Patrycja Markowska: Bluesowa dziewczyna

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn

Patrycja Markowska to wokalistka, którą bardzo trudno zaszufladkować. Raz jest liryczna, kiedy indziej dzika i rockandrollowa. Przy innej okazji jest demonem seksu, żeby zaraz potem zaśpiewać chwytającego za serce bluesa. Tym razem ramię w ramię ze swoim ojcem, Grzegorzem Markowskim stworzyła znakomitą, dojrzałą płytę „Droga”. Wspólne dla tych wszystkich jej wcieleń jest to, że ma niezwykły dar przyciągania do siebie ludzi. Jest prawdziwa. I dobra. Obdarzona najczystszym dobrem, jakie tylko może mieć w sobie człowiek.

 

Z przyjemnością obserwuję Cię od wielu lat i patrzę, jak się rozwijasz. Bardzo cenię Cię za wiele rzeczy i szanuję za to, co zrobiłaś. Pamiętam też dobrze moment, w którym postanowiłaś, że nie będziesz już więcej tłumaczyć się z tego, że jesteś córką Grzegorza Markowskiego, TEGO Grzegorza Markowskiego, że jesteś szczęśliwa, że jest Twoim ojcem, że dostałaś od niego mnóstwo miłości i nie masz zamiaru się tego wstydzić, a jeśli ktoś ma z tym problem, to jest to jego problem. 

Bardzo dziękuję za dobre słowa. Na pewno bycie córką mojego Taty ma plusy i minusy. Plusem jest to, że ludzie się tobą bardziej interesują i łatwiej jest zadebiutować. Natomiast potem jest już tylko ciężej dlatego, że siłą rzeczy, zawsze jestem porównywana do – jak to kiedyś powiedział Michał Figurski – Statuy Wolności w Polsce.(śmiech)

Myślisz, że nadal tak jest? Nadal są te porównania?

Nie, rzeczywiście nie i dlatego też nagraliśmy razem płytę „Droga”. Wcześniej nie byłam na nią gotowa. Prosiłam Tatę, żeby jeszcze poczekał, że to nie jest dobry moment. I dopiero kiedy zapracowałam na swój wizerunek, poczułam, że mogę i chcę to zrobić. Pomyślałam: „Jak nie teraz, to kiedy?”.

Reklama

Wydanie tego albumu to dla Ciebie ważna chwila?

Ta płyta to spełnienie marzenia. Mojego Tatę, oprócz tego, że cenię jako muzyka, to lubię jako faceta i człowieka. Nagrałam siedem płyt studyjnych i chyba praca nad tą płytą była jedną z przyjemniejszych, najlżejszych.

Kiedy słuchałem tej płyty, to miałem wrażenie, że czułaś się, nagrywając ją, bardzo bezpiecznie, na każdym poziomie, artystycznym, ale też i osobistym. 

Tak było. Miałam poczucie, że odpowiedzialność rozkłada się na nas oboje i nie spoczywa, tak jak to zwykle bywało przy moich solowych projektach, tylko na mnie. Tata od zawsze był w zespole, w którym odpowiedzialność rozkładała się na muzyków, a ja ten tobołek odpowiedzialności dźwigałam od zawsze sama. Podczas nagrywania tej płyty mieliśmy duży komfort, bo nad całością czuwał Darek Kozakiewicz i Maciek Wasio, których uwielbiam, mogłam też polegać na ogromnym doświadczeniu Taty, a do tego mieliśmy wspaniałych muzyków. Ja miałam wielką radość z nagrywania, a Tata także z tego, że się często widzimy. Choć jednocześnie śmiał się, że przy żadnej płycie tyle się nie napracował. 

Jak to?!

Bo ja mu w niczym nie odpuszczałam!

No i dzięki temu jesteś szczęściarą, bo na tej płycie Grzegorz Markowski śpiewa u Ciebie w chórkach!

Ja jemu też. (śmiech)

Każda z Twoich płyt jest krokiem do przodu, bo w moim odczuciu, masz w sobie pewien rodzaj szczególnej siły, ale też wyjątkowej przekory, która skłania Cię do tego, żeby nie iść raz wytyczoną drogą. Ciągnie Cię w bok, do nowych doświadczeń muzycznych.

Naprawdę to widzisz?

Tak! Mam wrażenie, że wynika to z tego, że dostałaś od swoich rodziców bardzo dużo miłości.

