Bartosz Ostałowski: Mistrz kierownicy

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Jesteś mistrzem nad mistrzami. Jak dwa lata temu oglądałem reportaż o tobie w Dzień Dobry TVN to mówiłem: Chciałbym cię poznać, bo nauczyłeś się czegoś, czego ja bym chyba nie dał rady się nauczyć. Mam takiego kolegę w Krakowie, który maluje ustami, ale on urodził się bez rąk i od małego uczył się używać nóg. A jak tobie to się udało? W jaki sposób zacząłeś?

Pewnie, to nasz wspólny znajomy. Natomiast rzeczywiście to było tak, że ręce straciłem dość późno, jeśli chodzi o naukę życia w nowej sytuacji, bo w wieku 20 lat, więc byłem już dorosłym człowiekiem, który wkracza w życie, cały organizm jest już ukształtowany i rzeczywiście było dosyć ciężko. Trudno nagle przyzwyczaić się do tego, że z dnia na dzień stajesz przed lustrem, nie ma rąk i do tego nie masz rąk przed oczami, które człowiek ma całe życie. Wstajesz rano, wyłączasz budzik, myjesz zęby, ubierasz się, wyciągasz ciuchy z garderoby, cały czas te ręce są, a nagle budzisz się i nic nie możesz zrobić, wszędzie widzisz same bariery, to jest trudne. O ile ten pierwszy okres w szpitalach jeszcze nie przedstawiał pełnej grozy sytuacji, o tyle powrót do domu, gdzie tyle lat funkcjonowałem, pokazał mi jak dużo barier przede mną, jak wiele w życiu nie potrafię teraz zrobić. Byłem jak małe dziecko, które dopiero wchodzi w życie. Musiałem się wszystkiego uczyć od nowa, szukać rozwiązań. Do tej pory moje życie wygląda tak, że każda nowa rzecz, którą chcę spróbować to coś, co muszę jakoś zmodyfikować, jakoś przerobić na własne potrzeby, znaleźć rozwiązanie jak mogę tego użyć, żeby też być samodzielnym. Oczywiście: prostszą drogą jest to, żeby ktoś to zrobił za mnie, ale ja staram się jednak obrać tą drogę, która pozwala mi być jak najbardziej samodzielnym i w zasadzie chyba ta filozofia doprowadziła mnie do tego, że w końcu zasiadłem za kierownicą samochodu. Najpierw zwykłego, żeby w ogóle się przemieszczać, a później wróciła iskierka nadziei, że może jednak uda się wrócić też do wielkiego marzenia, jakim był motosport. Gdzieś po drodze, wygrzebując się z tej sytuacji trudnej mentalnie i fizycznie, trafiłem na świetnych ludzi z kliniki Hanger w Stanach i poniekąd to była wynikowa tego co robiłem w motosporcie. Dlatego właśnie oni, tak daleko, za oceanem o mnie usłyszeli i zaprosili mnie do współpracy, żeby się wymienić doświadczeniami, co oni potrafią, co ja potrafię, jak to się stało, że tak szybko opanowałem jazdę samochodem. Z drugiej strony nie byłem do końca samodzielny w innych aspektach, takich codziennych, więc bardzo dużo mi dał wyjazd.


Reklama

Przecież nawet pójście do toalety jest wyzwaniem, wszystko jest przeszkodą.

Na wszystkie te rzeczy trzeba było znaleźć odpowiedź, której na początku nie było i nie wiadomo było czy w ogóle znajdę. Na pewno wizyta w Stanach dała mi to, że zmieniłem punkt widzenia na tę sytuację, spojrzałem szerzej. Pokazali mi jak bardzo mogę uruchomić swój organizm, żeby odzyskać samodzielność, żeby być dalej samodzielną osobą, która może być w pełni niezależna. I to było o tyle trudne, że będąc osobą, która szukała nowych rozwiązań po wypadku, nagle dostałem propozycję, żeby lecieć na drugi koniec świata, do ludzi, których nie znałem. Trochę się tego obawiałem, bo do tej pory nie byłem na tyle pewny siebie, żeby gdzieś pojechać sam i nie bać się, że coś mnie zaskoczy albo że sobie nie poradzę, a tutaj trafiło się pewne ultimatum, że jeżeli mam się czegoś uczyć to muszę tam przyjechać sam, bo wtedy nie będzie osób, które mi pomagają i będziemy szukać rozwiązań. To bardzo dużo dało, otworzyło oczy na to, jak wiele jest potencjału w człowieku, nie mówię we mnie, ale w człowieku, który chce się rozwijać. I Rzeczywiście wróciłem inny, nie tylko sportowo, ale mentalnie. Od tej pory będę próbował, a nie zamykał się na pewne rzeczy.

Nie mylę się teraz mówiąc, że driftowałeś przed wypadkiem?

