Na skraju eurodemolki

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn

Od dawna frapował mnie pewien polski fenomen, jakim jest potężna dysproporcja względem prounijnego entuzjazmu społeczeństwa a marniutką frekwencją w eurowyborach. Mniej więcej ośmiu na dziesięciu mieszkańców naszego kraju chce obecności Polski w Unii Europejskiej, a ledwie dwóch na dziesięciu (uprawnionych) skwapliwie rusza swoje cztery litery, aby wybrać eurodeputowanych. Oczywiście, ta ledwie 20-procentowa obecność przy urnach ma swoje głębokie zakorzenienie mentalne w myśleniu typu „i tak nie ma na kogo głosować”, „oni przecież nic tam nie robią, tylko kasę zgarniają” – żeby przytoczyć te najbardziej chodliwe stanowiska. Przypadające w tym roku kolejne (dla Polaków czwarte) wybory do Parlamentu Europejskiego mogą być jednak o wiele bardziej istotne, aby przy pomocy takiej taniej wymówki znowu ominąć lokal wyborczy szerokim łukiem. One mogą być bowiem jedną z ostatnich okazji do zagłosowania na eurodeputowanych.

Formacje określane dzisiaj jako „eurosceptyczne” zbroją się obecnie na potęgę. To już nie tylko ujmujący i (momentami) zabawny populista Nigel Farage, współautor Brexitu, który dzisiaj pojawia się jedynie w niszowych brytyjskich mediach, i to dość niechętnie, bo nie została mu nawet połowa z niegdysiejszej erudycji. Antyunijne siły, które w ramach przyprawionego listka figowego mienią się jako „zwolennicy integracji w ramach silnych państw narodowych”, dążą de facto do dezintegracji, a tym samym powrotu idei Europy podzielonej na poszczególne kraje, związane ze sobą jakimiś luźnymi umowami o handlu, granicach, etc. Ktoś powie, a dlaczego nie? Przecież w końcu kultywujemy narodowe tradycje, a ważne dla nas są wolność, autonomia, samostanowienie. Kiedy dodamy jeszcze argumenty w postaci zwykłych żarówek, których ta Unia nam zabrania, dymienia węglem, bo przecież mamy go na 200 lat, czy wyimaginowanej wspólnoty, staje się niemal przesądzone, że lud to kupi. Cudów nie ma, bo przecież jest o wiele bardziej skomplikowane, aby wyjaśnić, po co nam silna UE, a z kolei powyższymi banałami dziecinnie łatwo od niej odstręczyć.

No to po co nam silna i zintegrowana Unia? Otóż to obecnie jedyny sposób na utrzymanie się w stawce globalnego wyścigu potęg gospodarczych, z których część zaczyna dostawać zadyszki (Chiny), część ma gliniane nogi i niecne zamiary (Rosja), a inna część (ktoś zgadnie, która?) rządzona jest przez fana Twittera, który chce zbudować piękny i wspaniały mur. Na tym tle unijne bolączki w postaci nadmiaru biurokracji, dłużyzny decyzyjnej, czy ikonicznych problemów z rolnictwem jawią się jako niewinne i łatwe do rozwiązania. Silna Unia Europejska to także gwarancja spokoju w regionie, a przecież nie tak dawno temu w takim Sarajewie czy Belgradzie było to nie do pomyślenia. Nie mówiąc już o mieszkańcach wszystkich wschodnioeuropejskich demoludów, dla których wyprawa na Zachód była przed 30 laty najważniejszym wydarzeniem w życiu, a na widok obłożonych towarem półek wewnątrz supermarketu w RFN należało zażyć podwójną melissę.

Odbywający się co pięć lat europlebiscyt akurat w bieżącym roku może być krytyczny dla integracyjnej przyszłości UE, jeśli spełni się kilka warunków. Te najbardziej kluczowe to Front Narodowy LePen, Liga Północna Salviniego, AfD, a także cichaczem dołączający do tego peletonu PiS. Jeśli tym siłom uda się zbudować antyunijny front wewnątrz Parlamentu Europejskiego, to za pięć lat nastąpi historyczny rozłam, a gmach w Strasburgu zapełni się jeszcze na ostatnią kadencję, aby pozamykać biura, sporządzić terminalną cedułę, będącą jednocześnie epilogiem projektu wspólnej Europy. Być może część eurogrupy, zwanej Unią pierwszej prędkości, zachowa pewne federacyjne pozory, ale umówmy się, że będzie to jedynie rodzaj maskarady, dającej względny spokój tym, którym najbardziej się to opłaci. Jest jednak więcej niż pewne, że statystycznemu Kowalskiemu nie opłaci się to w ogóle. No, ale to statystyczny Kowalski ciągle jeszcze ma karty w ręce.

 

Autor

Łukasz Sikora – absolwent Instytutu Nauk Politycznych i Dziennikarstwa UAM w Poznaniu. W dziennikarstwie od 1999 roku, m.in. jako szef działu publicystyki i wicenaczelny podkarpackiego dziennika informacyjnego Super Nowości, dyrektor rzeszowskiego oddziału Dziennika Polskiego, współpracownik oraz członek Rady Programowej Oddziału TVP w Rzeszowie, a także jako współzałożyciel i zastępca red. naczelnego White Eagle w Bostonie, do 2008 roku największego polonijnego magazynu ukazującego się w Stanach Zjednoczonych. Specjalizacja – gospodarka i polityka. Przez kilka lat szkolił dziennikarski narybek w roli nauczyciela akademickiego na Wydziale Dziennikarstwa Wyższej Szkoły Informatyki i Zarządzania w Rzeszowie. Od 2009 roku w branży lotniczej, początkowo w roli rzecznika, szefa marketingu i rozwoju połączeń Portu Lotniczego Rzeszów-Jasionka, a od 2016 roku w prywatnym biznesie lotniczym.
fot. Michał Dorzd

Przeczytaj również

Nasze magazyny

Reklama

Reklama

Follow on Twitter