztuczność wybija się na pierwszy plan i funduje iście kampowe doświadczenia.

Jeśli natomiast chodzi o Met Gala 2019, stylizacje zawiodły oczekiwania wielu. Gwiazdy na czerwonym dywanie zmieszały się za sobą. Po wydarzeniu długo zastanawiałam się, czemu kamp okazał się klapą. Nie sprawdził się na czerwonym dywanie, mimo, że dawał tak wiele możliwości. Cóż, może problem tkwi w tamtejszej komercyjnej kulturze, która po prostu nie umie w kamp, bo jest zbyt przywiązana do „fotoszopa”? A zatem, dużo lepiej radzi sobie z kiczem, bazującym na jednoznaczności i ciągłej chęci ulepszania.

 

 

Share this post

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

PROPONOWANE