Bodo Kox: Twórca głębinowy

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn

Mój kolega ładnych parę lat temu uświadomił mi: „ciebie biorą za wariata”. Ale już było za późno, by powrócić z tej drogi i zacząć udawać kogoś, kto jest „poważnym twórcą”. Kanarków nie traktuje się poważnie w kraju wróbli. Taki wizerunek z jednej strony jest super, bo człowiek się wyróżnia, ale z drugiej strony to wyróżnianie się do pewnych miejsc nie pasuje. Oto jest taki Bodo Kox, który robi te swoje dziwne filmy, i są ci, którzy robią filmy poważne, o ważnych sprawach. Tak jakby filmy bardziej szalone nie mogły dotyczyć też poważnych tematów! Czasem się zastanawiam: iść na taki kompromis, próbować się wbić w ten główny strumień, żeby być mniej niszowy, czy jednak – skoro funkcjonuję jako twórca niszowy – trzymać się tego i pogodzić się z tym, że mam dużo węższą grupę odbiorców? Od Bajona i Marczewskiego zdarzyło mi się usłyszeć, że jestem powierzchowny. Ok, niech będzie – jestem twórcą powierzchownym. Aczkolwiek słyszałem to jakieś dziesięć lat temu, teraz mogę być już mniej powierzchowny. Teraz mogę być… „zapadający się”. Twórca „głębinowy”. Ostatnio ktoś spoza branży powiedział mi jeszcze: „ty robisz takie refleksyjne filmy, nie dla każdego”. To było miłe. To jest trochę jazz, to tworzenie. Później, niestety, te jazzowe kompozycje trzeba ubierać w jakąś formę – przystępną choćby dla producenta, żeby on wiedział mniej więcej, co chcę zrobić. Muszę np. określić gatunek… Trudno jest przełożyć na papier to, co ma się w głowie, szczególnie gdy jest się chaotyczną osobą. Stanie się to łatwe, kiedy zaistnieje taka możliwość technologiczna, by nasze myśli wyświetlać na ekranie. I to będą czasy, kiedy już naprawdę trzeba będzie się zwijać…

 

Transhumanizm chucha nam w plecy.

Totalnie! Z jednej strony to straszne, ale czasem, gdy z kimś pracuję, to się zastanawiam: „kurwa, czemu on nie czyta mi w myślach, przecież zupełnie nie o to mi chodzi!”. Bywa też, że ktoś nie czyta mi w myślach, ale przynosi od siebie coś lepszego niż to, co sam miałem w głowie. Kino to jest jednak gra zespołowa. Dobrze jest spotkać kilku kreatywnych ludzi, którzy się nawzajem stymulują. Wtedy wychodzą najlepsze rzeczy.

bodo kox, polski rezyser, aktor, FPFFG

A gdyby zastanowić się nad wyobraźnią, to czy jej potencjał może się w ciągu życia wypłukać?

Kiedyś bałem się pójść na terapię ze względu na to, że jak ktoś zacznie we mnie grzebać, to stracę: przestanę być kreatywny i twórczy. Nie tylko ja mam takie obawy. Poznałem ludzi, którzy też nie chodzą na terapię, bo ich wartością jest właśnie to, jacy są. To przekłada się na ich twórczość, więc boją się, że przestaną być artystami. Gdy zaczną być uporządkowani, „sterapeutyzowani” po prostu, to będą mieć, mówiąc w skrócie, mniejszego pierdolca i będą impotentami w swojej sztuce. Sam chodziłem na terapię jakiś czas i zamierzam to kontynuować, bo jednak nikt tak dobrze cię nie podsumuje, jak ktoś, kto przeczytał parę książek z tej dziedziny, kto cię nie zna, a jeszcze bierze od ciebie kasę, więc czuje coś w rodzaju powinności. Kiedy sam próbujesz sobie pomóc, albo ktoś, kto się na tym nie zna, to może wyjść z tego krzywda. Wyobraźni nie da się wyczerpać, ale może skończyć się ochota lub energia i siła do ciągłego boksowania się z rzeczywistością, która ma głęboko w dupie twoją wyobraźnię i ciebie. Ja mam jeszcze resztki młodości, witalność, chęć wyrażania siebie przez instrumenty, które sobie wybrałem, więc się nie martwię. Ale może być tak, że jako pięćdziesięciolatek lub sześćdziesięciolatek „wejdę w jesień” – a koło sześćdziesiątki ludzie już zaczynają się kurczyć – i wówczas wyobraźnia będzie, ale nie będę z niej korzystał. Albo i wyobraźnia „pójdzie sobie w jesień”.

