Jacek Poniedziałek: Tłumaczenia aktora

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn

Jacek Poniedziałek – aktor, reżyser, tłumacz. Jedno hasło, które spina twoje trzy aktywności zawodowe, to w moim mniemaniu w o l n o ś ć. Faktycznie, udajesz się na poszukiwanie wolności? Jesteś jej głodny?

Jestem jej głodny, na pewno, ale czy udaję się na jej poszukiwania? Chyba nie. Ja ją po prostu realizuję, nawet wobec samego siebie. Bo kiedy mówisz o reżyserowaniu, to ono akurat pojawiło się później niż przekłady sztuk teatralnych. Wcześniej zadawano mi często pytanie, czy nie chciałbym reżyserować: bo już tak długo jestem w teatrze aktywny, intensywny i – można to rozumieć lepiej lub gorzej – głośny. Na początku mojej warszawskiej kariery były te wszystkie „rozbieranki”, bo tak nazywano często to, co robiliśmy na scenie u Krzyśka Warlikowskiego – czy to w „Hamlecie”, czy to w „Oczyszczonych”. Jako aktor brałem udział w burzy i naporze tak zwanego wtedy „nowego teatru”, czyli brutalistów, barbarzyńców – tak o nas mówili w Warszawie. Wpadłem jak burza do tego miasta z Krakowa i zaistniałem tutaj – moje nazwisko stało się głośne i rozpoznawalne. Zanim wspólnie z Anią Smolar wyreżyserowałem swój pierwszy spektakl, zawsze odrzucałem taką możliwość, by zająć się reżyserią. Nie czułem się na siłach intelektualnie. Nie była to fałszywa skromność – nie wyobrażałem sobie siebie w roli kogoś, kto miałby być dla swoich aktorów partnerem, liderem, przewodnikiem w jakimś świecie. Nie mam przygotowania teoretycznego – nie studiowałem reżyserii ani filozofii, skończyłem po prostu szkołę zawodową, bo szkoła aktorska to jest, można powiedzieć, zawodówka. I jeżeli z czasem reżyseria stała się moim drugim czy trzecim zawodem, to tylko dzięki życiowemu doświadczeniu. Ono rzeczywiście może zrekompensować brak przygotowania, backgroundu. Nie nazywam tego mądrością, tylko wiedzą życiową. A ona jest dość bogata. W pewnym wieku tyle się już przeżyło, tyle zobaczyło, tylu ludzi poznało i w tylu sytuacjach było, że ma się jakiś ukształtowany świat, pejzaż wewnętrzny, który może być – nie musi, bo bywa różnie – na tyle interesujący, żeby się nim dzielić z innymi ludźmi.

A jest jeszcze coś takiego, jak wyczucie. Wydaje mi się, że jest ono w reżyserowaniu bardzo potrzebne. Jeżeli składamy jakieś elementy – a chyba reżyserzy tak właśnie czynią: a to inspiracje, a to coś, czym nasiąkli, a to coś, do czego aspirują – to jest to rodzaj kolażu przygód zaznawanych wcześniej w sztuce. Zgodzisz się?

Mnie się wydaje, że oprócz wiedzy najważniejsza jest u reżysera intuicja. Intuicja co do współczesnego kontekstu jakiegoś dzieła literackiego, sztuki czy powieści. Na przykład: kim może być w takim świecie, w jakim dziś żyjemy, Hamlet, Konrad czy Woyzeck. Jak odnaleźć tych bohaterów wśród ludzi, którzy nas otaczają, jak znaleźć tak zbuntowaną czy idealistyczną jednostkę znajdującą się w systemie, z którym nie może sobie poradzić. Albo z którym nie chce sobie radzić, z którym się nie zgadza.

JacekPoniedzialek_1

Jako doświadczony aktor masz pewną przewagę w reżyserii – znasz aktorskie triki. Możesz być przez to jako reżyser trudniejszy dla aktorów?

