ADAM KORNACKI: Teraz mam czas na rzeczy, których nigdy wcześniej bym nie zrobił

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Z Adamem Kornackim spotkałem się w tej nowej, smutnej korona-rzeczywistości. Bez możliwości porozmawiania przy pysznej i pachnącej kawie, albo w naturalnym środowisku mojego gościa – w garażu, na torze lub przynajmniej obok jakiegokolwiek samochodu na świeżym powietrzu. Niemniej nasze e-spotkanie było niesamowicie ciekawe. Poznałem Adama od tej innej strony, której nie widać przed kamerą. Uświadomiłem sobie, że należy on do wymierającego gatunku prawdziwych dziennikarzy motoryzacyjnych, którzy tak naprawdę nauczyli nas, Polaków, tego, czym są samochody i jak się z nimi obchodzić. I za to będę go szanował do końca życia.

 

Dzień dobry Adamie.

A dzień dobry, witam wszystkich bardzo serdecznie, ciebie również.

Witam cię w naszym nowym studio, trochę nietypowym.

Nowe, stare jak się tak rozejrzę dookoła.

Mam do ciebie pytanie. Jest izolacja, kwarantanna i zastanawiam się, jak ty teraz kopiesz w koło?

Trudne jest kopanie w koło w tej izolacji, jakieś bym znalazł… Na szczęście jestem w takiej sytuacji, że faktycznie nie tylko oczekuję na samochody testowe, nie tylko te nowości spijam, które mi ktoś dostarczy, choć takie też są, ale mam też całkiem fajną, flotę samochodów, koło których mogę sobie pochodzić i tam mogę się nakopać w koło do woli. Mam np. takiego starego, dobrego amerykańskiego Pick-up’a, który głównie stoi, rzadko kiedy nim jeżdżę, ale teraz jest ten czas, żeby maglownice mu wyjąć i zawieźć do regeneracji. Teraz jest czas na takie rzeczy, których nigdy w życiu bym nie zrobił przy normalnej aktywności zawodowo-rodzinno-dziecięcej. Te samochody sobie myję, czyszczę, pucuję, łażę wokół nich, a na szczęście jest ich kilka, więc mam co robić. Myślę, że jeszcze na jakiś miesiąc spokojnie wystarczy.

Kilka, czy chciałbyś zdradzić dokładną liczbę?

Tak na podwórku… raz, dwa, trzy… sześć.

 
Reklama

To rzeczywiście jest co robić.

Szewc nie może bez butów jednak chodzić, jak widzisz. Trzeba przysłowie przełamywać.

 
Reklama

Teraz jest czas kiedy ludzie naprawdę wyjmują te części, które zamówili do aut, które gdzieś się kurzyły i rzeczywiście jest możliwość, żeby te samochody dopieścić. Powiedz, jak z twoimi programami i nagraniami?

Wiesz, można powiedzieć, że szyliśmy do ostatniego momentu, bo dosłownie to był bodaj piątek, kiedy ogłoszono te pierwsze przepisy i zakazy. Kończyliśmy wówczas odcinek Autmaniaka w Krakowie, byliśmy na nagraniu, mamy zrobione trzy odcinki, które miały iść wiosną, a już teraz wiem, że się nie ukażą. Trzech odcinków nie ma sensu puszczać, bo ludzie nawet nie zauważą czy to jest premiera czy to powtórka, to za po prostu za mało. Automaniak  przejdzie najprawdopodobniej w całości na jesień, postaramy się dograć jak najwięcej, żeby ta seria była jak najdłuższa, jak najbardziej obszerna. Z Zakupem kontrolowanym mamy naprawdę takie szczęście – można powiedzieć niebywałe – bo nigdy nie było tak, żebyśmy mieli takie wyprzedzenie. Zdjęciowo wiosenną serię zakończyliśmy około 20 grudnia, ostatnim odcinkiem w Stanach Zjednoczonych. Proszę się nie bać, jak oglądacie odcinki z Włoch, z Holandii, z Niemiec, Kalifornii, bo to było jeszcze przed tym trudnym, dziwnym czasem, więc wstrzeliliśmy się bardzo dobrze, bo jeździć nie można, chodzić nie można, to chociaż można sobie poleżeć na kanapie i pooglądać jak wygląda słoneczna Kalifornia i piękne samochody tam jeżdżące. A obecnie trwają castingi online do programu „Zakup Kontrolowany”

Powiem Ci, że nie wyobrażam sobie TVN Turbo bez Zakupu kontrolowanego.

