Twój challenge jest gorszy niż mój

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Przyjaciółka podesłała mi na dniach nagrywki swojego brata. Nowy trend – „Hot16Challenge”. Ja jedyny challenge, jaki uznaję, to ten z płytami. Oczywiście na moich zasadach i nie dlatego, że mam tak mało płyt, ale jako spadkobierca jegomościa o nazwie Snusmumriken (uczcie się Dzieci szwedzkiego, bo tam piękne kobiety, ABBA i  köttbullar) lub dla tych, którzy kochają Kraj Kwitnącej Wiśni – スナフキン, czuję się zobowiązany, żeby robić wiele rzeczy pod prąd. Tak więc udostępniłem jeden album, nominowałem jedną osobę, a następnie odpuściłem temat z nadzieją, że kiedyś znowu mi się zachcę i coś tam wrzucę dla paru lajków celem zaspokojenia swojej próżności (kto za młodu nie był egoistą, nie będzie na starość przyzwoitym człowiekiem). Wróćmy jednak do „Gorącej 16-stki” (mogę już sobie pomnożyć dyszkę więcej niż 2 razy, stąd mój oziębły stosunek do tej zabawy). Brat mojej przyjaciółki zarapował całkiem przyzwoicie, ma dobry flow, ale link się nie pojawi, bo za reklamę mi nie płaci. Dobrze też poradził sobie mój kumpel, hiphopowiec, obecnie na emigracji w Szkocji. Panowie odwalili więc kawał dobrej roboty, czego nie mogę powiedzieć o większości partycypujących w „16-stce” (ryba psuje się od głowy, życie państwa Kowalskich i Nowaków podobnie). Nie mam tu na myśli oczywiście rzemieślników słowa, ale wszelkiej maści uzurpatorów, którzy chcieli sobie podbić słupki popularności. Witaj w raju dla ubogich, mój mały Przyjacielu.

Challenge w każdym wydaniu to paradoksalnie hołdowanie stereotypom, a jak wiemy uleganie schematom wszelakim to jak picie piwa na balkonie w hawajskiej koszuli, z Grażyną u boku (wygodne, przyjemne, nic więcej nie trzeba). Gwarantuje bezpieczne przetrwanie, panta rhei. Tylko płynąć na tej samej łodzi, co wszyscy, to tak mało fajnie. Ktoś myśli, że jest nowatorem, bo wylał sobie na głowę kubeł zimnej wody, a byłby nim, gdyby po prostu wpłacił określoną kwotę na fundację zajmującą się stwardnieniem zanikowym bocznym bez tej całej szopki (od „Ice Bucket Challenge” wolę kubełek z ciepłymi stripsami z kurczaka). To trochę jak z filmami demaskującymi afery – najpierw zapowiada się pogrom, a na końcu wieje tylko delikatny wiatr. Teraz na fali jest jednak matematyka, a konkretniej dzielenie włosa na troje. A nie lepiej byłoby, zamiast tak dzielić, stworzyć środek na porost nowych włosów za pieniądze z crowdfundingu i sprzedawać go w necie? No i okrutna, zła reklama też się przyda. Tutaj również nie widzę problemu, bo każdy wie, czego i gdzie może się spodziewać, tak więc u wegetarianina nie zareklamuje się rzeźnik, a w rozgłośni z muzyką alternatywną nie wybrzmią „Oczy Zielone” i „БЕЛЫЕ РОЗЫ”.

Niestety mamy trochę problem z dostosowaniem się do współczesności przy jednoczesnym konformizmie wobec panujących trendów. Paradoks? Ludzie, zamiast cieszyć się, że coś, o czym można już powiedzieć „stare i dobre”, przechodzi do lamusa w najlepszym momencie historii, narzekają i wolą bawić się w challenge’e. A przecież bycie nowoczesnym mecenasem sztuki to o wiele bardziej pozytywne zajęcie.

Kto ma honor, niech pamięta – do kanalizacji wchodzimy tylko w stroju ochronnym, a po wyłączeniu aparatów słuchowych, możemy bezpiecznie rozkoszować się „Enjoy The Silence” (if you know what I mean).

 
Reklama
 
Reklama

Reklama