#top5łańcuszekchallenge

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Ponieważ dzisiaj ma być podjęta decyzja o tym czy już zdejmujemy maski z twarzy, czy jeszcze ich noszenie jest zalecane i/lub nakazywane, można już iść do fryzjera, co mnie akurat gówno obchodzi, a gospodarka rusza z kopyta, uznałem, że przyszedł czas na jakieś wstępne lockdownowe podsumowanie.

Według mojej fejsbukowej ściany najbardziej liczą się teraz cztery challenge. Przede wszystkim jest słynne #hot16, na nazwę którego pewnie rumienią się policzki niektórych marszałków byłych lub obecnych. I są trzy challenge 10/10 z książkami, albumami muzycznymi i filmami, które miały na Ciebie największy wpływ.

W #hot16 nie biorę udziału. Nie dlatego, że nie mam głosu i poczucia rytmu, ale dlatego, bo trzeba płacić, a pozostałe trzy są za darmo. W #hot16 płaci się na medyków albo dwudziestoma procentami poparcia w sondażach i resztkami godności, więc moim zdaniem głupotą byłoby ryzykować <emotka z puszczonym oczkiem>

Jeśli natomiast chodzi o pozostałe trzy to książek nie czytam, bo raz, że druk jest martwy, a dwa, że statystyczny Polak też nie czyta, więc i tak z nikim o tych książkach nie można później pogadać.

 
Reklama
 
Reklama

Do łańcuszka z albumami muzycznymi nikt mnie nie nominował, ale to dobry moment, żeby pochwalić się mimo wszystko przynajmniej pięcioma albumami, więc m.in największe wrażenie w życiu wywarły na mnie albumy:

„Gala Piosenki Biesiadnej”, która była katowana przez mojego ojca w każdej podróży samochodem i na stałe zraziła mnie do śpiewania nawet „Sto lat, sto lat” na wszelkich urodzinach, czy weselach.

„Al lor Nothing” Milli Vanilli, bo była to pierwsza kaseta, którą sam wybrałem i kupiłem. Na stacji benzynowej pod warszawskimi Jankami. Nie miałem pojęcia co to, ale to była jedyna kaseta z anglojęzycznym wykonawcą na całym CPNie, a ja już nie mogłem słuchać piosenek biesiadnych i groziłem nawet opuszczeniem samochodu podczas jazdy.

Do „Joyride” Roxette doprowadził mnie ten sam trop, co do Milli Vanilli i kupiłem tę kasetę, bo Milli Vanilli też nie dało się słuchać.

„Kto widział Dziubdziuba” zespołu Kaczki z nowej Paczki. To bardzo osobisty dla mnie album. Zdobyty na koncercie zespołu. Do dziś nie mogę sobie przypomnieć, jak na ten koncert się dostałem, ale była cała szkoła, więc to musiała być jakaś zorganizowania akcja. Nie wiem czemu, ale mam wrażenie, że tę kasetę wygrałem tam w jakimś konkursie, a przynajmniej z tym wydarzeniem do dzisiaj kojarzy mi się rzadki smak zwycięstwa.

I zamykając tę muzyczną piątkę, największe wrażenie w życiu wywarło na mnie chyba  dwukasetowe wydanie występu Kabaretu OT.TO w Sali Kongresowej. Jeszcze w starym składzie z Ryszardem „Studio Jajo” Makowskim i z nieśmiertelnym wykonem hitu „Lambaluna”, którego cały żart polega na tym, że gruby tańczy. Czy mi się podobało? Nie, ale zrobiło to na mnie ogromne wrażenie i wzbudziło we mnie bardzo głębokie przekonanie już na samym początku lat 90-tych, że transformacja ustrojowa będzie nas bardzo drogo kosztowała, a i wcale nie wiadomo, czy warto.

Natomiast jeśli chodzi o filmy, to 10 to zdecydowanie za mało, ale za to właśnie ten challenge zainspirował mnie do dzisiejszego podsumowania. Chciałem bowiem podsumować filmy, które miałem okazje zobaczyć podczas tych wszystkich tygodni lockdownu.

Przez ten czas miałem okazję obejrzeć osiemdziesiąt trzy filmy. Tak, zrobiłem listę.

Całą izolację zacząłem od seansu „Ciemno, prawie noc” Borysa Lankosza, a zakończyłem „Przychodzi po nas noc” Timo Tjahjanto, co uważam za doskonałą klamrę i jeszcze jeden argument przemawiający za podsumowaniem. Jeden z tych filmów to absolutna poezja jeśli chodzi o ruch kamery i kreatywność w efektownym obrazowaniu przemocy, a drugi dokumentnie zniechęcił mnie do Wałbrzycha.

Jednak, gdybym miał podać swoje Top 5 filmów, które zobaczyłem podczas zamknięcia i które zrobiły na mnie największe wrażenie, to byłyby to następujące tytuły:

 

  1. „Przesłuchanie” Ryszarda Bugajskiego. Ten film obejrzałem też zaraz po wygranych przez ***** i ************ wyborach parlamentarnych w 2015 roku, żeby wczuć się w klimat nadchodzących kadencji. I teraz go sobie znowu powtórzyłem, żeby się w tym klimacie utopić.

 

  1. „Mississippi w ogniu” Alana Parkera. Kiedyś myślałem, że to film piętnujący rasizm i segregację rasową, ale dzisiaj w postaciach granych przez Gene’a Hackmana i Willema Defoe widzę dwóch lewaków, niemogących się pogodzić z wynikami wyborów i stawiających się ponad obowiązującym prawem, które przypomnę było rasistowskie i wymuszało odgórnie segregację rasową.

 

  1. „Adolf Hitler: sztuka porażki” w reżyserii Christiane Ratiney. Tytuł trochę spojleruje zakończenie, ale właśnie czegoś takiego było mi potrzeba. Szukałem wtedy filmu z przewidywalną historią i pewnym happyendem. Potrzebowałem potwierdzenia, że wszystko ma swój koniec.

 

  1. „M.A.S.H” Roberta Altmana. Nawet nie dlatego, że ten film udowadnia, że lekarze mogą zachować poczucie humoru nawet podczas największych braków sprzętowych, ale głownie dlatego, bo jest tam taka znana piosenka pt. „Suicide is painless”, która daje mi nadzieję przed nadchodzącymi wyborami.

 

  1. Numerem jeden na mojej liście został jednak bezdyskusyjnie najlepszy film o pedofilii ostatniego miesiąca wg rankingu Jacka Kurskiego, czyli nie ten Sekielskich!

 

Nie wymienię tytułu, bo nie warto go oglądać, ale mam nadzieję, że z historii Sylwestra L. powstanie w efekcie jakiś dramat sądowy, w którym główną rolę zagra Borys Szyc.

Reklama