Tak wyszło, że zrobił się z tego taki tasiemiec, ale w pozytywnym tego słowa znaczeniu, bo programy się pojawiają i znikają, a Zakup kontrolowany jak zagościł na antenie w 2005 roku, tak do tej pory bardzo dobrze się ogląda. Jest on modyfikowany, jeśli znasz jego historię, to wiesz, że był czasem drugi prowadzący dochodzący, raz jeden, raz drugi, były odcinki realizowane też w studio, teraz były odcinki za granicą, była seria limitowana Zakup Kontrolowany Pierwszy Samochód, także mutuje sobie niczym wirus w różne strony, ale trwa przez cały czas, już ponad 15 lat.

Kawał czasu. A czy ty jako dziennikarz motoryzacyjny czujesz się już spełniony? Czy jest w twojej głowie może jakiś kiełkujący pomysł, taki szalony, mniej lub bardziej, by zrobić coś jeszcze?

Takich pomysłów u mnie w głowie jest bardzo dużo i teraz, kiedy jest ten czas takiego wyciszenia, takiego spokoju, to jest chwila, żeby się nad tym zastanowić. Odbyłem ostatnio kilka bardzo ciekawych i interesujących spotkań ze studentami Wydziału Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego i spytali się mnie: „Panie Adamie czemu pan z tym online tak kuleje?” Jest kanał na YouTube, ale w sumie jakoś niewykorzystany i to jest obszar, który zdecydowanie jest jeszcze przede mną do odkrycia. Nie mam takiego bezpośredniego ciśnienia, żeby go odkrywać tu i teraz, bo mam co robić, mam mnóstwo zajęć i pracy. Jak wszystko będzie w trybie normalnym to czeka mnie masa wyjazdów, robię dwa sztandarowe programy. Mam interakcję z ludźmi, jest dwóch wariatów, z którymi jeżdżę na wyjazdy Automaniakowe i naprawdę też merytorycznie się wspieramy. Do tych programów muszę być bardzo dobrze przygotowany, bo i Patryk i Łukasz są znakomitymi dziennikarzami motoryzacyjnymi i cały czas jest ta rywalizacja między nami. Za kierownicą również, ale i wtedy kiedy się przekomarzamy o tych samochodach, także telewizyjne spełnienie jest, ale wiem, że jest jeszcze wielki świat dystrybucji kontentu do odkrycia.

 
Reklama

I tym światem jest, tak jak słusznie wspomniałeś, YouTube. Czasami odnoszę wrażenie, że to dziennikarstwo motoryzacyjne, to takie tradycyjne, jakie my znamy z gazet i z TVN Turbo czy z innych programów, może być jednak trochę zagrożone przez pączkujące kanały z testami i recenzjami. Pamiętam, że jak byłem młodszy, mniej zorientowany w temacie samochodów i motoryzacji, to zawsze przeglądałem programy telewizyjne albo czekałem na jakieś reklamy, gdzie były zapowiedzi, że w tym odcinku będzie o tym i o tym aucie. Często siedziałem sobie z takim zacieszem i wyczekiwałem tego konkretnego programu, a teraz w zasadzie nie trzeba się ruszać z łóżka, wystarczy wyjąć telefon, odpalić YouTube i jest o każdym samochodzie, w każdym języku, po kilkanaście różnych recenzji. Jeśli miałbyś ruszyć z YouTube’em, to czy byłbyś w stanie to pogodzić z pracą dziennikarza telewizyjnego?

