Stocznia wpisana w czas

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn

Mimo, iż to Akademia Sztuk Pięknych jest dla mnie najwyrazistszym miejscem na mapie Gdańska, ze względu na to ile jej zawdzięczam, to utożsamiam się z jeszcze jednym, mniej zatłoczonym miejscem.

Codziennie mijam je z uśmiechem, będąc w porannych korkach. Jest w tym miejscu pewien rodzaj tajemnicy, która zmusza mój wzrok do spojrzenia się w opustoszałe, rdzawo-czerwone, ceglane ściany. Opustoszałe, a z drugiej strony tak bardzo żywe. Ludzie wydają się nie darzyć ich szczególną uwagą. Stojąc autem na czerwonym świetle gapią się w telefon. Do momentu póki, ktoś ich nie wyrwie z tego chwilowego uzależnienia – strata czasu.

Idąc zimnym rankiem ulicą Technologiczną mam ochotę zajrzeć przez  bezlitośnie potraktowane czasem wysokie okna stoczni gdańskiej. Widzę, że dziki bluszcz od dawna lubi te kolorowe mury. Wspina się po wyszczerbionej cegle ku górze, by dodać kolejnych lat elewacji. Elewacji, zza której rozpościera się widok doków i stalowych żurawi.

Jest styczeń. Pora ta potęguje poczucie, że przeznaczenie niektórych budynków zostało zapomniane i nie znalazł się nikt, by dać im żyć na nowo. Szara pogoda idealnie podkreśla całokształt surowości architektury. Jednak mnie porusza to tak, że mogłabym opowiadać dalej o wszystkich drzwiach,  klamkach, oknach i szczelinach, do których mam dostęp. Towarzyszy mi myśl, że cudownie by było mieć tu niewielką pracownię. Surową, piękną w swej nieregularności, betonową posadzkę wyłożyłabym dużymi, perskimi dywanami i zastanawiałabym się, czy dobrze robię zasłaniając ją – przecież to za to lubię tę przestrzeń. Codziennie przechodziłabym przez jedną z tych bocznych uliczek, Ślusarzy bądź Niterów, by przejść przez mury któregoś z budynków.  Jak ludzie, którzy tu pracują od czwartej nad ranem, by nitować stalowe elementy. Wydaje mi się, że tak wyraźna przestrzeń ułatwiłoby mi kreatywną pracę architekta wnętrz. A do niej klimat wydaje się idealny. Od środka podnosząc wzrok znad kolejnego projektu, patrzyłabym na pewną dysharmonię za oknem. Nowoczesne budynki wynurzają się tu jak dym z kominów elektrowni. Można mieć wrażenie, że to wszystko sztuczne twory, jednak składają się na jedną całość.

Spacerując między budynkami oglądam ściany, na których niejeden artysta zostawił po sobie dowód swojego warsztatu. W tej przestrzeni każdemu się to wybacza. Wszystkie te elementy składają się na wyrazistość ogromu obiektów stoczniowych. Nadają kolor oraz pewną historię, na pierwszy rzut oka, monochromatycznemu oraz mało barwnemu dystryktowi.
Ktoś, kto nie jest stąd, oddałby rękę za przekonanie, iż teren jest opuszczony. Wystarczyłby mu pięciominutowy spacer którąś z uliczek, by z wnętrza stoczniowych hangarów usłyszeć świsty i dźwięk uderzania metalem o metal. Nie ma tam wstępu – dlatego to tak pobudza wyobraźnie. Można się tylko domyślać, jak wielka praca się tam odbywa.

Różnorodność budynków ma przyczynić się do przyszłego rozwoju miejskiej dzielnicy. Powstała koncepcja, która opiera się na dodaniu nowych elementów do istniejącej tkanki. Mają powstać tu nowe funkcje, które sprawią, że ludzie chętniej będą spędzać tu czas. A może zamiast tworzyć kolejną „modną” dzielnicę ze strefą mieszkalną, Stocznia Cesarska powinna być zwyczajnie pieczołowicie odrestaurowana? Efekt wielu decyzji pokaże czas. Ja na razie mogę cieszę się tą wyjątkową przestrzenią wpisaną w czas.

Autor

Zuzanna Motus – Architekt Wnętrz, założycielka pracowni projektowej LOQM. Ukończyła Akademie Sztuk Pięknych w Gdańsku na wydziale Architektury i Wzornictwa. W projektowaniu wnętrz stawia na wysoką jakość detali oraz ponadczasowe rozwiązania. Jej realizacje są doceniana przez polskie magazyny branżowe. Interesuję się architekturą oraz designem z okresu PRL’u. Uwielbia życie w Trójmieście. Jak tylko ma okazje podróżuje, uprawia sport oraz spędza czas na świeżym powietrzu, najlepiej w gronie najbliższych znajomych.
www.pracownialoqm.com

Przeczytaj również

Nasze magazyny

Reklama

Reklama

Follow on Twitter