Na początek zabijmy wszystkich prawników*

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

W amerykańskich serialach adwokat zjawia się na sali rozpraw ubrany w drogi garnitur i pozornie bez wysiłku wygrywa sprawę, którą wszyscy uważali za przegraną. W ostatniej chwili wyciąga asa z rękawa (dyskretnie błyskając zegarkiem wartym tyle, co roczny budżet Zimbabwe) i kładzie przeciwnika na łopatki, dobijając zgrabnym bon motem. Ława przysięgłych wydaje werdykt, sąd wymierza karę,
a słupki oglądalności szybują w stronę nagród Emmy z krótkim przystankiem na Złote Globy. Pięknie, prawda?

Wychowana dekadami opowieści o prawnikach z Lincolnów widownia ma prawo oczekiwać
(i oczekuje), że tak właśnie to powinno wyglądać. Że nawet jeśli sprawa jest beznadziejna, a spór bezsensowny, to trzeba walczyć do końca, bo liczy się tylko wygrana, która przecież, mimo wszystko, jest na wyciągnięcie ręki. Jak nie teraz, to w drugiej instancji, a jak nie w drugiej, to przed Sądem Najwyższym. A jak nie przed Sądem Najwyższym, to choćby u samego Ministra Sprawiedliwości, który przecież jak nikt potrafi pomóc podsądnemu, na którym nie poznali się sędziowie, radcowie, adwokaci i wszyscy święci pańscy.

Inne scenariusze kiepsko się sprzedają, więc nic dziwnego, że także niektórzy prawnicy ulegają pokusie odegrania łatwej roli, nawet jeśli wiąże się to z pozowaniem do zdjęcia w głupiej pozie czy cytowaniem na stronie kancelarii tandetnych dialogów z Suitsów.

Kłopot w tym, że w rzeczywistości to, co mogłoby się sprawdzać w tandetnym serialu z amerykańskiej stacji ogólnodostępnej, może okazać się kiepskim rozwiązaniem. Pół biedy, gdy bezsensowny upór doprowadzi do płacenia byłej żonie wygórowanych alimentów. Gorzej, gdy chęć wojowania z całym światem kończy się kolosalnym odszkodowaniem albo więzieniem zamiast zawiasów.

W ferworze sporu łatwo zapomnieć, że na wojnie ktoś musi przegrać, żeby wygrać mógł ktoś inny. Przychodzący do prawnika klient może wyobrażać sobie, że adwokat będzie na sali rozpraw skakał do gardeł wszystkim obecnym, włącznie z sędzią. Tyle że pełnomocnik powinien uprzedzić,
że pójście z całym światem na noże może fajnie wyglądać w powieściach Grishama, ale niekoniecznie u sędziego, który miał tego dnia już pięć posiedzeń wypełnionych pyskówkami uczestników kłócących się o trzy palce miedzy. Nawet Anna Maria Wesołowska nie jest z żelaza i lepiej nie przeciągać struny, której pęknięcie może być bardzo bolesne.

W czasach, kiedy racjonalny ustawodawca przynajmniej próbował zasłużyć na ten przydomek,
do polskiego prawa wprowadzono kilka pomysłów łagodzących krwiożercze zapędy uczestników procesów. W postępowaniu cywilnym służą do tego ugody, w sprawach karnych tryby konsensualne, a w administracyjnych ugody administracyjne. Swój sposób na porozumienie ma nawet Prezes UOKiK, który, akceptując rozsądną propozycję przedsiębiorcy, może wydać decyzję zobowiązującą.

Taka decyzja to nie lada kąsek biorąc pod uwagę, że jej wydanie wyłącza możliwość ukarania przedsiębiorcy karą pieniężną. Podobnie jak popularne depeki w postępowaniu karnym (branżowy skrót od dobrowolnego poddania karze) jest wyjściem może nie aż tak przyjemnym, jak stuprocentowa wygrana z przeciwnikiem, ale zabezpieczającym interesy strony na tyle, na ile to możliwe.

Wszystkie te środki pozwalają uzyskać kompromis, który, oprócz wypracowania wspólnego stanowiska, wymaga przede wszystkim woli dogadania się. Dogadania, które może nie wygląda tak widowiskowo, jak wygrana w sprawie OJ Simpsona, ale pozwala zaoszczędzić czas, zdrowie i pieniądze.

Kiedy więc idziemy do sądu, warto pamiętać, że przy odrobinie pecha sala rozpraw może zmienić się
z Austerlitz w nasze Waterloo. Jeśli prawnik doradza nam dogadanie się, naprawdę opłaca się go posłuchać. A jeśli błyska drogim zegarkiem dając gwarancję zwycięstwa, a przy okazji informując,
że jest fanem serialu Suits, lepiej podziękować za usługę i zmienić pełnomocnika.

W czasach, kiedy świat chwieje się w posadach, a dotychczasowe scenariusze trącą banałem, pamiętajmy, że zawsze powinniśmy próbować się dogadać. To po prostu się opłaca.

 

* mowa, rzecz jasna, o prawnikach z amerykańskich filmów i seriali.

** oprócz Erin Brockovich. Erin Brockovich nie można.

Reklama