Wzruszyłam się tym, co mówisz, bo miałam dość trudny dom, niestereotypowy, rockandrollowy, bez stałego rytmu, ale też dom, w którym dostałam mnóstwo miłości, akceptacji. Wyglądałam jak mały, pulchny troll, byłam źle obcięta, miałam tanie oprawki z Otwocka, grube nóżki, a rodzice mówili: „Jesteś piękna, kochamy cię, wszystko ci się uda”. Byliśmy wtedy dość biedni, ale bardzo się kochaliśmy.

W pewnym momencie naszego życia role się odwracają. To my, już jako dorośli ludzie stajemy się oparciem dla swoich rodziców. O tym śpiewacie z Tatą w utworze „Aż po horyzont”, w którym zapewniacie, że wzajemnie możecie na siebie liczyć…

Moi rodzice to hipisi i odpowiedzialność za nich przejęłam już jakiś czas temu. Kiedy wyjeżdżamy na wakacje razem, to muszę mieć ułożony plan i opiekować się nimi, chociażby uważać na to, żeby nałożyli krem z filtrem i nie spalili się na słońcu. (śmiech) Oni są jak dzieci we mgle, nie mają komputerów, komórek…

Niemniej ta płyta jest bardzo partnerska, zarówno w warstwie muzycznej, jak i tekstowej. A trudno napisać mądre teksty dla taty i córki.

Tworząc tę płytę, staraliśmy się z Tatą, żeby nie była trywialna i przesłodzona.

I nie jest. To opowieść o dwójce dojrzałych ludzi, którzy mają sobie coś do opowiedzenia, którzy mówią sobie, nie wprost, że się kochają, którzy dają sobie przestrzeń wolności i choć mają dwa oddzielne życia, to wiele ich ze sobą łączy.

Dziękuję, że tak to odbierasz! Warto było nagrać tę płytę, chociażby dla Ciebie! (śmiech)

Ostatni utwór z płyty „Zawsze będziesz tu” przygwoździł mnie do ściany. To przepiękna piosenka o przemijaniu. Dotknęliście trudnego tematu…

To jest jeden z najważniejszych dla nas utworów… Nie mogę sobie wyobrazić smutniejszej rzeczy niż przemijanie… w każdej kwestii. To bardzo trudny temat, ale nie mogło go zabraknąć na tej płycie. Kiedyś Tata pięknie powiedział, że nie lubi starości, bo starość mało proponuje. Całe życie był aktywny, bardzo dużo robił i wiadomo, to przemijanie dotyka również jego.

Mam wrażenie po przesłuchaniu płyty, że twój Tata jest w szczególnym momencie w życiu.

On twierdzi, że to jego ostatnia płyta, a ja w to w ogóle nie chcę wierzyć. Mówię mu, że dopiero teraz może robić rzeczy, które chce i kiedy chce, ale on jest zmęczony. Nie samą muzyką, tylko otoczką, tym wszystkim, co się dzieje, kiedy płytę trzeba wypromować. To typ, co woli iść z psem do lasu niż stać na ściance.

Na ile jesteście z Tatą odbiciem siebie? Na ile się sobie przyglądacie nawzajem, tak jak śpiewacie o tym w utworze „Lustro”?

Bardzo dużo nauczyłam się od Taty. Nauczył mnie, żeby być blisko z ludźmi, nie gwiazdorzyć, żeby dawać swoją energię i trochę ludzi chronić.

Jeśli dajesz energię innym, to musisz też ją skądś brać dla siebie?

To jest trudne, bo przez ostatnie dwa lata było ze mną dość ciężko i krucho, wpadałam w dołki głębsze niż zwykle.

Czy ta płyta dała Ci energię? 

Zdecydowanie! Nagrywanie tej płyty to był strzał pozytywnej energii.

A czy było coś, co podczas wspólnych nagrań odkryłaś w swoim Tacie?

Tak! To, że mógłby zaśpiewać książkę telefoniczną i byłoby pięknie. Ten facet ma taki talent, taką charyzmę! Wystarczy, że zaśpiewa „Wlazł kotek na płotek” i wzruszy ludzi. 

A czy On odnalazł coś nowego w Tobie?

Hmmm… Jest taka ciekawa historia, dotycząca utworu na płycie, który jest mi najbliższy. To bardzo oszczędny numer „Coraz mniej” Darka Kozakiewicza z moim tekstem. Śpiewam tam o swoim własnym przemijaniu, o tym, co mnie boli i co mną szarpie.