Myślę, że jest to do pogodzenia, tylko to jest duże wyzwanie. Jeżeli ja się za coś biorę i zaczynam to robić, to chcę żeby to było zrobione naprawdę dobrze, na 110%. Nie chcę robić czegoś na 30%, czyli stać koło samochodu i z jednego ujęcia opowiadać o nim przez 27 minut, bo dzisiaj w sumie oglądam bardzo mało programów czy testów motoryzacyjnych w internecie. Wiesz dlaczego? Bo są nudne i nie chcę słuchać gościa, który nie jest dla mnie wyznacznikiem, którego ja tak naprawdę nie do końca znam, który nie ma żadnych doświadczeń w sporcie motorowym, nie ma wykształcenia ku temu, a stoi opowiada mi o samochodzie i ja się mogę z nim zgodzić albo nie. Nie mam na to czasu, dla mnie te testy są zbyt siermiężne, za długie. Pamiętam, jak kiedyś robiłem program Moto On i byłem na Wyspach Kanaryjskich. Miałem testować nową 911 i pomyślałem: Boże dlaczego ja na ten samochód mam tylko 6 minut? Powiem ci, że w tym czasie można nagrać dużo dobrego mięcha telewizyjnego. To jest absolutnie wystarczający czas, żeby przekazać clue o tym samochodzie. Jak ktoś będzie chciał go sobie zgłębić, to sam go sobie dodatkowo odszuka, natomiast stanie przy samochodzie segmentu B i opowiadanie o nim w jednym czy w dwóch kadrach przez 27 minut, to moim zdaniem nie jest materiał, który jest robiony na 100%. To jest coś co raczkuje, coś co się rozwija, ale też coś z czym ja nie do końca chciałbym się dziś utożsamiać.

Tak rzeczywiście jest. Też to w ten sposób odbieram, że masa ekspertów, tych nowych, młodych, których nie znamy, wypuszcza teraz recenzje. Wydaje mi się, że mają taką oglądalność, bo ludzie wierzą im na słowo, jak opowiadają o samochodzie, mimo braku doświadczenia i po prostu zastanawiam się, jak mistrzowie fachu dziennikarstwa motoryzacyjnego jak ty czy Patryk Mikiciuk odnajdziecie się w sytuacji kiedy ten rynek prze do YouTube i do tej hiper dostępności.

Zrobimy tego YouTube’a, tylko trzeba zabrać się za to po prostu lepiej niż jest. Znowu będziemy musieli walczyć o pierwsze miejsce. Ponad 20 lat temu zacząłem zajmować się dziennikarstwem motoryzacyjnym. Pierwsze o czym pomyślałem to było to, żeby zacząć się też wyczynowo ścigać samochodami. Byłem wtedy bardzo młody i powiedziałem sobie: „Zacznę pisać do tygodnika Motor, podpiszę się Adam Kornacki i dlaczego ten Jan Kowalski będzie miał mi wierzyć? Adam Kornacki robi test opon zimowych i jedne są jego zdaniem lepsze od drugich, skąd on może mieć prawo i wiedzę do tego, żeby oceniać co jest lepsze, a co jest gorsze?” Dlatego od razu wziąłem udział najpierw w rajdach amatorskich, a potem w RallyCrossie, żeby ludzi, którzy będą spijać moje motoryzacyjne treści wiedzieli, że coś wiem. „Adam Kornacki w Dubaju leci 260km/h na torze, jadąc przez 24h i dojeżdża na 3 miejscu. Czyli może faktycznie coś o tych samochodach wie, może coś faktycznie gdzieś wyjeździł w tych zawodowych imprezach?” To było z mojej strony bardzo kompleksowe, z tej perspektywy, w której teraz jestem mogę powiedzieć, że tamtego siebie podziwiam, bo byłem tak młody, jak ci YouTuberzy teraz w znakomitej większości, jak ty, ale jednak postawiłem wszystko na jedną kartę, żeby zadziałać kompleksowo, żeby zdobyć wiarygodność, bo w tym zawodzie jest ona najważniejsza.

 
Reklama

Czyli poszedłeś w stronę motorsportu, żeby zyskać wiarygodność czy może była w tym  wszystkim chęć spełnienia jednego ze swoich marzeń, czyli wzięcia udziału w wyścigu w Dubaju czy w rajdach typu KJS i innych?