Nie mogłeś poczekać jeszcze trochę, aż nastąpi moment wypalenia? I dopiero wtedy uderzyć do terapeuty?


Reklama
Advertisement

Jeśli czujesz, że nie możesz wytrzymać sam ze sobą i jeszcze najbliższe otoczenie dostaje rykoszetem… Wiesz, z terapią jest tak: jak ktoś chodzi do psychologa, to lepiej mu nie otwierać drzwi, to wariat! W moim artystycznym środowisku chodzi co druga osoba, albo już prawie każdy! I słusznie.

Zrobiło się jak w filmach Woody’ego Allena z lat 70. i 80. Oglądaliśmy to kiedyś jak jakiś egzotyczny świat, a teraz środowiska artystyczne trochę tak właśnie żyją.

Nawet książki piszą o tym! Ktoś przestał chlać, zaczął się terapeutyzować i dzięki temu ma kaskę, bo sobie książkę o tym napisał. Ludzie, zwłaszcza Polacy, powinni korzystać z terapii. Zresztą nasz wielki przywódca i jego koledzy to są ewidentne przypadki do dużej pracy u specjalistów.

bodo kox, polski rezyser, aktor, FPFFG

Bardzo często odwołujesz się do kina, jako „metody terapeutyzowania siebie”. Czy twój ostatni film taką rolę spełnił? Już możemy o tym mówić, jest dawno po premierze, już wiesz, ilu widzów obejrzało tę opowieść o miłości.

Gdybym był młodszy, to być może byłbym dużo bardziej poruszony informacją, ilu widzów obejrzało film w kinach. Wcześniejsza „Dziewczyna z szafy” jest ewidentnie o depresji, która nie jest mi obca, a „Człowiek z magicznym pudełkiem” jest bardziej o miłości, która jest mi bliska, ale też czasem bardzo daleka, wręcz poza zasięgiem. Na szczęście gdy się ma dziecko, to jest to inny rodzaj funkcjonowania. Jest inaczej, niż kiedy jest się zupełnie samemu.

Masz chyba gwarant miłości odczuwanej do końca twoich dni?

Jeżeli się nic nie zepsuje, nie popełnię jakichś błędów, to tak. Staram się ich nie popełniać za dużo. „Człowiek z magicznym pudełkiem” to jest film, w którym ewidentnie mierzę się z moim lękiem przed przyszłością, dystopijną przyszłością. I chyba rzeczywiście trochę mi odpuściło. Rzeczywistość dogania – a momentami prześciga! – moje wcześniejsze lęki, więc czekam, kiedy się to wszystko wydarzy, ze spokojem. Na przykład Chińczycy wprowadzają coś, co jest w tle mojego filmu, czyli totalną kontrolę.

Publiczność poczuła zwiastowanie wojny w twoim filmie?

Czasem ktoś mówił, że to przerażające. Ludzie odpychają od siebie różne rzeczy, np. to, że za jakiś czas nasze ciało nie będzie z nami współpracowało. Odpychają to, że zaraz umrzemy. Co się dzieje, kiedy świadomość opuszcza człowieka? Podobno to zajebiste uczucie! Ale na przykład dwa lata męczarni z rakiem już tak zajebiste nie są. Ludzie odpychają to od siebie. I słusznie.