No tak, na pewno! Powiedziałaś „triki”… To są raczej sposoby. Aktor jest też po prostu człowiekiem. Wykonując zawód aktora i grając jakieś role, radzę sobie z czymś i czymś się posługuję j a k o c z ł o w i e k. Można powiedzieć, że, mając już tyle doświadczeń aktorskich, poznałem sporą gamę różnych sposobów „dobierania się” do postaci, myślenia o niej, ale przede wszystkim sposobów wyrażania, grania na scenie czy przed kamerą. One się wszystkie gdzieś tam zakodowały. I ta pamięć jest strasznie uciążliwa właśnie wtedy, kiedy to wszystko widzisz. A najbardziej widać to, kiedy aktorzy… no, co tu dużo mówić, udają, że są przygotowani do próby, a nie są. Używają różnych technik zabezpieczających i socjotechnik, żeby reżyser myślał, jak bardzo są zaangażowani. A ja widzę, że wieczorem nawet nie przeczytali tekstu. Mniejsza z tym, że go nie umieją na pamięć, ale po prostu nie przynieśli do teatru żadnej myśli, bo, wiadomo, sprawy życiowe. A ja siedzę w ciemności sali teatralnej – oni zaś w świetle na scenie – i widzę wszystko. Podobnie ma kamera – nie oszukasz jej, widzi wszystko, co się dzieje w człowieku, mimo że ten się uśmiecha i udaje, jak jest wspaniale, choć czuje się źle. Dla mnie w ogóle w życiu i w tej pracy najważniejsza jest prawda. Autentyczność.

Nawet, jeżeli ma być kosztowna? Nawet, jeżeli nie przysporzy ci przyjaciół, sojuszników, pochlebców?

Reklama

Prawda raczej zjednuje ludzi. Ludzie lgną do prawdy, bo mamy bardzo dużo fałszu. Jeżeli ludzie lgną do ciebie, kiedy kłamiesz, to oni też kłamią i będą kłamać, ta relacja nigdy nie będzie istotna.

Czy w twoim przejściu ku reżyserii nie zawiera się lekkie rozczarowanie zawodem aktora?

Ten zawód uprawia się od projektu do projektu. Jesteś aktorem w momencie, w którym chodzisz na próby, przygotowujesz jakąś rolę, myślisz o jakimś świecie, usiłujesz odnaleźć siebie w świecie autora i tego bohatera, którego odgrywasz. Nie ma generalnych prawd w tym zawodzie i nie czujesz się zawsze spełniony. Jest takie amerykańskie powiedzenie z branży filmowej, że jesteś tak dobry, jak twój ostatni film.

JacekPoniedzialek_2

Jazzmani też tak mawiają.

Tak się mówi o artystach, o show-biznesie, o scenie. Miewam chwile rozczarowań, brakuje mi czegoś, ten zawód wydaje mi się dosyć powierzchowny, bo w gruncie rzeczy chodzi o bardzo proste rzeczy, których ja jednak nie mam – jestem zbyt skomplikowany, jestem powikłany. Jest mi za mało. Nie cieszy mnie coś, co jest oparte na iluzji, na udawaniu, na jakimś pięknym kłamstwie, na ładnym uśmiechu, na przenikliwym spojrzeniu, na ładnie powiedzianej frazie. Oglądamy się w różnych materiałach filmowych i tak się czasami zachwycamy! Jesteśmy zadowoleni, ale właściwie z czego? Że się ładnie włosy ułożyły? Że się udało wypowiedzieć jakąś myśl? No i wtedy zaczyna brakować czegoś innego… Ktoś podsuwa pomysł: „może byś przetłumaczył tę sztukę, coś tam robię i potrzebuję, a ty cały czas po angielsku mówisz – gdy ktoś szuka słów lub chce coś wyrazić po angielsku, to ciebie pyta”. No i zaczynasz to przekładać – tak, jak ci pozwala twój talent, potencjał i orientacja w języku. Ludzie mówią, że to jest fajne, a tobie sprawia przyjemność. To bardzo samodzielna praca, nie wymagająca zespołu ludzi. Jeśli chodzi o tzw. godziny pracy, to jeśli masz ochotę, możesz zaczynać o trzeciej nad ranem, a kończyć o dziesiątej wieczorem. I masz tę radość, gdy potem słyszysz, jak te słowa brzmią w ustach innych ludzi, innych aktorów. A kiedy są to dobrzy aktorzy i widać, że z przyjemnością słowa te wypowiadają, to masz jeszcze dodatkową podjarkę.

Myślę, że tak jest też z autorstwem tekstu.