Oczywiście, chciałem zapierniczać i chciałem wygrywać, ta wiarygodność zbudowała się sama. Wiedziałem, że jeżeli chcę wykonywać ten zawód, to wyścigi bardzo mi pomogą. O Dubaju wówczas nawet nie marzyłem. Mój kolega z liceum kiedyś powiedział, jak zacząłem ścigać się Porsche, że „grzechem było marzyć, że pewnego dnia zasiądziesz za sterami takiego samochodu i będziesz jeździł na drugim końcu świata” i z tym się zgadzam w 100%. Te początki były bardzo siermiężne, bardzo trudne. Poświęcałem setki godzin miesięcznie w garażu, przygotowywałem sam te samochody, przy pomocy mojego fantastycznego przyjaciela Piotrka o ksywie Stefan, także to była siermięga, tam się wszystko psuło, eksplozja silnika za silnikiem, nawet  nasz bus serwisowy miał awarie i nigdy nie mogliśmy na czas dotrzeć na zawody, bo jechaliśmy jakimś starym, zardzewiałym gruchotem z lat 80. Kapcie w lawecie nawet łapaliśmy, bo miała koła od dużego Fiata, które nie trzymały zbieżności w ogóle. Nigdy nie mogłem nigdzie dotrzeć na czas, bo to była nieustająca walka z materią, ale niestety ja jestem zawziętym typem człowieka i trudno sprawić, żebym się poddał kiedykolwiek i wówczas nie poddawałem się.

Jesteś i to udowadniasz. Nie chcę generalizować, żeby wyszło, że uważam, że każdy YouTuber jest taki i siaki, ale widząc i czytając odpowiedzi na komentarze różnych twórców internetowych widzę, że ludziom brakuje takiej zawziętości. Oczekują oni posłuchu i wniesienia na piedestał motoryzacyjnej opinii, podczas gdy tuż po założeniu kanału ich recenzje zobaczy jakieś 50 tys. ludzi. Ty z kolei budowałeś to swoje portfolio, doświadczenie, latami.

Kiedyś mogłem być nawet instruktorem doskonalenia techniki jazdy przez pewien czas, takim fachem też się parałem. Mogę wozić ludzi po torze, tak że im trampki z nóg pospadają. Nie było tak łatwo przez cały czas, bo gdybym po roku powiedział: „O dobra, już teraz mam wszystko w motoryzacji, teraz leżę i pachnę”, to bym już dawno nie leżał i nie pachniał. Był taki okres, jeszcze zanim powstało TVN Turbo, czyli jakieś 18 lat temu, że nie miałem co włożyć do garnka i myślałem, że trzeba będzie się przebranżowić, ponieważ nie było roboty. Zwijały się tytuły motoryzacyjne, był kryzys, nie było jeszcze internetu aż tak rozwiniętego, jak teraz. Naprawdę myślałem czy nie założyć warsztatu wulkanizacyjnego czy nie zacząć robić cokolwiek innego. Tu mnie wyganiali, tam mnie wyganiali, dziecko mi się urodziło jedno, potem już drugie w 2002 roku i naprawdę nie było wesoło do momentu, kiedy się ten telefon nie pojawił z zarządu TVN i tu się sprawy zaczęły dziać zupełnie inaczej.

 
Reklama

Zawziętość, prawda?

Tak, tak trzeba.

Kilka razy wspomniałeś o Porsche 911. W zasadzie więcej, niż kilka

Ja też zwracam na to uwagę, nie wiem czemu.

I chyba jest to takie twoje uzależnienie. Widzę, że się uśmiechasz oczami jak wymawiasz „911”. Zastanawiam się czy twoja miłość do tego modelu zrodziła się jak jeszcze byłeś młodym chłopcem, gdy widziałeś go tylko na plakatach albo w telewizji, czy twoje zauroczenie tym samochodem zrodziło się wtedy, jak wsiadłeś pierwszy raz do tego auta, pojeździłeś nim trochę i powiedziałeś: To jest to.