A ty myślisz czasami o śmierci?

Trzeba rozmawiać o śmierci. Śmierć się teraz zamiotło pod dywan. Kiedyś umieranie było wydarzeniem niemalże mistycznym dla najbliższych – odprowadzało się tę osobę wspólnie. Niektórzy wierzyli, że będzie żyła wiecznie, inni w to nie wierzyli. A teraz po prostu babcia idzie do szpitala i już stamtąd nie wraca. Dzwonią do nas rano, że już po wszystkim. Żyjemy w kulturze wiecznej młodości, wiecznie zajebistego zdrowia, wiecznie zajebistego kredytu, wiecznie zajebistych modeli wiecznie zajebistych rzeczy, które w ogóle nie są zajebiste (psują się bardzo szybko, żebyś kupował następne) i w ogóle nie są ci potrzebne do życia, a zupełnie nie myśli się o momentach, które prędzej czy później cię dopadną. I gdy cię już dopadają, a cały świat jest zajęty tymi zajebistymi rzeczami, to kompletnie sobie nie radzisz. Więc dobrze jest bawić się życiem, ale też mieć świadomość, że ono się prędzej czy później skończy. Twoje życie. A najgorzej, gdy kończy się życie kogoś…

bodo kox, polski rezyser, aktor, FPFFG

…bez kogo nie możesz żyć?

Wtedy jest katastrofa. Jest katastrofa, kiedy widzisz takie rzeczy, jak te, które w latach 90. były na porządku dziennym, gdy trup leżał na ulicy. Jak w Jugosławii.

Albo jak w Syrii dzisiaj.

.. To nieważne, to nas nie obchodzi, to są „jakieś tam Araby”. Wiele rzeczy nas nie obchodzi. Nawet to, że wydarzenia w Syrii oddziałują na nas, na cały świat. Ja o tym wszystkim myślę i straszę ludzi, a oni później stwierdzają: „on się już odkleił totalnie!”. Ale ja mam ich w dupie.

Po naszej rozmowie też cię ktoś tak podsumuje.

A ja myślę o bardzo wielu rzeczach! I o śmierci, i o wojnie, i o bzykaniu, i o tym, co kupić córce w prezencie, albo czy zapisać ją na chiński… Teraz dużo myślę o tym, jaki samochód kupić – samochód marzeń, czy po prostu praktyczny? A jeszcze gdy mam takie okresy detoksykacji czy porządnego prowadzenia się, kiedy nie spowalniam się żadną substancją, to wtedy mózg jest totalnie rozlatany. Z jednej strony to niewygodne, a z drugiej – jak ten strumień runie, jak wymyślę kolejną rzecz, jak pójdę krok dalej w swoim rozwoju artystycznym..! Super by było, gdyby to szło też w sferze ekonomicznej.

Dokąd zatem idziesz w swoim rozwoju artystycznym?

Boję się pewnych tematów, bo wiesz… Jak przyglądasz się złu, to zło zaczyna przyglądać się tobie. Ale wracam do swoich zainteresowań z „Dziewczyny z szafy”. Czyli: światy równoległe, inne byty.

Jak to zamierzasz opowiedzieć?

Nie powiem teraz, jak chcę to pokazać. Chcę też zrobić komedię, która będzie głupia, zabawna, żeby odreagować i się odmóżdżyć. Mam projekty na odmóżdżenie.

A nie chcesz wrócić do…

… Do offu? Wiesz, ja albo już wróciłem, albo jestem na dobrej drodze, by tam wrócić.

To jest pytanie o kompromisy. Czy w profesjonalnym kinie możesz być jeszcze autonomiczny?

Środki, które się posiadało w OFFie, były żadne, więc się robiło małe rzeczy o małym zasięgu. W mainstreamie masz instrumenty, które pozwalają ci rozszerzyć zasięg, więc ja jestem gotów chodzić na kompromisy – tylko żeby to nie były jakieś zgniłe lub męczące kompromisy. Nie chcę się czuć gwałcony. Nie chce mi się przy każdym kolejnym filmie opowiadać, jakie kino dotąd robiłem, bo to bywa traumatyczne.