„W afekcie dalej gnam jak do światła ćma, na stracenie…”

Uparłam się, żeby na końcu tego utworu zagrał Tomek Kasiukiewicz na flugelhornie. Wszyscy byli przeciwko. Ale ja nie odpuszczałam. Rzadko tak robię, staram się sobą nie absorbować, ale w tym przypadku wiedziałam, że tego bardzo chcę. Pokłóciłam się prawie ze wszystkimi. A najbardziej wkurzyłam się, że Tata nie stanął po mojej stronie. Zadzwoniłam do Tomka. Poprosił mnie, żebym podała mu melodię, bo jest mało czasu, a ja nagrałam ja, stojąc w korku na telefon i mu wysłałam. Kiedy Tomek wysłał nagraną partię, siedzieliśmy akurat na tarasie w Hiszpanii z całą ekipą, kręcąc klip do piosenki „Lustro”. Patrzyliśmy w gwiazdy i puściliśmy to na głośnikach. Zabrzmiało to rzeczywiście poruszająco. Tata przyznał mi, że go zaskoczyłam świadomością muzyczną i przyznał, że dobrze, że o to walczyłam.

Powiedziałaś, że nie lubisz absorbować ludzi sobą…

Ja to jestem nic! Tata, co mnie zaskakiwało, odpuszczał decyzyjność w bardzo ważnych momentach. W tym zawodzie pokora jest bardzo ważna. Ważny jest też dialog z ludźmi. Ale z drugiej strony, trzeba być pewnym tego, czego się chce.

Tylko wszystko zależy od tego, jak tę pewność się wyraża, prawda? 

Praca z ludźmi jest niezwykle delikatna, ważne jest, żeby nikogo nie obrażać. Znam wokalistki, które miały dziesiątki managerów, związane były z kilkunastoma wytwórniami, zmieniały co chwila składy muzyków… Ja się przywiązuję do ludzi, wolę naprawiać relacje niż je zrywać.

Teksty i muzyka na tej płycie są, jeśli nie nostalgiczne, to na pewno bluesowe.

Strasznie żałuję, że tak mało bluesa w życiu nagrywałam. 

Ciągnie Cię do bluesa?

Nie wiem, z jakiego powodu nie poszłam od razu bluesową drogą. Bo bluesowe rzeczy wychodzą mi najlepiej, prosto z serca. Moje ukochane piosenki „Ocean” z Arturem Gadowskim czy „Trzeba żyć”, nagrane z Tatą na płytę Perfectu, to są wszystko bluesy. I przy tworzeniu tej płyty pomyślałam sobie, że może czas na to, żeby nie gonić za pierwszymi miejscami na listach przebojów, tylko poszukać klimatów, które mnie naprawdę ruszają. 

Jesteś osobą, która najpiękniej na świecie wypowiada słowo „serducho”.

A wiesz, jak w dupę przez to dostaję?(śmiech)

Naprawdę?!

W tym zawodzie przydałaby się odrobina dystansu. Ostatnio czytałam „Idiotę” Dostojewskiego i jakbym o sobie czytała. (śmiech)Tej lekcji moi rodzice nie odrobili, nie nauczyli mnie dystansu, umiejętności chronienia siebie. Przez długie lata byłam naiwna i myślałam, że każdy mi dobrze życzy. Otwierałam serce przed ludźmi, zwierzałam się im, wprowadzałam ich do swojego życia. A z tym trzeba ostrożnie. Nie możesz stanąć na golasa na ulicy i wykrzyczeć: „Kocham was!”, bo może się to źle skończyć.

Nauczyłaś się już postępować ze sobą, z ludźmi inaczej?

Uczę się. Ostatnio przeszłam taką przyspieszoną lekcję dojrzewania. Mam już zmarszczki na twarzy, a dopiero widzę, że świat nie jest różowy. (śmiech)Musiałam pójść na terapię, żeby poradzić sobie z pewnymi rzeczami, bo zawsze chciałam zrobić tak, żeby było dobrze.

Żeby innym było dobrze?

Tak, żebym nikogo nie krzywdziła, żeby wszyscy mnie lubili. W ogóle nie brałam pod uwagę, że ktoś może mnie nie lubić. W tym zawodzie takie myślenie, to jest jakieś kuriozum! I nawet jak ktoś robił mi wielką przykrość, to starałam się to jakoś naprawiać, tłumaczyć i przez to trwałam w toksycznych relacjach.

A teraz już umiesz odpuszczać ludzi i toksyczne relacje?

