Marzyć zawsze można

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Żyjemy w czasach technologicznego hiper-postępu, co ma przeogromny wpływ na wszystkich, bez wyjątku, mieszkańców naszej planety. Ów postęp materializuje się na przykład w cyfryzacji procesów politycznych, gdzie głównym forum debaty nie jest już żadna tam sala plenarna, czy wiec ludowy, ale wirtualna sieć w postaci chociażby twittera, instagrama czy facebooka. Miarą popularności polityków są coraz częściej błyskotliwe ćwierknięcia czy aforystyczne passusy na wallu, a nie rzeczywista praca na rzecz ludzi połączona z promowaniem szczytnych idei i realizacją dążeń społecznych. Kiedy jeszcze dołożymy do tego tak zwany hejt, dzięki któremu sporo politycznych figur w ogóle egzystuje w publicznej świadomości, poskładany obraz jawi się jako szkaradny i bezwartościowy.

Oczywiście nie da się wyłączyć internetu i raczej też niemożliwy jest powrót do czasów, kiedy o możliwości biernego lub czynnego uczestnictwa w polityce decydował cenzus wykształcenia. Istnieją jednak uzasadnione obawy, że jeśli „czegoś z tym nie zrobimy”, już niebawem czeka nas egzystencja w krajach rządzonych przez demokratycznie wybrane twitterowo-facebookowe towarzystwo, które w najbardziej atrakcyjny sposób zareklamowało się swojemu wbitemu w smartfony elektoratowi. Co stanowi zatem remedium na nabrzmiewający problem totalnego spłycenia i tabloidyzacji procesów demokratycznych? Odpowiedzią może być jedno – edukacja. I to niekoniecznie ta pojmowana w kategoriach systemu szkolnictwa, ale ta najprostsza, polegająca na kontakcie z drugim człowiekiem.

Martin Luther King Jr. powiedział w swym słynnym przemówieniu, że ma marzenie. To były bardzo proste słowa, mówiące o równości i braterstwie ludzi różnych ras i wyznań. Był rok 1963, a Ameryka dopiero zaczynała uświadamiać sobie, że po niemal stu latach od formalnego zniesienia niewolnictwa, kraj jest podzielony do tego stopnia, że za chwilę dojdzie do nowej wojny domowej. Oczywiście dzisiejszym Stanom Zjednoczonym jeszcze trochę brakuje do realizacji marzeń legendarnego pastora, ale gdyby nie został on zastrzelony, to zapewne dożyłby inauguracji prezydentury Baracka Obamy i niechybnie powiedziałby wtedy, że sen się spełnił.

Piszę te słowa będąc wciąż w stanie głębokiego przygnębienia po brutalnym zabójstwie Pawła Adamowicza, którego spuścizna bezwarunkowo zasługuje na szacunek i kultywowanie. On też miał marzenia i ci, którzy za jakiś czas otrząsną się po żałobie, będą siłą rzeczy odpowiedzialni za dalszą realizację tego dzieła, nie tylko w Gdańsku. I równie skutecznie możemy to robić my wszyscy, którym jeszcze zależy na równości i braterstwie, w ramach tej najprostszej formy edukacji.

 
Reklama
 
Reklama

Reklama