Tak

Czyli można powiedzieć, że pasja ci pomogła w tym, że nie chciałeś zaprzestać tego robić?

W ogóle, może to nie był jeszcze taki klasyczny drift, bo drift jeszcze wtedy kiełkował w Polsce, natomiast na pewno przygotowania do super OS-ów, do rajdów. Ta pasja była we mnie tak silna, że nie potrafiłem wytrzymać bez kontaktu z motoryzacją, z samochodami, z garażem.

Z zapachem benzyny o poranku.

Dokładnie tak. Później był to rzeczywiście jeden z elementów, który mnie wyciągnął z traumy powypadkowej, bo ja bardzo szybko zacząłem zastanawiać się jak mogę wrócić, w jakimkolwiek stopniu, do sportu. Na początku myślałem, że może zrobię jakieś studia, które nauczą mnie dobrze programować, zmienię swój profil i będę np. członkiem zespołu motorsportowego, będę mógł projektować zawieszenie, itp., nie będę już kierowcą, ale na tyle na ile się da, chcę dalej w tym być. To był okres kiedy nie było to takie oczywiste, ponieważ dużo ludzi mówiło mi: zmień kierunek, samochody to już nie to, to już za tobą i nie ma szans. Kiedy powiedziałem, że chcę się ścigać to już w ogóle wszyscy się pukali w głowę, ale ja wiedziałem, że to jest jedyna rzecz, która daje mi pełne szczęście i wolę móc to robić chociażby dwa, trzy lata i nie żałować całe życie, że zrezygnowałem, bo stchórzyłem. To była siła napędowa i jak tylko znajdowałem jakieś okruszki nadziei, informację, która przybliżała do tego, żeby wrócić za kierownicę to bardzo mocno się tego łapałem. W końcu kupiłem samochód z automatyczną skrzynią biegów, wsiadłem za kierownicę i ruszyłem. Poczułem, że jeszcze wszystko jest możliwe.

Tak sobie wyobrażam, ile musiałeś łez przelać, żeby to wszystko ciągnąć, bo dziś tu siedzimy i się śmiejemy i jest wszystko fajnie, ale wyobrażam sobie te litry potu wylane. Żeby zobaczyć cię w akcji, to warto obejrzeć nowy program, który prowadzisz i, w którego tytule jest pasja. Opowiedz mi jaki to tytuł, gdzie to obejrzymy?

Zdecydowanie tak. To Pasja na Krawędzi, nowy program na platformie player.pl, czyli seria, którą prowadziliśmy do tej pory na naszym kanale YouTube. To coś, co powstało w mojej głowie, żeby połączyć motoryzację i pasję do wszystkiego, czyli do tego co moi goście wnoszą do programu – ich pasję, która zaprowadziła ich na sam szczyt, ich sposoby na radzenie sobie w różnych sytuacjach. Trochę motywacji w rozmowach np. z Krzysztofem Hołowczycem czy Rafałem Sonikiem, gdzie mówili jak radzili sobie w tych najcięższych momentach na Dakarze. Naprawdę można dużo wynieść. Są też zabawne sytuacje kiedy ja pytam: Jak sobie poradziłeś w tej trudnej sytuacji? Co robić, żeby się odnaleźć, żeby się nie poddać? A oni mówią: Ty mnie o to pytasz?! Pytanie spalone, ale na szczęście udało mi się wyciągnąć ich sposoby, bo to też jest ważne, tego też ludzie potrzebują. Mogą zobaczyć przykład, że gość czegoś dokonał mimo przeszkód: był gdzieś, samochód rozwalony, kręgosłup połamany, wszyscy go skreślili, ale się wygrzebał. Jak to zrobić? Myślę, że to jest fajne i potrzebne, dlatego pokazujemy to w Pasji na Krawędzi.


Reklama

Przejdźmy do Twojego driftowozu. Ile koni tam masz pod maską? Z tego co wiem to nie są to samochody dopuszczone do jazdy na ulicy.

Myślę, że spokojnie jesteśmy w stanie wykrzesać 1000 koni z tego silnika, do tego wszystkie masy są ułożone bardzo nisko. Samochód będzie na pewno piekielnie szybki. To będzie też fenomen, że jedna stopa panuje nad 1000 koni.

1000 koni pod stopą. Powiedz mi o swoich osiągnięciach sportowych, bo ty nie tylko uczestniczysz w tym, ale ty zwyciężasz.