Staram się. Jest to trudne z moim poczuciem obowiązku, serduchem i z tym, czego mnie rodzice nauczyli.

Niemniej to Twoje „serducho” jest ogromną wartością. Wszyscy artyści dążą w swojej pracy do jednego: do prawdy. A Ty tę prawdę masz daną od Boga, losu… Być może te wszystkie doświadczenia doprowadzą Cię do tego, że nagrasz całą bluesową płytę? 

Może taka płyta rzeczywiście przede mną. Blues jest dość szerokim pojęciem. Lubię na przykład radosne klimaty takie jak w Breakoutach. Chodzi mi ta muzyka po sercu od jakiegoś czasu. Wiesz, co jest piękne w dojrzewaniu?

Co?

To, że nie musisz. Czuję to coraz bardziej.

Po prostu nie musisz?

Właśnie! Wiadomo, że blues się nie sprzeda. I myślę sobie: „No i co z tego?”. Czuję, że już nie muszę tak wielu rzeczy udowadniać, że nie mam apetytu na szeroko pojęty sukces, że więcej satysfakcji sprawiają mi takie spotkania jak nasze i to, że mówisz: „Jestem zakochany w piosence »Alter ego«”. Taki komplement jest dla mnie więcej wart niż pełne konto. (śmiech) Jak myślę sobie o tym, co w życiu przynosi mi szczęście, to jest to poczucie, że się rozwijam i że publiczność to odbiera. Łapiemy się w tej chemii.

Publiczność Cię uwielbia, choć nie ma z Tobą łatwo. Ciągle zaskakujesz fanów, nie powielasz starych schematów. A mimo to, oni cały czas są z Tobą. Mam wrażenie, że głównym wyznacznikiem dla tego, co nagrasz i co zaśpiewasz, jest to, żeby to było Twoje, zgodne z Tobą i z tym, co w danym momencie czujesz.

To prawda. Na „Krótkiej płycie o miłości” spełniłam marzenie i nagrałam duet z Rayem Wilsonem, który śpiewał w Genesis, z Leszkiem Możdżerem, Markiem Dyjakiem, Grzesiem Skawińskim. Ta płyta może nie odniosła spodziewanego komercyjnego sukcesu, ale to są rzeczy, które będę mogła z dumą puścić swoim wnukom. Dla mnie niezwykle ważne jest to, żeby się nie cofać. Być może w życiu trzeba być pokornym i chodzić na kompromisy, ale w muzyce na kompromisy nie chce mi się teraz chodzić. 

Moim zdaniem masz niezwykłą umiejętność do znajdowania w muzyce rzeczy, które wyprzedzają czas i dopiero kiedy Ty je nagrasz, to ludzie zdają sobie sprawę z tego, że tak można, że to fajne.

 Ale ciągle mam poczucie, że za mało robię, że coś powinno być wcześniej. Czuję niedosyt.

To męczy?

Wiesz, to jest bardzo trudny zawód. Z jednej strony dociera do mnie dużo ciepła i akceptacji, z drugiej są momenty, kiedy sama ze sobą czuję się źle i mam do siebie mnóstwo pretensji. Do tego dochodzi masa hejtu, który jest wszechobecny. Ilość tego jest czasem tak męcząca…

Myślę, że przyjdzie taki moment, że ludzie, którzy nie są dla Ciebie istotni, nie będą w stanie cię urazić, pomimo tego Twojego otwartego serducha. 

Bardzo chciałabym do tego momentu dojść. Trzymaj za to kciuki, Tomek!

 

tekst: Tomasz Sobierajski

foto: Monika Szałek

 

Autor

Tomasz Sobierajski, jeden z najbardziej poważanych polskich socjologów, naukowiec, wykładowca, pisarz i podróżnik właśnie wydał poruszającą książkę, zbiór rozmów z ludźmi, których dotknęła nieuleczalna choroba. W rzeczywistości opanowanej przez bezrefleksyjne lajki i hejty udało mu się odnaleźć ludzi, którzy wiedzą co jest naprawdę ważne.

Przeczytaj również

HEART BREAKER

Poprzedni Następny ZDJĘCIA: Wojciech Jachyra MODEL: Max Barczak | |

Nasze magazyny

Reklama

Error: Access Token is not valid or has expired. Feed will not update.
This error message is only visible to WordPress admins

There's an issue with the Instagram Access Token that you are using. Please obtain a new Access Token on the plugin's Settings page.
If you continue to have an issue with your Access Token then please see this FAQ for more information.

Follow on Twitter

Reklama