Walentynki a sprawa polska

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn

Po raz kolejny bolesny krzyk wydobył się z gardeł kwiatostanu polskich patriotów, obrońców narodowych wartości i pamięci pomordowanych. Zagrożenie, tak jak za czasów PRL-u, przyszło do nas z Zachodu. Otóż kupując żonie bombonierkę w kształcie serca, nieświadomie wbiłem nóż w zbolałe plecy naszej Ojczyzny. Na domiar złego, nie czuję się winny. Może gdyby bombonierka była w kształcie krzyża, ale póki co, nie robią.

Argumenty przeciwników tego święta są cokolwiek niezrozumiałe. Podstawowy zarzut dotyczy kwestii tzw. TRADYCJI, której należy się za wszelką cenę trzymać i niczym przykazań, przestrzegać. Przypominam więc, iż każda tzw. „tradycyjność” była w swoim czasie rzeczą na wskroś awangardową. Gdyby ludzie, jako gatunek, opierali swoje działania jedynie o tradycję, zapewne do dnia dzisiejszego tkwilibyśmy w jaskiniach, traktując skórzane namioty, jako przejaw rozszalałej awangardy w architekturze okresu paleolitu górnego, która niszczy więzi społeczne człowieka jaskiniowego. Poza tym tradycja jest dla ludzi, a nie na odwrót. Nie spada nam z nieba (chociaż niektórzy tak myślą), ale jest pewnym procesem. Czytałem kiedyś artykuł, w którym opisane były dwie, starsze wiekiem Ślązaczki, które zawsze po wizycie na cmentarzu w dniu Wszystkich Świętych szły do McDonalds’a na Big Maca. Mówiły wprost „to taka nasza tradycja”. Robiły coś złego? Czy nie jedząc rosołu z nudlami, czy kołocza dopuszczały się zbrodni? W moim mniemaniu nie, ale w końcu Ślązacy to ukryta opcja.

Kolejnym argumentem wojowników walczących z różowymi balonikami i kolacją przy świecach, jest dowodzenie, że mamy już swój, narodowy, polski i słowiański odpowiednik takiego święta, a mianowicie Noc Kupały. Żyję na tym świecie już 49 lat i, kurczę blade, właśnie dotarło do mnie, że tkwiłem w nieświadomości, omijany przez to magiczne, prasłowiańskie święto, niczym śpiący na szosie pijak, mijany przez ciągniki. Zachwycam się walentynkowym plastikiem, a przecież zawsze z 21 na 22 czerwca grupa półnagich panienek z wiankami na głowach, tańczy w kółeczku nad lewym dopływem Pasłęki. Szok!

Jest również pewien zabawny paradoks. Ludzie, którzy powszechnie wyrażają swoją dezaprobatę dla zachowań ksenofobicznych, każąc nam widzieć się jako piewców wolności i tolerancji dla inności, potępiają Walentynki głównie za to, że są „nie nasze” i obce nam kulturowo.

I na koniec zarzut tandety i przesłodzenia towarzyszącemu Walentynkom. No jasne. Te cechy obce są takim świętom, jak Boże Narodzenie czy Wielkanoc. Cały Naród nie robi wtedy niczego  innego, jak tylko siedzi w kościelnej ławie, oddaje się zadumie, umartwianiu, wcinając przy tym korzonki  i szarańczę. A wszystko po to, by być bliżej Boga. Natomiast galerie handlowe pełne są zdziczałych hord ateistów, biegających za świecącymi reniferami. Prawie mnie przekonali.

Myślę sobie, że tak naprawdę argumentem, który w naszych polskich realiach najlepiej przemawia za odwróceniem się od walentynkowego szaleństwa, jest to, że wymaga ono od rodaków deklaracji miłości, uśmiechania się do siebie, a nade wszystko święto to – złośliwie –  po prostu nikomu nie szkodzi, a tego Polak zdzierżyć nie może.

Dlatego apeluję o to, by w ten dzień dawać upust, głęboko ukrytym przed światem, naszym wewnętrznym pokładom różowej tandety. Niech będzie czekoladkowo i ckliwie. Niech będą świece i serca z piernika. Bo nic w tym złego. Polska nie utraci niepodległości tylko dlatego, bo powiemy swoim bliskim, że ich kochamy. Tak sobie myślę.

Autor

Tomasz Kowalski –Z wykształcenia prawnik. Rocznik 70. Katowiczanin. Pisarz. Autor „Mędrca kaźni”, „Rozmów na trzech grabarzy i jedną śmierć”, „Nie pozwolisz żyć czarownicy” oraz zbioru opowiadań „Przysionek, dom dla pozornie umarłych”.

Przeczytaj również

Witaminki

Ostatnio pomyślałem czy by nie opatentować witaminowych suplementów dla nas

Nasze magazyny

Reklama

Follow on Twitter

Reklama