No, najbardziej tak jest z autorstwem, ale ponieważ nie ja jestem autorem na razie, tylko tłumaczem…

JacekPoniedzialek_5

Domyślasz się, po co ci to pytanie teraz zadaję?

Czy będę też pisał? Nie będę.

Nie wierzę ci. Jeżeli jest w tobie tego rodzaju „chemiczna relacja” ze słowem, a we współczesnym świecie istnieje zapotrzebowanie, by słowa mnożyć, to musi się to tak skończyć.

Mamy za dużo słów. Mimo że jestem do nich przywiązany, to mamy ich za dużo. Słów i obrazów. Wszystkiego mamy za dużo. Jesteśmy przeładowani informacją. Wszelką, nie tylko wizualną, również werbalną. Ciszy nam brakuje bardzo. Czułości i ciszy.

A gdyby zastanowić się nad odwagą albo tupetem, albo może dodatkowo też ryzykiem, to gdzie jest tego najwięcej? W aktorstwie czy w reżyserii? To jest również pytanie o odpowiedzialność.

W reżyserii, na pewno. Bierzesz odpowiedzialność za cały projekt, za wszystkich ludzi, w jakimś sensie za ich los przez moment. Za to, jak zostaną ocenieni, jak się będą w tym czuli, co im to da, co odbierze, ile będą musieli poświęcić, bo próby są często bardzo emocjonalne i bardzo trudne. Zdarzają się na nich często rzeczy naprawdę bolesne (wychodzą na wierzch różne osobiste historie czy dylematy, ale też bieżące życiowe problemy). Skoro mam taki dostęp, tę perspektywę, że widzę wyraźnie człowieka, potrafię dokładnie opisać jego stan, jego kondycję, żeby mu podpowiedzieć, co teraz powinien zrobić, jak myśleć na scenie, to mogę go bardzo łatwo zranić. I oczywiście zdarza mi się to czasami, ale mam świadomość odpowiedzialności. To jest zawód, który wymaga wielkiej odpowiedzialności oraz dystansu.

Rozmawiamy o całym oceanie wyzwań i też o jakimś zgiełku, który towarzyszy pracy z ludźmi. No i nagle ty jako tłumacz tekstu literackiego – zostajesz bez tych ludzi, bez tego ryzyka…

Ale ludzie przychodzą za chwilę, bo oni biorą te przekłady na warsztat i zapoznają się z nimi. Zdarza się, że udaje się ich tym tekstem zauroczyć czy zainteresować, zaczynają czytać, a potem już mówić tymi twoimi słowami. Twoimi, bo, owszem, napisał je autor, ale przekład też jest twórczością. To nie jest przetwarzanie, to jest tworzenie.

JacekPoniedzialek_4

Tłumaczenie jest jak kobieta – albo wierne, albo piękne. Jeździsz tramwajami?

Rzadko, ale jeżdżę.

Środki komunikacji publicznej, miejsca publiczne w ogóle – tu jesteśmy narażeni na takie wręcz odpadki ze small talków. Jeżeli sprowadzamy komunikację międzyludzką do takich zdań-pigułek, to jaki jest sens tłumaczyć dziś Tennessee Williamsa?

Trzeba spojrzeć za tę fasadę. Co tam jest? Tak jak to robi David Lynch na przykład. Ostatnio widziałem film Ariego Folmana „Kongres” na podstawie opowiadania Stanisława Lema „Kongres futurologiczny”. Tak jak w filmach Lyncha, nie widzisz tam small talku. Pod nim jest jakieś cierpienie, jakiś człowiek, jakaś kondycja, ból, pragnienie, samotność, pożądanie, namiętność, pragnienia niespełnione, marzenia, sny, zamiary, potrzeby. Jest tego strasznie dużo. Zatem small talki były zawsze – są i będą. One nie znają wieku, są wieczne. Natomiast za nimi stoją ludzie, bardzo konkretni i w pewnym sensie wieczni jako gatunek. Mogę sobie wyobrazić przedstawienie teatralne czy film, które w całości składałyby się ze small talków – tych z drugim dnem. Możemy sobie na przykład zacząć projektować, co ten człowiek, który z tobą prowadzi ów small talk, co on teraz myśli, dokąd jego wyobraźnia odpływa, gdzie on w tej chwili jest? Czy jest w łóżku z jakąś kobietą, czy bierze gdzieś w Peru ayahuaskę, czy pływa w Oceanie Spokojnym, czy jest na Seszelach, czy uprawia zakazany seks… O różnych rzeczach ludzie myślą. Pomyśl, ile tam przekroczeń! Tyle tego, miliardy spraw, które za tym small talkiem się czają.

