Sen.

Tomasz Kowalski

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Miałem dziwny sen. Wszedłem do jakiegoś dość eleganckiego lokalu i przysiadłem się do siedzącej przy stole grupy ludzi, którzy ku mojemu zaskoczeniu, okazali się być miłośnikami zdrowego trybu życia. Po czym to poznałem? Ano po tym, że mieli na sobie kolorowe legginsy, a rysy ich ogorzałych twarzy były ostre niczym u rozbitków płynących trzeci miesiąc na tratwie na pełnym morzu. Przed nimi na stole stał wielki, ogromny dzban wody źródlanej. I oni tę wodę pili. Nie byłoby w tym może nic nadzwyczajnego, gdyby nie to, że w pewnym momencie, jeden z siedzących po mojej lewej stronie mężczyzn, zaproponował mi pełną szklankę owej wody.

– Po co? – spytałem obracając się w jego kierunku. – Po co mam pić czystą wodę, najbardziej beznamiętny napój świata, skoro mogę się napić kawy, na przykład espresso, albo herbaty, earl gray, lubię earl gray’a, albo ostatecznie soku ze świeżo wyciśniętych pomarańczy, czy chociażby Coca-Coli. Dodałem jeszcze, że wchodząc do środka lokalu ujrzałem nad drzwiami wielki napis: „Restauracja”. Nie paśnik dla zwierząt, ale restauracja. W odpowiedzi usłyszałem od jednej z siedzących vis a vis pań, że woda oczyszcza. Mówiąc to, przymknęła oczy i zrobiła minę świętej Agnieszki – dziewicy i męczennicy. Na to ja, przyznaję, może nazbyt bezceremonialnie, stwierdziłem że płyn do mycia naczyń również, a jednak z tego co mi wiadomo, nie pijamy go zbyt często. Pamiętam, że rozmowa się nie kleiła. Czuć było nawet pewnego rodzaju napięcie. Było to bowiem spotkanie dwóch odległych cywilizacji. Cywilizacje owe zaś, pędziły na przeciw siebie nie z zamiarem wyminięcia się, ale zderzenia, ostatecznej i kategorycznej konfrontacji. Czułem się, jak ginący bezpowrotnie gatunek chrabąszcza, który ponad wszystko ceni sobie ulotny urok życiowych przyjemności, nawet kosztem… owego życia. Co miałem robić? Wstałem wiec od stolika, ukłoniłam się nisko, grzecznie podziękowałem za wodę, pożegnałem się i wyszedłem. Po chwili wsiadłem do stojącej obok lokalu srebrnej rakiety kosmicznej i bez żalu odleciałem gdzieś w chuj.

Reklama
Advertisement

Reklama