Ale jesteś asertywny na tyle, aby sobie z tym radzić, czy bywasz „gwałcony”?

Robię się coraz gorszym człowiekiem. W myśl zasady, że jak cię „tną w chuja”, to ty też zaczynasz „ciąć w chuja”. Jak ktoś cię atakuje, to robisz się coraz bardziej spięty i gotowy do konfrontacji. Nie jest fajnie być chujem. Kiedy stajesz się bezwzględny, to myślisz: „mnie też tak robili, nie interesuje mnie to, jadę dalej”. I zaczynasz być w życiu jak czołg. Cały czas jest w tobie walka dobra ze złem, albo walka o to, czy być artystą i robić te swoje małe rzeczy, czy może robić większe. Ale wtedy trzeba wejść na pewien poziom skurwysyństwa, układać się, itd… Żeby wydobyć jakieś tematy, czasem trzeba się z kimś z a d a w a ć. I teraz pytanie: czy interesuje cię z a d a w a n i e z ludźmi, którzy decydują o czymś, albo mają wiedzę na jakiś temat, a ty, jeśli jesteś zainteresowany, musisz chlać z nimi wódkę albo dać dupy.

Mam się bać o ciebie, Bodo?

Nie bój się o mnie, ja jestem wojownikiem. Od wielu wcieleń. Trzeba dużo z sobą samym rozmawiać. Wiedzieć, jaką cenę jest się w stanie zapłacić.

bodo kox, polski rezyser, aktor, FPFFG

Pamiętam taki moment w twoim życiu artystycznym, kiedy twoi współpracownicy absolutnie zachwyceni mówili, że spotkali kogoś, kto umie dziękować, kto umie pisać do ekipy pełne refleksji maile, kto w sposób żarliwy opowiada o swojej wizji filmu. Ci ludzie kina byli pod twoim wrażeniem. Chciałabym ci życzyć, abyś tego nie stracił, jakąkolwiek ścieżką pójdziesz. 

Wiem, o czym mówisz, i staram się tego nie stracić, ale różnie bywa. Czasem jest taka sytuacja, że po prostu masz ochotę „nie pisać do nikogo” – różnie bywa, naprawdę. Staję się coraz gorszym człowiekiem, bo jednak wiedza i doświadczenia sprawiają, że tracisz złudzenia. To z drugiej strony jest dobre. Pozostaje kwestią wyboru, czy chcesz być dzieckiem we mgle, skazanym na nastroje ludzi, którzy się kręcą wokół, czy chcesz być jednostką, która wyszła z matrixa, w jakim żyła, i widzi, że nie jest fajnie, ale sobie radzi. Więc wolę znać straszną prawdę, niż być w matrixie.

 

fot.: Tomasz Sagan

Autor

Magdalena Juszczyk – dziennikarka radiowa i telewizyjna. Zaczynała w Radiu Jazz z serwisem kulturalnym „HeyNow na miasto”. Potem było Radio PiN, codzienny „Kalkulator kulturalny” i wywiady z osobowościami świata kultury. Radiowa Dwójka stała się na kilka lat miejscem jej cotygodniowych spotkań z twórcami w cyklu „W Dwójce raźniej”. Za emitowany w Telewizji Kino Polska „Program obowiązkowy” nominowana była w 2017 r. do nagród PISF-u. Ma maturę, magistra, kartę mikrofonową i prawo jazdy kategorii B. Lubi rowery z RFN-u, stylowe motocykle wraz z ich jeźdźcami, a do szybowca wsiada na jedno zawołanie.

Przeczytaj również

Instastory

To trochę smutne, że ten felieton przeczyta pewnie promil osób,

Nasze magazyny

Reklama

Follow on Twitter

Reklama