A kiedy oglądasz „Kongres” Folmana – płaczesz?

Nie.

Wizja, która jest tam przedstawiana…

…Że nie będzie aktorów, tylko będą nasze awatary, po tym jak nas zeskanują. A ja się zastanawiam, do czego właściwie jesteśmy jeszcze potrzebni, skoro jesteśmy tacy niedoskonali? Nie mówię tego kokieteryjnie czy ironicznie, tylko się nad tym zastanawiam. Rzeczywiście, można nas już tak doskonale zeskanować i zanimować, zrobić z nas te awatary, zwłaszcza że istnieje VR, nie tylko filmy w 3D. W technologii VR możliwe są już wszystkie wymiary: pod nami, nad nami, obok nas. Aktora już tam nie ma, jest tylko jego ciało całkowicie zdigitalizowane i doskonałe… Ten aktor wyrazi wszystko, co mu zaprogramujesz, każdą emocję, wszystko. Przyszłością jest wirtualna rzeczywistość VR, jakaś teleportacja, przenoszenie siebie w formie obrazu, czy czym to jest. W formie czegoś, co jest trójwymiarowe – nie jest to obraz przecież. To jest coś, z czym można w przestrzeni funkcjonować. I to jest dość przerażające, a z drugiej strony ciekawe. Skanowanie aktorów jest niezwykle ciekawe.

JacekPoniedzialek_3

To jest też pewien rodzaj tłumaczenia… „Tłumaczenie” ciała aktora na inny wymiar. Zastanawiam się, po co sięgasz po teksty, które tłumaczysz? Czego w warstwie werbalnej, w warstwie literackiej potrzebują dzisiaj widzowie teatralni?

Jestem lekko staroświecki… Ten postdramatyczny teatr trochę mnie męczy. I ten teatr dokumentalny… Jest potrzebny, jest fajny, ale brakuje mi w nim kreatywności i też po prostu l o s u. Aktorzy są często przezroczyści w tym współczesnym teatrze dokumentalnym czy postdramatycznym, są raczej nośnikami pewnych treści i idei, a nie grają człowieka z krwi i kości. Tzn. oni są ludźmi z krwi i kości, ale tylko referują jakieś dylematy, problemy czy sprawy społeczne. To jest potrzebne, ale ja lubię też ludzkie mięso na scenie, w dosłownym i przenośnym znaczeniu. I emocje, i problemy, i napięcia, i dramaty, których doświadczamy w życiu w pewnym skondensowaniu, i które rozumiemy. Chcemy przeżyć tę trwogę czy lęk i dojść do katharsis, po które przychodzi się do teatru. I to jest mi bliskie. Akurat amerykański dramat stwarza świetne warunki do tego, bo jest bardzo szczery, choć ma już 50, 60, 80 lat. Te stare teksty są bardzo współczesne, bo Amerykanie szybciej niż my potrafili być szczerzy w przestrzeni publicznej. My Polacy do dzisiaj mamy z tym problem.

 

fot.: Monika Szałek

Podziękowania dla Nowego Teatru, za udostępnienie pomieszczeń do realizacji wywiadu.

Autor

Magdalena Juszczyk – dziennikarka radiowa i telewizyjna. Zaczynała w Radiu Jazz z serwisem kulturalnym „HeyNow na miasto”. Potem było Radio PiN, codzienny „Kalkulator kulturalny” i wywiady z osobowościami świata kultury. Radiowa Dwójka stała się na kilka lat miejscem jej cotygodniowych spotkań z twórcami w cyklu „W Dwójce raźniej”. Za emitowany w Telewizji Kino Polska „Program obowiązkowy” nominowana była w 2017 r. do nagród PISF-u. Ma maturę, magistra, kartę mikrofonową i prawo jazdy kategorii B. Lubi rowery z RFN-u, stylowe motocykle wraz z ich jeźdźcami, a do szybowca wsiada na jedno zawołanie.

Przeczytaj również

Nasze magazyny

Reklama

Follow on Twitter

Reklama