Wiesz, bliżej tego drugiego. Jak byłem mały to się motoryzacją nie interesowałem za bardzo. Potem, jak już zacząłem zagłębiać temat w liceum, to spijałem ze zdjęć prasowych model 959, czyli tą najlepszą z lat 80., pochodną 911. On mnie fascynował w każdym wymiarze. I  jako wersja dakarowa i wersja La Mans, oczywiście w różnych mutacjach, nazwach. Tak naprawdę 911 bliżej poznałem, jak zacząłem się nią ścigać. Był to rok 2007, ścigałem się już kilka lat i dostałem zaproszenie na testy. Pojeździłem nim i wysiadłem z niego mówiąc: „Kurde, ja nie umiem jeździć, ten samochód jest tak zboczony, to jest taki wariat, który chce mnie zaskoczyć w każdym momencie.” Znałem tor, jeździłem po nim, ścigałem się co prawda autami z przednim napędem. Po raz kolejny moja zawziętość sprawiła, że musiałem spróbować go okiełznać, prawda? Musiałem nauczyć się nim jeździć od samego początku i tak też się stało. Rok mi zajęło, żeby tym samochodem w ogóle jakiekolwiek czasy zacząć wykręcać na torze i żeby potem zacząć się ścigać jak równy z równym z innymi kierowcami. To bardzo trudny i wymagający samochód, inny kompletnie niż wszystkie auta. Staram się jeździć większością aut sportowych, ale 911 jest samochodem nigdy do końca przeze mnie nie poznanym. On się potrafi wymknąć spod kontroli wtedy, kiedy się naprawdę tego nie spodziewasz i to jest fascynujące w tym samochodzie.

A Czy twoim zdaniem uczucie tej „bezpośredniości” w prowadzeniu jest jeszcze żywe? A może to odchodzi i jest zastępowane technologią?

 
Reklama

Od tej technologii nie uciekniemy i z nią nie ma co walczyć, bo ludzie tworzący te samochody nie są głupi. Popatrzymy na telefonię komórkową. Gdybyśmy chcieli uwsteczniać się o 20, 30 lat, to byśmy chodzili dzisiaj z walizkami typu Centertel. Tak naprawdę dzisiaj samochód sportowy potrafi skupiać w sobie trzy auta. Mamy do dyspozycji różne tryby, przestawia się komputer, skrzynia biegów, sterowanie silnikiem, zmienia się twardość zawieszenia. Tak naprawdę kiedy chcesz, to możesz mieć fajnego cruisera do jechania 140 km/h na autostradzie, a kiedy wjeżdżasz na tor, wciskasz sport+ czy inny system, masz wariata, szatana w samochodzie, który daje ci ogromną frajdę z każdego zakrętu. Zawsze idę z duchem czasu, uwielbiam nowe samochody, uwielbiam odkrywać te technologie. Hybrydę stworzono po to, żeby oszczędzać, zaś dzisiaj w samochodach super sportowych hybrydy sprawiają, że  naprawdę przełamywane są prawa fizyki i auta zaczynają przyspieszać od 0 do 100 poniżej 3 sekund na seryjnych oponach, co się nigdy wcześniej nie zdarzało. Proponuje nie nadymać się i nie obrażać i nie twierdzić: Panie Adamie, tylko gaźnik, tylko V8, a czerpać pełnymi garściami z tego co motoryzacja nam daje, bo ta nowa motoryzacja też jest przepiękna.

 
Reklama

Uważasz, że ludzie są gotowi na te bardzo agresywne i szybkie hybrydy? Gdzie to przyspieszenie jest tak ostre i agresywne i mocne przez to, że jest całkowicie liniowe. Czy ludzi stać na okiełznanie czegoś takiego?

Do każdego samochodu, który ma odpowiednią moc, trzeba się dostosować, należy się nauczyć jeździć. Posiadanie samochodu sportowego nie oznacza bycia mistrzem kierownicy. Samochód potrafi zaskoczyć, hybrydy, nawet te sportowe, są bezpieczniejsze od normalnych spalinowych samochodów, bo w większości mają napęd na 4 koła, przyspieszanie jest efektywne właśnie dzięki temu. Jeśli ktoś mi mówi: „Mam super sportowe auto, ale nigdy nie byłem na żadnym placu i w żadnej szkole doskonalenia techniki jazdy”, to ja się patrzę dziwnie na takiego gentelmana, bo  to znaczy, że nie wykorzystuje 40% potencjału tego samochodu, a trochę szkoda, bo tymi autami można szybko pojechać, tylko trzeba umieć. Tego łącznika nie zastąpimy nigdy i ja szanuję ludzi, którzy nie boją się przyznać: „Kupiłem sobie M4 i boję się tego samochodu, Adamie drogi co zrobić, żeby tym samochodem jeździć tak, żeby się nie bać?” Wtedy z przyjemnością takie rady daję, mogę pokierować dokąd pójść, kogo się zapytać, gdzie są jakieś fajne szkoły doskonalenia techniki jazdy, żeby swoim samochodem jechać wyluzowanym, a nie napiętym jak baranie jądra.

