Kolejny czerwiec znika

Jacek Chmura
Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Te trzy tygodnie odkąd zasnąłem tu po raz pierwszy były jak szybka łódź, co cudem unika rozbicia, w ostatku nie docierając jednak do żadnego ciekawego miejsca. Pędziłem od rana chcąc zarobić choć tyle, by mniej martwić się podczas robienia zakupów, a później po całym domu szukałem sobie miejsca i czasu, w jakich byłbym w stanie spokojnie popisać. Odkładając na później wszystkie niematerialne, naprawdę liczące się wspaniałości, jakie było mi w stanie zaoferować życie doszedłem do etapu, w którym otaczając się całkiem ładnymi przedmiotami, klnę na to, że nie uczyniłem nic, co zdołałoby zaimponować  memu odbiciu w lustrze – jeszcze nigdy nie zrobiłem pożytku ze sprzętu, na który poszły tysiące: moje i nie moje.

Myślenie o przeszłości boli tak bardzo, bo szanse na wygraną były doprawdy wielkie. Dziś mój kolega ma już prawie te 30 lat, z których śmiałem się dawniej, nie wiedząc, że przemijanie to tak skuteczna rzecz. W roku 2012, kiedy on był niemal pewien, że świat zaraz się skończy, ja trochę ironizując, trochę kibicując wieszczonemu kresowi sądziłem naiwnie, że przypisany zostałem do rzeczy wielkich i jeśli Ziemia ma przetrwać, to tylko czyniąc mnie prędko kimś z wyższej półki. Los potoczył się inaczej, przeganiając mnie z miejsca na miejsce, wysyłając różnych ludzi, by przeszkadzali mi na różne sposoby, a kolega tak mi bliski w czasach poprzedzających te gigantyczne porażki, stał się kimś, do kogo mogę już dzisiaj napisać jedynie gorzki w posmaku list, wytykający błąd za błędem samemu sobie, jemu i temu, czym przez jakiś czas byliśmy wspólnie – członkom klubu, który za bardzo ufał przyszłości.

Reklama

Nie uważam, żeby wiele się zmieniło. Dumam nad sobą – w wyobraźni widzę człowieka, jakich pełno, zagubionego na wzór tego sprzed lat i wciąż myślącego dziwacznymi kategoriami, próbującego ze strachu ośmieszać wszystko, co niesie ze sobą jakieś ryzyko. Choć, jeśli potrafię wstawać nim słońce zajrzy przez okno, a sny poprzedzające pobudkę bywają tak zawiłe, że próba opowiedzenia o nich zazwyczaj kończy się klęską, z moją wolą i wyobraźnią nie jest tak źle, jak sądzi rodzina. Ale nałogowe rozpraszanie się każdym najmniejszym drobiazgiem – prostymi skojarzeniami niewielkiej wagi – i mocne przywiązywanie się do nic tak naprawdę niewartych przedmiotów, nie dają żadnego powodu do dumy.

Optymistyczne podejście do tworzenia w moim przypadku nie działa. W dowolnym momencie produkuję niesamowite historie lub też przyciągam tak prędko błyskotliwe linijki, których później jakoś nie potrafię zapisać. W głowie wszystko wygląda wspaniale; później nawet pierwsze zdanie nie potrafi się samo ułożyć. W zamian dostaję zajęcia zastępcze, rozpoczynając od myślenia na trzy sposoby – leżę i myślę, siedzę i myślę, chodzę i myślę – kończąc na spontanicznym sprzątaniu każdego zakamarka, jaki tylko zdołam wypatrzeć.

Tylko po to zacząłem szukać idealnego środowiska pracy, by dowiedzieć się, że może to potrwać dłużej, niż wynosi czas, który został mi dany. Gdy już wszystkie kąty okazały się być zgodne z ergonomicznymi wytycznymi, a wśród wielu testowanych aplikacji zdołałem wybrać tę., która drażni najmniej, poczułem pewną ulgę, lecz zaraz zastapił niepokój, odsyłający mnie do bliskiej przyszłości. Co zrobię, gdy przyjdzie mi wymienić narzędzia? Albo kiedy coś lub ktoś zmusi mnie do przeprowadzki? Zbyt zaufałem zimnym kontaktom człowieka z maszyną, zapominając kim jestem i po co w ogóle za cokolwiek się zabieram.

A teraz, po tym pierwszym tekście, który nie za bardzo właściwie gdzieś zmierzał, zaczniemy wszystko raz jeszcze, ale inaczej: wezmę Was ze sobą na kolejne spotkania, być może nie do końca stawiające na konkrety, lecz przynajmniej regularność biorące za świętość, co – biorąc pod uwagę powyższe – chociaż mnie samemu wyjdzie na dobre.

 

Reklama