Morza szum to jedyne czego mi trzeba

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Czwartek, pobudka 6:00 rano. Warszawa jeszcze śpi…Niektórzy docierają jeszcze taksówkami do domu po zabawie na klubowym parkiecie, bo przecież środa to taka mała sobota. Ja przecieram oczy z niewyspania i wstawiam wodę na kawę, bo bez kawy z domu nie wychodzę. Wędrówka do toalety, aby rozbudzić się przy dźwięku szczoteczki elektrycznej plus zimny strumień wody na twarz, to bardziej stawia mnie na nogi. Nie lubię takich poranków kiedy nie mogę sobie pozwolić na zaparzenie kawy w kawiarce, kiedy aromat unosi się w całej kuchni i w domu. Tak więc stawiam na szybką rozpuszczalną z mlekiem, przy kawie robię szybki przegląd poczty i social mediów (praca w agencji zobowiązuje, nawet w czwartek o 6:30,  nawet na urlopie), biorę walizkę i wychodzę.

Na zewnątrz znacznie zimniej niż pokazywała pogoda na iPhonie, zaciągam szalik wyżej na usta, czapkę na uszy i myślę sobie, że zima, tak czy inaczej, jest w tym roku cudowna i słoneczna. Na dworcu jestem jak zawsze przed czasem. Kupuje dwie gazety i kawę na drogę, to zestaw obowiązkowy każdej podróży, bez względu na to, czy trwać będzie godzinę czy osiem. Wsiadam do przedziału, siedzę sama. Po chwili dosiadają się pozostali pasażerowie – Pani z psem, Pan z kapeluszem na głowie i starsza Pani roześmiana od ucha do ucha. Coś czuję, że to będzie ciekawa podróż. Aby znaleźć swój skrawek prywatności, nakładam na uszy słuchawki. Ma Spotify włączam płytę „Na czas” Marcina Spennera, która od kilku dni towarzyszy mi nieprzerwanie, spoglądam za szybę pędzącego pociągu i analizuję każde słowo, które słyszę w słuchawkach.  Lubię jeździć pociągiem, lubię patrzeć za szybę i obserwować nasz piękny kraj, lubię patrzeć jak ten obraz szybko ucieka i pojawia się kolejny, z pozycji siedzenia polskiego PKP wygląda to najlepiej. Nie wiem skąd to się wzięło, ale lubię stacje kolejowe, te małe i te duże, ale w szczególności te małe, gdzie rzadko można spotkać turystów, gdzie czas zatrzymał się kilkanaście lat do tyłu i gdzie jeszcze pachnie komuną. Nagrywam kilka instastories tego co za oknem i na chwilę zamykam oczy, podróżowanie samemu to dobry czas na przemyślenia.

Stacja Gdynia Główna, uwielbiam tu wracać. Lubię ten moment, kiedy wysiadam z pociągu i zaciągam się głęboko powietrzem, które pachnie jakoś inaczej. Słońce na niebie wita mnie swoim blaskiem, muzyka po raz trzeci zapętla się w słuchawkach. Zamawiam Ubera i jadę do celu. 

Kiedy myślę morze, to pierwsze co przychodzi mi na myśl to dziewięciogodzinna podróż pociągiem, trzy paczki zjedzonych kabanosów, dwie bułki, jedna butelka wina i kilka wypalonych fajek, a wszystko po to, by móc poczuć wiatr we włosach i piach za majtkami. Kiedy ma się naście lat to można więcej, tamto morze wspominam inaczej. Wtedy częściej na plaży widziałam wschody niż zachody słońca. Był to wspaniały czas, ciepłe noce, chłodne poranki. Chodzenie po plaży boso i piasek we włosach. Dziś jeżdżąc na północ naszego pięknego kraju, szukam spokoju. Szukam chwili oddechu. Oddechu od ludzi, od miasta, czasem od życia. Dziś wybieram miejsca o małym natężeniu ludzi. Uwielbiam siedzieć na plaży kiedy w zasięgu wzroku nie ma nikogo, lubię kiedy szum fal to jedyne co słyszę.

 
Reklama
 
Reklama

Latem jest tu cudownie, ale zima nad morzem też ma swoje plusy. Gdyby nie kurtka puchowa, szalik wokół szyi i czapka na głowie, mogłabym pomyśleć, że mamy maj, słońce grzało, a ja w swojej stylizacji słabo pasowałam do tego obrazka. Cztery dni bez układania włosów, w dresie, w okularach przeciwsłonecznych, z szumem fal w oddali, z bułkami w plecaku dla łabędzi i kaczek, wieczory z książką w ręku, dobrą muzyką w tle, i czasem tylko dla siebie. Idealny plan na weekend z dala od miasta. Niedzielo trwaj wiecznie, chciałoby się krzyknąć! Niedziela, dwudziesta, Dworzec Centralny, witaj Warszawo, wszystko co dobre szybko się kończy.

Weekend od kawy do morza i od morza do kawy 😊

Reklama

Smak umami

Umami to jeden z pięciu podstawowych smaków, odczuwalnych przez człowieka