Tak mi się właśnie coś przypomniało, odnośnie braku tej kontroli i tego co mówisz. Kiedyś chyba rok temu, jadąc Wisłostradą, widziałem czerwonego Lexusa LC500…

… Znam ten model…

… Z V8, bardzo głośnego. Jego kierowca nie panował nad nim do tego stopnia, że w pewnym momencie zaczął od lewej do prawej krawędzi jezdni zarzucać tyłem. Tak sobie teraz myśle, czy przez to, że ludzie wstydzą się przyznać do tego, że nie potrafią zapanować nad swoim autem, nie jest momentami niebezpiecznie na ulicach?

Oczywiście, że jest. Wszyscy jesteśmy mistrzami kierownicy, kogo się nie zapytasz czy jeździ furą za 5000 złotych czy za 500 000 złotych, to i tak każdy jest najlepszy. To jest wzorzec. I finito. Też się spotykam czasem z takimi osobnikami w Zakupie kontrolowanym, że chce sobie kupić BMW sportowe, tylko tył napęd. Pytam czy jeździł? „Nie. A wiesz z czym to się je? Nie do końca, ale jak będę miał to się nauczę. Ok, ale obiecaj mi, że się nauczysz, a nie że zaraz pojeździsz i niestety będziemy czytać w gazetach, że się kolejny gdzieś w rowie zawinął na drzewie.” Popatrzmy teraz na Mustangi, które są teraz najtańszymi końmi mechanicznymi, jeśli chodzi o nowe samochody. Piękny samochód z fantastycznym silnikiem i faktycznie w porównaniu z europejskimi autami aportowymi, jest dostępny za bardzo przyzwoitą cenę. Namnożyło się tych samochodów i ja bardzo dużo jeżdżę po Polsce i spotykam się z ludźmi i jak tylko popada, obojętnie czy jesteś na drodze wojewódzkiej czy krajowej, autostradzie, zazwyczaj zobaczysz jakiegoś Mustanga w rowie. To są takie samochody, którymi jak nie umiesz, to nie pojedziesz, ponieważ złapiesz tzw. rybę, tyłem auta zacznie wodzić z lewej na prawą, jak tym Lexusem, o którym mówiłeś. Jeżeli nie zareagujesz odpowiednio szybko, kontrą, dodaniem gazu albo przynajmniej odejmowaniem go, to umarł w butach, jesteś poza drogą i oby się tylko to rowem skończyło, a nie zawinięciem bokiem na drzewie. Uczmy się jeździć, podchodźmy do tego z pokorą, nie jesteśmy mistrzami świata, nie jesteśmy kierowcami Formuły 1, poznawajmy swój samochód, szczególnie przed sezonem zimowym, kiedy ta przyczepność jest niższa. Bardzo dobrym czasem na doskonalenie techniki jazdy jest okres wiosenny. Im ładniejsza pogoda, tym wypadków jest więcej i niestety są zawsze poważniejsze w skutkach.

Bardzo dobrze powiedziane i na tym bym zakończył, bo „czas antenowy” się kończy.

Już?

Niestety tak. Dziękuję za rozmowę.

 
Reklama

Również dziękuję, pozdrawiam wszystkich. Szerokiej drogi, szerokości, bezpieczeństwa.

Zostańmy w garażu czy w domach?

 
Reklama

Zostańmy w garażu. Samochód drugim domem jest.

To prawda. Dziękuję.

Dzięki.

 

fot.: materiały prasowe

Reklama