Ktoś próbuje pomalować mój kraj na szaro

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn

Przy okazji wielu protestów, które przetaczają się ostatnio przez Polskę, protestów w obronie czy to niezawisłości sądów, czy nienaruszalności Konstytucji, słucham ludzi pytanych przez dziennikarzy, dlaczego tak naprawdę protestują? I zastanawiam się wtedy, jak ja uargumentowałbym swoją obecność na ulicy, stojąc na przykład pod sądem ze świecą trzymaną w dłoni?

Najpewniej nie wdawałbym się w dyskusje na temat ustroju sądów, wyborów, zagrożeń wynikających z reformy edukacji czy legalności działań konkretnego ministra. Dlaczego? Może dlatego, że są mądrzejsi ode mnie, którzy trafniej opisaliby te zjawiska, powołując się przy okazji na konkretne zapisy ustaw, czy samej Konstytucji. Ja, do ewidentnych – w moim odczuciu – zagrożeń, jakie niesie za sobą dzisiejsza polityka rządu polskiego, podchodzę bardziej emocjonalnie, czując, że to dzieje się w Polsce, nijak wpisuje się w obraz tego, jak wyobrażam sobie „moją” Ojczyznę.

Pierwszym powodem, dla którego wychodzę z rodziną na wiece, to to, że urodziłem się w 1970 roku, a więc żyłem przez pewien czas w PRL-u (I mówiąc szczerze, wcale mi się tam nie podobało). Po drugie brałem udział w 2003 roku w wielkim, narodowym referendum dotyczącym przystąpienia Polski do Unii Europejskiej. Kiedy rok później świętowaliśmy wstąpienie do Unii, byłem szczęśliwy i dumny. Wtedy mentalnie wstałem z kolan, bo nie prosiłem już o paczkę żywnościową z Niemiec, tylko sam mogłem wejść do sklepu w Barcelonie i kupić sobie puszkę CocaColi. Ktoś, kto nie pamięta PEWEX-ów, nie wie, co wtedy czułem. Poza tym miałem nadzieję, że wraz z otwarciem granic i następnie – tak mi się marzyło – wprowadzeniem w Polsce wspólnej waluty, dojdzie również do ewolucyjnej likwidacji państw. Miałem nadzieję, że staniemy się jednym organizmem, ponieważ w moim odczuciu, terytorializm był głównym, jeśli nie jedynym, powodem wszystkich nieszczęść tego – tak strasznie doświadczonego przez historię – kontynentu, jakim jest Europa. A po trzecie, muszę przywołać tu pewną historię z mojego prywatnego życia, którą często, przy okazji rozmów o radości, jaką niesie ze sobą fakt bycia obywatelem wolnych narodów, przytaczam. Otóż mój nieżyjący już ojciec, który – co tu dużo mówić – nie należał do ludzi specjalnie nowoczesnych, szczególnie obyczajowo, każdego roku jeździł z mamą na LOVE PARADEdo Berlina, gdzie w otoczeniu kolorowo, czasem bardzo skąpo odzianych ludzi o różnych kolorach skóry i orientacjach seksualnych, nierzadko będących pod wpływem „chemicznych substancji”, bawił się świetnie na berlińskich ulicach. Polubił nawet techno i podskakując rytmicznie, machał do kolesi w kąpielówkach o wymalowanych oczach, jadących na kolorowych platformach. Dlaczego? Bo tak miał serdecznie dosyć życia przez 40 lat w państwie smutnym, totalitarnym i odizolowanym od świata.

Teraz widzę i czuję to całym swoim jestestwem, że ktoś zmierza do ponownego pomalowania mojego świata na szaro. 

Na koniec chciałbym przytoczyć tekst, który napisałem, leżąc rok temu na plaży w Jafie.

„Leżę i patrzę na wesołe wody Morza Śródziemnego. Oglądam młode dziewczyny w skąpych strojach kąpielowych, które wchodząc do wody, tańczą sambę, a dla mnie są niczym wskazówki zegara zagłady. Młodzi, śniadzi wojownicy spod Troi, popisują się swą sprawnością, kiedy ja, zamiast w morzu, zanurzam się w torbie w poszukiwaniu tabletki na nadkwasotę. Po piasku, wzdłuż plaży, idzie jakiś stary Japończyk w ciężkich butach trekkingowych i z plecakiem na ramionach. Wygląda jak stary mnich buddyjski, który zatopiony w myślach o celu ludzkiej podroży, bezwiednie zaszedł aż tutaj. Szwedzka wycieczka uśmiechniętych, różowych prosiaków, klaszcze w dłonie, śpiewając i tańcząc na piasku. Zapalam papierosa. Jutro wracam do kraju, który mimo tego, że robi najlepsze kotlety schabowe na świecie i ma Boga za króla, nikogo tu nic a nic nie obchodzi. Szczęśliwi ludzie z plaży w Jafie”.

Dlatego, jeśli sił mi starczy, będę walczył o Polskę moich marzeń. Będę walczył z ludźmi, którzy chcą stworzyć jednowymiarowego, smutnego potwora, będącego dla Europy jedynie dziwadłem cyrkowym, którego najlepiej oglądać w pewnej odległości od krat, bo może ugryźć i zarazić wścieklizną. 

I dlatego właśnie chodzę na wybory – zawsze!

Przeczytaj również

Nasze magazyny

Reklama

[instagram-feed]

Reklama

Reklama