Histerio! Kto? Ja?

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn

Zburzyli mi dom. Rodzinny dom zrównali z ziemią, nie biorąc jeńców, nie patrząc się za siebie, bezczelnie wyrwali go z fundamentów i na miejscu niegdysiejszej przestrzeni radości i spokoju, zostawili gorejącą otchłań.

Pamiętam go jak przez mgłę. Ciepły, bezpieczny, ciemny. Bez imponderabiliów, bez ideologii, bez pieniędzy. Świat wiecznej szczęśliwości. Większość chciałaby tam wrócić. Rozsiąść się w wygodnej przestrzeni i zamknąć za sobą drzwi. Pająki boją się nas bardziej niż my ich. My wszyscy jesteśmy pająkami, w wielkim poszukiwaniu od-pajęczonych miejsc. I wszyscy chcemy nie musieć.

Pamiętam jak dziś czerwone ściany pokryte miękkim materiałem. Wygłuszały nieprzyjazne dźwięki otoczenia jak puste opakowania po jajkach amatorskie studio nagraniowe. Dzięki temu nie musiałem przejmować się brutalnością codzienności i okrucieństwem wyjątku. Matka skutecznie chroniła moje wątłe ciało przed każdym możliwym cierpieniem, zarówno tym, którego miała świadomość, jak i tym, o którym nawet nie miała pojęcia.

Pamiętam ciszę. Choć zgiełk miasta nie miał mi być zaprezentowany jeszcze przez dobrych kilkanaście lat, wszystko po tym pierwszym domostwie nacechowane było zamętem. Tak jak zamętem nie wydaje mi się już Gdańsk, w początkach mojego istnienia zamętem były nawet dwa gołębie w nieustannym pędzie godowym. Zamętem było drżenie ścian mojego domu. Albo gdy nie do końca najlepsze jedzenie stawało się moją częścią, na której rosłem i rozpaczałem jednocześnie.

Pamiętam w końcu, gdy wyprowadziłem się z mojego pierwszego domu na oślepiające zewnętrze, którego stać się miałem częścią już do końca swoich dni. To wspomnienie ma kolor biały. Biały jak biała wściekłość i komunijna sukienka. Biały jak szpitalne korytarze i wstrętne żarówki wkręcone w sali operacyjnej. Biały jak białe śmierci rozniesione po społeczeństwie.

Mój pierwszy dom zabrała mi histerektomia. Uczyniła mnie bezdomnym, bezdomnością, której nie da się udowodnić. A jeśli miejsce mojego stworzenia nie istnieje, to jestem wolny czy już tylko zwolniony z obowiązku pamięci?

Autor

Jakub Wejkszner – już-nie-prawnik, jeszcze-nie-filozof. Wśród swoich zainteresowań wymienia jednym tchem współczesną estetykę, literaturę, filmy Davida Lyncha oraz performatykę codzienności na przykładzie osób, które notorycznie stoją w przejściu. Jego główną aspiracją w życiu jest zostanie publikowanym autorem, ewentualnie, w przypadku niepowodzenia, kimś, kto (nieudolnie) przetłumaczył sobie, że społeczeństwo po prostu nie było na to gotowe. Redaktor prowadzący Anywhere.pl.

Przeczytaj również

Walentynki

Kolokwialnie mówiąc, miłość powinna być jak dobry monopolowy: siedem dni

Nasze magazyny

Reklama

Reklama

Follow on Twitter