Wydmuszka, która skopie cię na kwaśne jabłko My, reż. René Eller – recenzja

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn

Wychodząc z sali kinowej po seansie My, pomyślałem sobie – zobaczyłem nic. Zionącą otchłań niczego, zaprezentowaną w niewątpliwie ładnym opakowaniu, przez niewątpliwie utalentowanego reżysera, niemniej jednak – nie zobaczyłem niczego. Jak bowiem inaczej skwitować ów kolaż styli, innych produkcji i królestwa zgranych klisz, jaki przygotował Holender?

Według mnie – nie da się. Wszystko w tym filmie jest nijakie, nijakością tym bardziej przygnębiającą, że sama historia wydaje się być interesująca, a doktryna szoku, jaką chciał poddać widzów reżyser, szczególnie jaskrawo podkreśla miałkość samego produktu. Fabuła jest prosta. Grupka nastolatków, Holendrów i Belgów (co nie ma żadnego znaczenia, choć zostało w filmie podkreślone), podczas wakacji, jak się zdaje, postanawia w spektakularny sposób stoczyć się na samo dno społeczne w celu zebrania pieniędzy na bliżej nieokreślone potrzeby. I tu zaczynają się schody.

Reklama

Czy film ten w jakikolwiek sposób przedstawia przekrój społeczeństw w nim przedstawionych? Nie. Czy w jakikolwiek sposób są przedstawione motywacje głównych bohaterów do tak drastycznej zmiany? Nie, jeśli nie liczyć tego, że w jednej scenie ktoś był dla kogoś niemiły, więc ktoś postanawia się odwdzięczyć pięknym za nadobne. Amoralność nastolatków jest dla reżysera czymś tak oczywistym, że aż zastanawia czy czasem nie bierze przykładu z innych produkcji o buńczucznych nastolatkach, aniżeli z rzeczywistości zastanej. Czy film stara się przynajmniej za pomocą historii przedstawionej pokazać jakąkolwiek treść poza fabułą? Nie i nawet podwójnie. Szczególnie, gdy zestawić go z konkurencją. Można by tu wziąć jako przykład, dość kontrowersyjnych, Spring breakers Sophii Coppoli. Powodem, dla którego film Amerykanki jednak działa jest fakt, że znudzone dziewczęta przesiąknięte konsumpcjonizmem wpajanym im przez media i ich środowisko są wiarygodne, gdy dają się omamić łatwym zarobkiem przez charyzmatycznego dilera przy kasie. Historia przedstawiona nie jest tylko obrazkiem, ale w głęboki sposób obnaża pewien fakt istniejący w społeczeństwie amerykańskim i nie tylko zresztą. Sama postać dilera, granego przez Jamesa Franco, dodaje pewnej wiarygodności, względnej, skuteczności gangsterskich eskapad dziewcząt i ich przemiany. Jest personifikacją problemów, które dotyczą bohaterów, jego hiperbolizowaną wersją.

Bohaterowie My natomiast sprawiają wrażenie raczej grupy przypadkowo zgarniętych, wysoce funkcjonujących psychopatów, którzy z determinacją zmierzają do planu zagłady świata swojego i innych. To dość zresztą przygnębiające, gdyż niektóre z zabiegów wykorzystanych przez reżysera są, co najmniej, interesujące. Nieliniowa fabuła i spojrzenie na te same fakty z różnych perspektyw jest zrobione w wyjątkowo funkcjonalny sposób. Jednakże, jak uważam, niedojrzałość artystyczna nieuchronnie sprowadza go do epatowania naturalizmem, który, w tym momencie historycznym, nie jest ani szokujący, ani ciekawy. Zresztą, cierpi też na tym sama historia.

Pałętające się bez sensu dzieciaki, przeplatane z porno, różnego rodzaju exploitation i scenami z za mocnych thrillerów, sprawiają wrażenie bardziej miszmaszu stworzonego przez chaotycznego naturszczyka z obsesją nagości, aniżeli poważnego reżysera z pomysłem. Gdyż to jest największy problem My – brak pomysłu. Nie ma tu nic więcej, niż to, co na pierwszy rzut oka. Żadnego głębszego przemyślenia tam nie znajdziemy. Jesteśmy postawieni przed faktem dokonanym – nie ma nic i nic się nie zdarzy. Dlatego, choć zdecydowanie ambitną, należy uznać tę próbę reżyserską negatywnie. Można się wybrać, ale nie jest to seans godny polecenia na wyjście do kina z rodzicami.

Przeczytaj również

Nasze magazyny

Reklama

Follow on Twitter

Reklama

Reklama