Perfekcyjny odcień bieli

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn
wawrzynek

„Jestem perfekcjonistą”. Brzmi dumnie, trochę wyniośle i ze szczyptą samouwielbienia. Takiej osobie można powierzyć ważne zadanie, wystawić ją do pierwszego szeregu podczas wizytacji i posadzić obok największego obiboka w biurze. Określanie siebie jako perfekcjonisty stało się wyznacznikiem bycia dobrym pracownikiem w korporacji, ale też ulubionym słowem osób z kreatywnych profesji. Perfekcjonizm oznacza obietnicę, że nie spieprzę żadnego zadania, nie będę spóźniał się do pracy, będę za to pilnował czasu przerwy co do minuty i zostawał długo po godzinach, żeby dokończyć ultraważny raport.

Kiedyś, w poprzednim życiu, na rozmowach o pracę często sama o sobie mówiłam w ten sposób, zwłaszcza kiedy pytano mnie o standardowe 3 mocne strony mojego charakteru. Potem, jak się okazało, na rozmowach rekrutacyjnych mówili tak wszyscy — perfekcjoniści i ci, którzy przesyłali niedbale wypełnione zadania z błędem ortograficznym w pierwszym zdaniu maila. Najwidoczniej im perfekcjonizm nie kojarzył się z testem białej rękawiczki i uznawali, że drobne smugi brudu albo nie zostaną zauważone, albo puści się je bez żadnych konsekwencji. Zazwyczaj to oni wygrywali w konkurencji „mam spoko pracę” i potrafili zachować perfekcyjny work-life balance. Nam, perfekcjonistom z prawdziwego zdarzenia, praca dokuczała znacznie bardziej i mocniej odbijała się na życiu „po godzinach”.

Dzisiaj, z perspektywy czasu, zmiany profesji i prywatnych doświadczeń patrzę na perfekcjonizm w zupełnie inny sposób. Odkryłam, że bycie perfekcjonistą nie należy do moich 3 najważniejszych zalet. Nie umieściłabym go nawet w pierwszej dziesiątce, bo to, czego się o nim dowiedziałam w ostatnich latach, to to, że traktuję go bardziej jako wrzód, z którym muszę kroczyć przez kolejne proste zadania w życiu. Najbardziej w kość daje mi właśnie teraz, kiedy spełniam się w kreatywnych dziedzinach. Nagle najprostsze rzeczy stają się nie do zniesienia. Tytuł artykułu potrafię poprawiać przez dwa kolejne dni, po kilkanaście razy z rzędu. Zdarza mi się przez to nie dotrzymywać terminów, co dla perfekcjonisty oznacza powód do nieustannego samobiczowania się wyrzutami sumienia i znacznego pogorszenia samooceny. Urządzanie mieszkania też miało być miłe, krótkie i przyjemne i nagle wydłużyło się o kilka miesięcy kosztem podwykonawców, mojej rodziny i mnie samej. Moich prób wybrania idealnego odcienia bieli mają dosyć nie tylko osoby mi bliskie, które muszą wizualizować sobie, jak pada światło i jak dobija się od ciemnej podłogi. Mojego upierdliwego perfekcjonizmu w kwestii kolorów, wzorów i struktur mają dosyć stolarze, sprzedawcy i przede wszystkim mój tata, który pomaga nam w remoncie. O mężu, który przenosi wtem i z powrotem kilkanaście paczek z panelami, które okazały się „za pomarańczowe”, nawet nie mam odwagi myśleć.

Reklama

Bycie perfekcjonistą nie oznacza, że to ja jestem perfekcyjna. Oznacza, że wszystko, co do detalu, musi być perfekcyjne wokół mnie. Przestrzeń, którą tworzę, wakacje, które planuję, ubranie, które noszę, rodzina, którą założyłam, odcień bieli na szafie i życie w ogóle — wszystko musi być takie, jak sobie kiedyś wykreowałam. Każde zetknięcie się z próbą zburzenia tego planu to frustracja, kłótnie i nieprzespane noce. Trudno wrzucić na luz i po prostu odpuścić. Perfekcjonista nie odpuści, dopóki nie osiągnie zadowalającego go efektu. Tutaj kończą się już przechwałki, kto jest bardziej „perfekcyjny”. Tutaj zaczyna się, na początku małe, a potem coraz większe przekleństwo, które potrafi odtrącić ludzi i mocno uderzyć w dobre samopoczucie. Tutaj zaczyna się chorobliwe patrzenie, czy jestem wystarczająco dobra jako córka, żona, siostra, wykładowca i redaktor. Czy wizje, które tworzę w głowie znajdują idealne odbicie w rzeczywistości. Tu nie ma miejsca na margines błędu, tu wszystko musi być idealne. Perfekcyjne do granic możliwości. A przecież te granice wyrozumiałości do mojej przypadłości gdzieś się kończą. U niektórych już się skończyły, bo przestają odpowiadać na moje wiadomości. Okazuje się, że koniec końców perfekcjonista zostaje sam: ze swoją ideą, kolorystycznymi dylematami, czy niedoszlifowanym raportem, który wysyła przez wirtualne łącza do osób, których nawet nigdy nie widział. Niezależnie od zawodu, perfekcjonizm może stać się jedną z najgorszych przypadłości. A mówią, że wystarczy po prostu odpuścić i dostrzec urok w niedoskonałym.

Autor

Malwina Wawrzynek – pasjonatka i analityk mody. Redaktor, stylista, kolorysta i baczny obserwator tego, co w modzie było, jest i będzie. Połówka duetu Malwa&Michał – projektu, który ma na celu promowanie rzetelnej wiedzy o rynku, trendach i mechanizmach związanych z modą. Jest typem naukowca, wiedzę o modzie czerpie więc studiując publikacje, pokazy, trendy i otoczenie. W krakowskiej Artystycznej Alternatywie wykłada analizę kolorystyczną, ponieważ wie, że kolor i moda zawsze idą w parze. Choć najczęściej wybiera czerń, zagadnienia barwy nie mają dla niej żadnych tajemnic. Współpracuje z poczytnymi tytułami oraz instytucjami branży mody. Przyznaje, że w pracy jest niemal 24/7, bo według niej moda nigdy nie śpi.

Przeczytaj również

Nasze magazyny

Reklama

Follow on Twitter

Reklama