W profesjonalnym drifcie zacząłem z końcem 2011 roku i tak naprawdę cel był od razu jeden, żeby nawiązać walkę z kierowcami sprawnymi. Warto wspomnieć o tym, że nie ma żadnej specjalnej klasy dla osób z niepełnosprawnością, w związku z tym, jak prowadzę to albo jeżdżę tylko w regularnej stawce, albo wcale, więc jeżeli rywalizuję to już ze wszystkimi, z samą czołówką. Rzeczywiście, w zeszłym roku zdobyłem tytuł wicemistrza Polski w drifcie, więc to było duże osiągnięcie, długo na to czekałem i chyba też udowodniłem sobie, że te lata spędzone w sporcie nie poszły na marne. Doszedłem do takiego poziomu, że mogę spokojnie rywalizować i wygrywać. To było ważne od początku. Wiedziałem, że jeżeli wracam to nie po to, żeby sobie spełnić marzenia, żeby ktoś powiedział, że jest ktoś bez rąk i jeździ, tylko żeby faktycznie była to rywalizacja. I w kwestii samochodu, i moje przygotowanie, i treningi były nastawione na tę właśnie rywalizację, żeby znajdować te rzeczy, które nam przeszkadzają, wyciągać wnioski z niepowodzeń i żeby one się już nie powtórzyły. To było bardzo trudne, bo nikt tak naprawdę tego nie zrobił wcześniej, więc ja nie mogłem sobie spojrzeć jak ktoś to robi albo jak to jest rozwiązane w innym samochodzie, wszystko trzeba było narysować na czystej kartce, zaprojektować, wymyślić, zrobić prototyp. To było bardzo wymagające, nie mogłem kupić gotowego hamulca ręcznego i zamontować, żeby jeździć, tylko ten hamulec trzeba było wymyślać. Jak już działał na papierze to okazało się, że jednak podczas jazdy coś przeszkadza, czymś zahaczam, dochodzą jeszcze przeciążenia na zakrętach, to było naprawdę dużo miesięcy i lat modyfikowania, ale każdego roku szliśmy do przodu i dalej tak jest. To duży sukces.

Czy masz jeszcze jakieś inne pasje poza sportową?

Moją wielką pasją od dzieciaka było malarstwo i na początku to było bardziej hobby, zawsze musiał mnie ktoś odrywać od farb, od szkicowania, aż do okresu studiów to we mnie zostało. Dalej jeszcze szkicowałem, robiłem rożne projekty, zwykle ołówkiem. Teraz przeniosłem to na stopę. Stopą maluję i szkicuję, należę do Wydawnictwa Amun, które skupia artystów niepełnosprawnych i też dzięki nim uwierzyłem, że mogę wrócić, bo wiedziałem ile takich precyzyjnych ruchów musiałem przedtem zrobić ręką, nadgarstkiem, palcami, żeby szkicować, żeby zrobić płynną kreskę, płynny łuk, narysować okrąg. Na początku jak próbowałem wrócić do tego to zdarzało się rzucanie pędzlami, kopanie. Mówiłem, że nie ma szans, że się nie uda, drżała mi stopa, łapały mnie skurcze i w ogóle nie mogłem znaleźć punktu wyjścia, ale dzięki temu chyba, że powiedziałem sobie, że chcę spróbować namalować parę prac i jeżeli one będą do kosza to trudno, a jeżeli coś wyjdzie to super – to wracałem. Pierwsze kilka razy były bardzo ciężkie i byłem w stanie wytrzymać tylko 15 minut, ale później coraz dłużej, coraz lepiej, coraz bardziej naturalnie pewne rzeczy wychodziły i osoby z Wydawnictwa rzeczywiście coś dostrzegły w moich pracach, zaprosiły mnie do współpracy i tak zostałem jednym z artystów. Później przyszła pierwsza wystawa, na którą przyszli w większości znajomi i rodzina, ale też trochę ludzi, którzy usłyszeli o tej wystawie i przychodzili, mówili, że jest super. Wtedy zdałem sobie sprawę, że chyba się jednak udało. Podsumowując, ocaliłem dwie moje największe pasje.

Myślę, że jedna drugą uzupełnia, bo sztuka też potrafi nas pogodzić ze światem, prawda?

Na pewno, też daje takie wyciszenie, formę wyrażenia siebie, ale też się fajnie uzupełnia, bo akurat w sezonie letnim mamy tę adrenalinę, wyścigi, a w sezonie zimowym, kiedy jest przestój, to mogę się poświęcić malowaniu.

Czyli w kwarantannie malowałeś?

Zdecydowanie

I się nie nudziłeś absolutnie?

Zdecydowanie tak. Do tego trzecią rzeczą jest program Pasja na Krawędzi, który naprawdę jesteśmy w stanie rozwinąć tak, aby był to taki mały polski Top Gear, więc damy czadu.

Czego ci z całego serca życzę. Bardzo dziękuję za rozmowę. 20 minut zleciało.

Strasznie szybko czas leciał podczas tej rozmowy.

Tak jest. Będę cię podziwiał dalej. Dzięki.

Dziękuję.

 

fot.: Piotr Sobik

Reklama

Reklama